sobota, 29 września 2018

Notes Mrocznego Dziedzica

Witajcie! Wyrobiłam się, jestem z siebie dumna. Dzisiaj coś jednocześnie starego i nowego. Pisałam już miniatury w formie pamiętnika, ale temat Nowego Pokolenia raczej nie jest u mnie częsty. Mam nadzieję, że spodoba Wam się mój pomysł. Piszcie, co sądzicie! :D
Całusy :*

***

24 luty

Witaj, mam na imię Scorpius. Wywodzę się ze szlachetnego rodu Malfoyów, którego jestem dziedzicem. Pisanie w pamiętniku zawsze kojarzyło mi się, primo, z płcią piękną, secundo, z młodziutkimi przedstawicielkami tej oto płci, więc nie jestem zadowolony, gdyż osobiście nie zaliczam się do żadnej z tych grup. Nie wiem, co mam tu zawrzeć, ale słyszałem z pewnych źródeł, że jest to czynność relaksująca i pomagająca skupić myśli. Czego panicznie wręcz potrzebuję.
To zabawne… jednocześnie chciałbym przelać tutaj wszystkie moje problemy i uwagi… naprawdę tego pragnę, ale z drugiej strony czuję niewidzialną barierę, która mnie przed tym powstrzymuje. Mam wrażenie, jakby ktoś rzucił na mnie urok. Postanowiłem jednak działać małymi kroczkami i przedstawić moją sytuację w tej kolejności: od ogółu do szczegółu.
Zacznę od faktu bycia uczniem Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart oraz przynależności do protektoratu Salazara Slytherina. To najbardziej wybitna placówka na świecie, podobnie jak dom, do którego mnie przydzielono, więc zdecydowanie zaliczam się do elity magicznego świata. Nie wiem, czy wspominałem, ale jestem również czystej krwi arystokratą. Przyjaźnię się z Albusem Severusem Potterem, który należy do Gryffindoru (uważanego raczej za plebejski dom), ale ma wystarczająco sprytu i pieniędzy, byśmy utrzymywali stosunkowo bliskie relacje. Chciałbym zaznaczyć, że najpierw wymieniłem cechę charakteru, która określa człowieka, ponieważ liczy się dla mnie wnętrze. Mój ojciec w czasach swojej młodości zadawał się z „przygłupami”, jak zawsze ich określa, co zniósł cierpiętniczo, dlatego mnie nauczył sztuki selekcji. Nawiasem mówiąc, mam wiele talentów, ale nie odchodźmy od tematu.
Co do kwestii pieniędzy – ona też jest niesamowicie ważna, nie zaprzeczam. Stawiam ją na równi z szykiem oraz kulturą osobistą, czego niestety Al nie posiada. Zrządzeniem losu jako syn tego Harry’ego Pottera, który unicestwił Voldemorta, posiada ogromny majątek. Wywodzi się z pokoleniowo Jasnej rodziny, więc podaje się go za wzór, co w jego przypadku jest… abstrakcyjno-zabawne. Mnie to szczęście pominęło, mimo wielu korzyści płynących z rodowodu.
W tym roku stoimy u kresu podstawowej edukacji – siedem lat to niemało. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, spędziliśmy w zamku większość swojego dotychczasowego życia. Mam wiele wspomnień, związanych z Alem, które z kolei przywodzą na myśl inne, równie piękne. Jednakże istnieją również takie, do których wolałbym nigdy nie wracać. Jednym z nich jest mój początek. Pamiętam to jak dziś – dzień, na który tak bardzo czekałem, a który tak bardzo mnie zawiódł.
Zanim do tego dojdę chciałbym ustalić jedną rzecz dla mojej własnej satysfakcji i poczucia komfortu. W tym notesie będę przelewał na pergamin monologi myślowe kierowane pozornie do osoby. Zastrzegam więc sobie prawo do nazywania tego wymysłu wyobraźni „Cahir”, gdyż jest to imię godne tajemniczego powiernika niesionego na skrzydłach myśli zżerającej człowieka niczym drapieżny ptak.
Wracając do mojej historii, drogi Cahirze, oczekując w Holu na Ceremonię Przydziału, myślałem, że jestem taki jak inni. Ze zniecierpliwieniem stukałem czubkiem wypolerowanych butów, a na myśl o niezwykle urokliwym suficie, o którym opowiadała mama, o niebiańskich potrawach i złotej zastawie, o której dowiedziałem się od skrzata domowego mojej rodziny, oraz o uroczystości samej w sobie, z którą oczywiście zostałem zapoznany przez ojca, czułem przyjemne dreszcze. Jednak nie śmiałem z nikim o tym pokonwersować, ponieważ miałem wrażenie, że gdy tylko się odwracam, kierowane są w moim kierunku wrogie spojrzenia. Nie pomagało to mojej jedenastoletniej skrytości, więc czekałem na spełnienie moich wielkich, jak na tamten czas, marzeń sam, oddalony od grupy. Nie miałem pojęcia, że wraz z moim wyśnionym otworzeniem wrót, wszystkie oczekiwania posypią się w proch. Oczywiście, to, o czym słyszałem, sufit, zastawa czy potrawy, okazywały się nawet lepsze od moich wyobrażeń. Jednak na co mi się to zdało, gdy dookoła słyszałem szepty: „syn śmierciożercy”, „morderca”, „tchórz”? Myślałem, że się pomylono albo te obelgi nie są kierowane w moją stronę. Dopiero gdy w bardzo krótkim czasie zostałem przydzielony do Slytherinu, szepty zamieniły się w krzyki. Jeszcze czułem się przez to zraniony. W kolejnych dniach starałem się nawet tłumaczyć pomyłkę, jak wtedy sądziłem, lecz przestałem, gdy każdą rozmowę kończyłem z utratą punktów przez „atak nieposkromionej agresji”.
Po siedmiu latach przywykłem, żeby nie zwracać uwagi na otoczenie, ludzi. Wszystko, co robię, robię dla siebie, bo znam swoją wartość. Jedynie nieliczne grono doznaje zaszczytu mojej troski – rodzina, Al i… ktoś, o kim nie mam na razie odwagi pisać. Wejrzyj jednak na to, Cahirze, że powoli się przełamuje, więc na wszystko przyjdzie czas.
Co jeszcze mogę Ci o sobie napisać? Pewnie chcesz wiedzieć, skąd ta zła sława otaczająca jedenastolatka? Każdy w naszym świecie o tym słyszał, wiec muszę traktować Cię jak mugola (osobę niemagiczną). Około dwadzieścia pięć lat temu trwała Wielka Wojna Czarodziejów – Ciemna strona na czele z Voldemortem i Jasna strona pod przewodnictwem Harry’ego Pottera. Podobnież był w to zamieszany jeszcze Albus Dumbledore, ale spotkałem kilka razy jego podobiznę i szczerze wątpię, że ten ekscentrycznie ubrany starszy człowiek mógłby mieć jakikolwiek głos. Wracając… Jak pewnie się domyślasz, moja rodzina stanęła po złej stronie, jednak mój ojciec został do tego zmuszony. Przyjął Mroczny Znak (symbol rozpoznawczy Voldemorta), ale starał się… nie szkodzić Jasnej stronie. Właściwie był niewinny, o czym wiedział pan Potter, więc nie został ukarany, ale motłoch do tej pory wiąże Malfoyów z Ciemną stroną.
Ojciec wytłumaczył mi, że nie zawsze bycie mrocznym czarodziejem było uważane za złe – tak działało prawo natury, istniał podział energii. To zawsze było oczywiste, ponieważ czarodziejskie rody od kilkunastu pokoleń dzierżyły ten sam rodzaj magii, więc jako Malfoy nie mogłem spodziewać się niczego innego. Ta wojna zniszczyła to postrzeganie i wywyższyła Jasnych jako zwycięzców. Przez kilka lat istniała akceptowalna dyskryminacja, ponieważ zazwyczaj Mrocznymi rodzili się czarodzieje z dawniej winnych i już ukaranych (!) rodzin. Jednak zdarzył się wreszcie fenomen, jak to w sprawach magicznych. Ten rodzinny „przykaz” magii nie powtórzył schematu tylko w jednym przypadku – dzieci Potterów, największych wybawców naszego stulecia. Potterowie i Weasleyowie (pani Potter się z nich wywodzi) od wieków dzierżyli Jasną magię, ale zmieniło się to (przypuszczalnie) przez Voldemorta. Gdy pan Potter był jeszcze niemowlęciem, ten Mroczny czarodziej chciał go zamordować, lecz skończyło się na chęciach i destrukcji własnego ciała. Pan Potter wyszedł z opresji cały, prócz blizny w kształcie błyskawicy na czole… i części obcej magii w sobie. Mógł czerpać z niej korzyści, ale częściej postrzegał to jako wadę – mentalne połączenie z psychicznie chorym i do tego potężnym czarodziejem. Wszystko skończyło się po zamordowaniu tego czarnoksiężnika w Drugiej Bitwie o Hogwart. Przynajmniej myślano, że to już kres… lecz wtedy pojawiły się dzieci.
Już na początku wspomnę, dlaczego ich magia jest taka niezwykła – każde dzierży inną. James, najstarszy, jest typowo Jasnym Czarodziejem, należy do Gryffindoru. Ma ograniczony sposób pojmowania świata i często lubi generalizować oraz widzieć świat w czarno-białych barwach, nie dostrzegając szarości. Nie jest to oczywiście charakterystyka każdego Jasnego, ale jako pierworodny został wychowany jeszcze w postrzeganiu wojennym, jako że o takich zawirowaniach nikt jeszcze nie myślał. Sprawę zmienił Albus, następny w kolejności, który… dzierży obie moce – to bardzo rzadkie, ale nie niespotykane, gdy małżonkowie posiadają silne oraz odmienne rodzaje mocy. Jednak w tym przypadku… to nie miało prawa bytu. Dzięki niemu ucisk Mrocznych zauważalnie się zmniejszył, jednak na pewno nie ze strony większości. Lubiono zapominać, że oprócz Jasnej magii młody Potter posiada także jej antagonistyczny odpowiednik. Jednak nie Albus. Jak już wspomniałem, należy do Gryffindoru, lecz kiedyś zwierzył mi się, ze Tiara Przydziału ofiarowała mu wybór – równie dobrze mógłby budować elitę w Slytherinie, czy egzystować w każdym innym domu. Na pytanie, co skłoniło go do takiego wyboru, odpowiedział, że w przyszłości będzie potrzebował wielu odważnych ludzi, by wraz z nim wyplenili kategoryzowanie. Pomyślałem, że spryt odpowiada tej misji lepiej niż brawura, ale nie chciałem się z nim spierać i postanowiłem pełnić rolę Albusa w Domu Węża. Wtedy jednak pojawiła się Lily.
To najmłodsza latorośl Potterów, dwa lata młodsza od nas i jak możesz się spodziewać… dziedzicząca Mroczną magię. Cahirze, nawet nie wyobrażasz sobie, jakim była dla wszystkich szokiem, nawet po rewelacji, jaką przedstawiał jej brat. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, dlaczego Mroczna magia obudziła się w ostatniej dwójce, a dlaczego Jasna nie ujawniła się w Lily w ogóle. W zespole z Alem starają się przezwyciężyć dyskryminację Mrocznych, ale również ostudzić nienawiść Mrocznych do Jasnych, jako że działa to w dwie strony. Lily należy do elity – Slytherin godnie przyjął ją jako równą sobie. Po pięciu latach cieszy się zasłużonym szacunkiem. Nie chcę powodować dygresji, ale wspomnę, że w naszym domu niełatwo utrzymać swoją pozycję, trzeba stale dążyć do doskonałości, lecz ona zadziwiająco dobrze daje sobie radę. Już wiele razy udowodniła, że zemsta lepiej smakuje na zimno, a to lubimy najbardziej – czyny potwierdzające słowa. Sam fakt, że gra w naszej reprezentacji jest znaczący. Ma przeciwko sobie brata, lecz jeśli może być mowa o jakimkolwiek zaufaniu ze strony węży, to ona je posiada. Jest mroczna, więc rozumie to, co nas charakteryzuje: skrajność, brutalność i determinację, ale sama stara się im nie ulegać (może poza piekielnym dążeniem do celu). Jest naprawdę… niesamowita.
W tym momencie… zbliżyliśmy się do mojego problemu… Chociaż to za duże słowo. Do rozterki, tak. Podejrzewam, chociaż nie jestem pewien, czy dobrze to interpretuję, że między mną a Lily… zrodziło się romantyczne uczucie. Jak? Doceniam ją i myślę o niej praktycznie non stop. Nie chcę jej zranić, ale zranię każdego, kto ma taki zamiar. Nie wyobrażam sobie dnia bez jej śmiechu, a na widok jej łez czuję fizyczny ból. Doskonale się rozumiemy i przed nią nigdy nie musiałem udawać. Tak jak ja jestem jednym z nielicznych, którzy widzieli ją bez maski. Zdaję sobie sprawę, że jest między nami znacząca różnica wieku, lecz bywają momenty, gdy dojrzałością przewyższa nawet mnie. Śmiało mogę powiedzieć, że się przyjaźnimy, lecz czy nasza bliskość zakrawa już o romantyczne uczucie? Nie mam odwagi robić nic innego oprócz pomagania jej, ale czuję, ze upajam się już samą jej obecnością, co zdecydowanie w końcu stanie się widoczne.
Cahirze, ta rozterka mogłaby się wydawać błaha, a rada prosta – zdobądź odwagę, lecz problem (zdecydowanie mogę to tak nazwać) jest bardziej rozległy. Byś dobrze to zrozumiał, muszę zdradzić Ci jedną rzecz. Myślę, że jestem gotowy i… zdesperowany. Muszę znaleźć rozwiązanie, a bez wyznania wszystkich moich wątpliwości będzie to wręcz niemożliwe.
Przez kilka lat myślałem, że jestem homoseksualny. Żadna przedstawicielka płci pięknej mnie nie interesowała – liczył się jedynie Albus, lecz ciekawość doprowadziła mnie nawet do wymiany śliny z innym chłopcem, a także do śmielszych pieszczot, na które reagowałem. Wiedziałem, że Al jest homoseksualny i uważałem, że los specjalnie nas ze sobą zetknął. Wtedy dla zabawy się pocałowaliśmy… chciałbym to tak nazwać, lecz niestety dla mnie było to kolejne wymienianie śliny, chociaż całkiem miłe. Nasze relacje się nie zmieniły, ale ja nie jestem już wcale pewien, jaką mam orientację. Mój mało elokwentny przyjaciel śmieje się, że wcale się nie dziwi, że nie mogę się zrozumieć, skoro używam tylu niezrozumiałych słów. Czasami jest rasowym analfabetą.
Wracając… skąd więc to zauroczenie Lily po tylu latach zdeklarowanego homoseksualizmu? Nie wiem tego, a nie jestem przyzwyczajony do podobnego zjawiska. Po prostu po tym nieudanym eksperymencie z Albusem zniechęciłem się do dalszego szukania. Skupiłem się na powstrzymaniu niechcianych myśli i zacząłem spędzać wiele czasu z Lily, która zawsze dobrze organizuje czas. Przyzwyczaiła mnie do swojej obecności i teraz… nie mogę spędzić dnia bez chociaż jednej myśli o niej. Ba! Przynajmniej pięciu… pięćdziesięciu… Merlin sam wie, nigdy nie próbowałem przestać o niej myśleć. Zabraniam odbierać sobie przyjemności.
Sprawa przedstawia się więc następująco: ewidentnie jestem zauroczony w młodszej siostrze mojego przyjaciela homoseksualisty, z którym wymieniałem ślinę. Niezbyt obiecująco. W końcu pokonałem pewne blokady, ponieważ czułem, że sam nie poradzę sobie z sytuacją, i porozmawiałem z Albusem. Przekazał mi swoje błogosławieństwo, co podniosło mnie na duchu, jednak nijak nie pomogło w rozwiązaniu tej niecodziennej sytuacji. Mój przyjaciel niestety nie umiał doradzić mi absolutnie nic, nawet (a może przede wszystkim) jeśli chodziło o jego własną siostrę. Dlatego właśnie ten notes znajduje się dziś w moich rękach. Podarował mi go ze słowami: „Pisz i znajdź rozwiązanie”. Nie jestem do końca pewien, czy dobrze zinterpretowałem jego zagadkową wiadomość, ale zastosowałem się do instrukcji.
Muszę przyznać, że jest to czynność relaksująca, natomiast nie czuję się bliżej rozwiązania mojej sytuacji. Jestem jednak ślizgonem, a więc rozważę dwa uniwersalne wyjścia: osiągnięcie celu i taktyczny odwrót. Co pomaga zdecydować? Znajomość swoich atutów.
Zacznijmy od tego, że Lily preferuje przeciwną płeć, a przynajmniej jest biseksualna, chociaż nigdy nie widziałem jej w sytuacji, która wskazywałaby na jej pociąg do dziewcząt. To nie będzie przeszkodą. Co do jej poprzednich partnerów – nie miała ich wielu, wiem o czterech dłuższych znajomościach, z których ostatnia poszła już w niepamięć, co otwiera mi wolną drogę do zdobycia serca mej rudowłosej damy. Jej upodobania… są dla mnie zagadką, Lily zdaje się nie szukać partnerów przez określony schemat jak każda inna panienka w tym wieku, ponieważ jej poprzedni partnerzy różnili się statusem, wyglądem oraz charakterem, co może mówić o jej chęci poszukiwań lub szybkim traceniu zainteresowania. Jako optymista wybieram opcję, która mi sprzyja – czyli właściwie obie. Pierwsza – nie muszę stosować się do żadnych ograniczeń nazywanych upodobaniami. Druga – przyjaźnię się z nią wiele lat i jeszcze nie straciła mną zainteresowania, więc domyślam się, że nie zniknie ono w momencie zaangażowania romantycznych pobudek.  Znam ją, co jest kolejnym atutem. Dzielę z nią problemy, mamy wspólnych ludzi wokół siebie, posiadamy podobne pasje.
Tak, po zobaczeniu tego jasno i wyraźnie na papierze, zrozumiałem.
Kolejny cel: zdobycie serca Lily.
Dziękuję za niezmierną pomoc, Cahirze. Teraz muszę jednak zwrócić się o radę do kogoś innego, nie bierz tego do siebie.

3 marca

Witaj, Cahirze. Jako panicz Malfoy ponownie chciałbym zażyć Twego relaksującego wpływu, czego nie potrzebowałem właściwie przez tydzień. Myślałem, że rozwiązałem chociaż w teorii mój problem, lecz niestety to nie takie proste.
Zacznijmy od tego, że rozmawiałem z moją mamą. Owszem, doprowadziłem do przedstawienia ogólnej sytuacji, bez wyjawiania nazwiska czarodziejki, która tak zajmuje moje myśli. Nie obawiałem się – Lily ma czystą krew, należy do Slytherinu, a jej aparycja i inteligencja są odpowiednie dla rodu Malfoyów. Nie mówiłem, że znamy się od dawna, ponieważ to szybko naprowadziłoby na trop inteligentną matronę mojego rodu, lecz zdradziłem, że nie wiem, jak o nią zabiegać. Mama była oczywiście rozbawiona moim opisem, który był bardziej przeznaczony dla oczekiwań ojca i od razu chciała się dowiedzieć, czy jest miła, czy ma poczucie humoru… Więc ponownie przedstawiłem atuty Lily, tym razem w kryteriach mamy.
W dzieciństwie miałem bardzo dobre kontakty z mamą – co wieczór czytała mi bajki do snu, a każdego ranka sama przychodziła, by mnie obudzić. Całe dnie spędzaliśmy razem, chyba że dostawała nowe zlecenia na zaklęcia, jednak mimo tych przerw poświęcała mi wybitnie dużo czasu i znała mnie jak nikt inny. Przez Hogwart nasza więź uległa osłabnięciu, oddaliliśmy się od siebie i przestałem włączać ją odo mojej prywatnej sfery. Zacząłem opierać się przede wszystkim na Alu i Lily, więc mama nie była zapoznana z aktualnymi informacjami.
W celu odbyciu tej rozmowy, ukradkiem przedostałem się do Hogsmeade, co jest oczywiście łamaniem przepisów. Jednak mama była tak wniebowzięta, że jej potrzebuję, że nawet nie napomknęła o tym słowem. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, jak mi jej brakowało. Zaczęliśmy niezręcznie, jak wcześniej pisałem, lecz następnie rozmowa stała się szczera i niewymuszona. Doradziła mi także w kwestii Lily, więc już tego wieczora zacząłem planować operację „Klimatyczna niespodzianka”: piknik w świetle księżyca, wspólny lot na miotle nad jeziorem i oczywiście podarunek, który przedstawi jasno, lecz niewymuszenie, moje uczucia, a dzięki któremu zapamięta ten wieczór.
Od razu przystąpiłem do realizacji planu – przekonałem skrzaty, by na piątkowy wieczór zaopatrzyły mnie w pełny piknikowy kosz, znalazłem odpowiedni koc i nałożyłem na niego wszystkie znajome zaklęcia amortyzujące, nabyłem jedną z najnowszych mioteł (wyprzedzając urodziny), a nawet zrealizowałem zamówienie na niebiański wisiorek z księżycem. Mojego własnego projektu, tak poza tym. Właściwie wszystko było gotowe, pozostało mi jedynie zaproszenie Lily.
Odpowiedni moment nadarzył się w czasie nauki w Pokoju Wspólnym. Pomagałem rudowłosej bogini i poprawiałem błędy w jej esejach – w końcu ten materiał to dla mnie fraszka! Siedzieliśmy blisko siebie, nasze ramiona się stykały, a na horyzoncie nie widziałem żadnego Ślizgona. Kiedy przeciągnęła się jak kot, jak zwykle z gracją, misja się rozpoczęła.
„Lily? Moja wyobraźnia podsunęła mi kolejny niesamowity pomysł. Piątkowy wieczór jest wręcz idealny do jego realizacji ” – propozycje na wspólny kawał lub poznawanie razem zakamarków zamku często pojawiały się w naszych rozmowach, więc uznałem to za dobry początek. Lecz wtedy ona wzięła do ręki metaforyczne pióro i skreśliła moje nadzieje: „A może być sobota? W piątek jestem już umówiona”. Nie brałem tego pod uwagę… Nawet nie chodzi o datę,  raczej przekaz… Jednak szybko pomyślałem, że ja też czasami się mylę (chociaż niezwykle rzadko, bo intuicję mam doskonałą), a jej spotkanie wcale nie musi mieć romantycznego podłoża. Poprosiłem o szczegóły. Wtedy ona wręcz wyśpiewała nazwisko Rogersa i zaczęła rozwodzić się nad jego pomysłowością w kwestii zaproszenia na „randkę”. Podobno była nim zainteresowana od dłuższego czasu, ale dawała mu szansę na wykazanie się.
Więc się wykazał i tym samym zrujnował moją szansę. Wiedziałem, że to problemy niczym wysokie góry nie kurczą się nagle do równin. Przekształcają się w doliny, w które człowiek niepostrzeżenie wpada, bo nie wyczekuje już przeszkód. Za długo zwlekałem z moimi uczuciami, co zresztą nie ma znaczenia, skoro była zainteresowana innym czarodziejem. Żyję nadzieją, że on ją uszczęśliwi.
Tylko… to żałosne. I niezwykle infantylne. Jednocześnie, tak jak już napisałem, chcę, by była szczęśliwa. Oboje są sobą zainteresowani i spełniają swoje oczekiwania. Doskonale. Lecz z drugiej strony JA również dałbym jej szczęście. W niczym mu nie ustępuję, a ponadto z Lily znamy się lepiej i rozumiemy niemal bez słów. Jej aparycja mnie oczarowuje, ale pragnę także być dla niej oparciem i ochroną. Jestem w stanie dać jej wiele więcej niż ktokolwiek inny.
Zdecydowanie… zawsze znajdzie się jakieś „ale”. Jestem tego świadom, NAPRAWDĘ – powinienem zdystansować się do całej sprawy, ponieważ jakiekolwiek działanie może okazać się destrukcyjne dla moich kontaktów z Lily, mimo to… jak długo zdołam się powstrzymać? Dopiero dowiedziałem się o ich spotkaniu, a już mam ochotę zapoznać biednego Rogersa z jakimś niewinnym kawałem.
Och, a tak poza tym – jakiś Gryfon przygwoździł mnie dziś do ściany i wymienił ze mną ślinę w pobliżu biblioteki. Było całkiem miło, ale myślałem tylko o Lily. Czy to znaczy, że jestem biseksualny? Nie znam jego imienia.

7 marca

Cahirze, niestety, ale stało się. Lily odbyła swoje spotkanie z Rogersem. To całkowicie absurdalne! Wszystkie powieści, do których jakimś niesłychanym cudem miałem wgląd, gwarantowały, że ta opcja nie ma szansy powodzenia. Zawsze do niewiasty, która interesuje się z jakimś mężczyzną, nagle dociera, że jej najlepszy przyjaciel jest zdecydowanie lepszym kandydatem na partnera i oczywiście on, który odwzajemnia jej uczucia , natychmiast zaczyna działać w tej sprawie, dzięki czemu już w połowie książki są przykładem idealnego związku. A w rzeczywistości? Nie! Lily wydaje się zachwycona tym... Nawet nie chcę marnować słów na określenie go.
Zanim przedstawię ich spotkanie, przybliżę Ci postać Paula Rogersa. Jest rok młodszy ode mnie, więc rok starszy od Lily, należy do Ravenclawu, półkrwi, Jasny. Ponad średnią w zielarstwie i eliksirach, nie gra w quidditcha, lecz sprawnie lata, nie jest biedny, ale daleko mu do mojego bogactwa. Bystry jak każdy krukon, ale poinformowano mnie, że upodobał sobie także poezję. Co do aparycji – niższy i bardziej krępy ode mnie, brunet, zielone oczy, całkiem przyjemne rysy, zawsze schludnie ubrany. Niczym się nie wyróżnia, więc nie posiadam się ze zdziwienia, że Lily jest w stanie odróżnić go w tłumie. Nie posiadam o nim więcej informacji, lecz muszę mu pogratulować jednej rzeczy – praktycznego wykorzystania bystrości, czego dowodzi ich spotkanie. Albo miał niezwykle dobrego informatora, albo opracował uniwersalny plan podbicia serca każdej damy. Wszak Lily została wręcz oczarowana.
Ciekawi Cię, skąd to wiem, skoro piszę jeszcze w ciągu feralnego dnia? Powiem bez żadnego skrępowania – czekałem na rudowłose bóstwo w Pokoju Wspólnym. Pozornie przyswajałem wiadomości z eliksirów, lecz porzuciłem moją przykrywkę, gdy od wejścia zaczęła opowiadać mi o całym zdarzeniu, wymachując bukietem lilii (to takie passe!) w najbardziej emocjonujących (dla niej) momentach. Została zabrana na spacer skrajem Zakazanego Lasu (co było oczywistym narażeniem życia), następnie „przeżyła pocałunek stulecia” w otoczeniu tysiąca motyli (to niehigieniczne).
Wzdycham. Cahirze… wiem, że to wcale nie wygląda tak tragicznie, jak ja to przedstawiam. Przeciwnie. Pragnę, by Lily była szczęśliwa, a jej opowieść obrazuje, że R.. on to zapewnia. Zdobyłem się na gratulacje i życzenia szczęścia w nowym związku, więc jedynie Ty znasz prawdę. Nie chcę się poddawać, ale… to jej wybór. Mogę jedynie pomóc w uszczęśliwianiu mojej cudownej przyjaciółki. Przynajmniej spróbuję, jeśli Albus zachowa milczenie. Chcę uniknąć konieczności udawania przed nią, że moje uczucia… to już przeszłość.
Gryfon ma na imię Evan, nie wiem, jak to robi, ale zawsze zaskakuje mnie, gdy jestem sam i lubieżnie maltretuje moje wargi. Czy to zdrada? Nadal w tym czasie myślę o Lily.

26 marca

Witaj, Cahirze. Ponownie nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zapiszę choć słowo pod wyznaniem mojej porażki, lecz sytuacja się zmieniła. Już prawie dwa tygodnie obserwuję umizgi Lily i Rogersa (Paula, jak ciągle mnie poprawia). Jak możesz wywnioskować, nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy i nie zdradziłem mojej damie, niestety złamanego, serca mojej opinii o jego osobie. Trwałem w zawieszeniu między tymi dwoma pragnieniami, których nie mogłem zrealizować, dopóki nie wtrącił się… James Syriusz Potter.
Zdaję sobie sprawę, że już o nim pisałem, ale na potrzeby wyjaśnienia tej sytuacji, przybliżę Ci jego historię. Jak wcześniej mówiłem, z rodzeństwa Potterów James jest tym Jasnym. Skończył Hogwart dwa lata temu, natomiast ciągle zaskakuje swoimi niezapowiedzianymi wizytami. Pracuje w sklepie „Magiczne Dowcipy Weasleyów”, który należy do wujostwa, więc może sobie na to pozwolić. To absurdalne, ale dopiero po opuszczeniu szkoły zaczął się dogadywać ze swoim bratem, dlatego miałem okazję poznać go po polepszeniu jakości ich relacji.
Jamesa często porównuje się do wujków oraz dziadka. Ma wybuchowy temperament, zawistny charakter i często unosi się dumą, lecz z drugiej strony całkowicie poświęca się sprawie, a odpowiedzialność czy wyzwania są mu niestraszne. Jak już mówiłem, dorosłe życie złagodziło jego negatywne cechy i, mimo że zawsze miał opinię kawalarza, przez ostatnie dwa lata tryskał żartami i dobrym humorem wręcz na umór.
Przejdźmy zatem do właściwych wydarzeń. Ciągle nie mogę uwierzyć, że nie jest to fikcja i skrycie wierzę, że po zapisaniu ta historia stanie się realna. Uwaga! Paul Rogers śmiertelnie obraził się na Lily, a powodem był żart Jamesa na wczorajszej wizycie – mianowicie wyśpiewał starą piosenkę pani Potter o jej mężu. Jej tekst przedstawia się w ten sposób:
Ma oczy zielone jak pikle z ropuchy
Jego włosy są czarne jak tablica
O, gdyby moim został, bohater mych snów
Służyłabym mu jak diablica

To podobnież stara rymowanka rodzinna, której historia przytaczana jest na każdym spotkaniu, czego dowiedziałem się od Albusa. Pochodzi jeszcze z czasów szkolnych naszych rodziców, dlatego, jak możesz zauważyć, nie grzeszy ambicją. Piosenka sama w sobie nie wyrządziła krzywdy – Paul był zachwycony, że piosenka ewidentnie przypomina ich sytuację. James podchwycił pomysł i w celach żartobliwych oznajmił, że „ruda Lilcia znalazła swojego zielonookiego Paula, co by tradycji stało się zadość”. Mimo banalności stwierdzenia okazało się chwytliwe, co skitowaliśmy śmiechem. Wszyscy, z wyjątkiem Paula.
Nagle zniknął jego mało inteligentny wyraz twarzy, zastąpiony grymasem wściekłości i purpurową barwą. Spytał Lily, czy słowa brata są prawdą, a ona jest nim zainteresowana tylko przez wzgląd na wizerunek oraz tradycję, używając podniesionego głosu i mniej wyrafinowanego słownictwa. Moja Pani była oczywiście zszokowana, ale udzieliła odpowiedzi przeczącej, którą jednak poddał w wątpliwość. Treść jego oskarżenia wyglądała następująco: „jesteś zdradzieckim, diabelskim pomiotem wykarmionym i złaknionym sławy odniesionej każdym kosztem”, przy wygłaszaniu którego prawie wypróżnił się z nadmiaru emocji. Albus oraz James, po chwili wielkiego szoku spowodowanego przez istotę bez poczucia humoru, próbowali złagodzić sytuację, ale „koleś nieźle sfiksował” – zasłyszałem to kiedyś od Hugona Weasleya i słowa te idealnie oddają stan Rogersa. Ostatecznie po wszystkich obelgach, jakie wypowiedział na jednym wydechu, chciał spektakularnie odejść, ale przedtem ja równie spektakularnie po mugolsku obiłem mu twarz.
Co prawda, przestałem na prośbę rudowłosej piękności, ale mimo to wygrałem tę walkę. Zagroziłem również, że jeśli do moich uszu dotrze choć jedna informacja o podobnej obeldze skierowanej w stronę Lily, moje pięści zastąpi różdżka. Ulotnił się, ale żyję nadzieją, że zrozumiał lekcję. Przez resztę dnia podnosiłem moją przyjaciółkę na duchu (James szybko zniknął z pola rażenia), o czym nawet nie marzyłem po takim wybryku. Chyba była jeszcze w szoku przez to absurdalne zerwanie.
W tym momencie ponownie jestem rozdarty. Z jednej strony, to dobra sposobność, by uleczyć i zdobyć jej serce, ale z drugiej… być może tylko on zdoła zamknąć tę ranę? Może potrzebuje właśnie jego? Nie chcę jednak, by utrzymywała tak bliskie kontakty z osobą bez poczucia humoru – z tą rodziną to awykonalne. Na razie będę stale monitorował sytuację, ale dopóki Lily nie odżyje na nowo, nie zawalczę o jej względy. Dowiem się więcej o tym… przygłupie (nareszcie wiem, co ojciec miał na myśli). Być może ma napady paranoi? I głupoty?
Bolą mnie knykcie, ale nie pójdę do Madame – mój ojciec się o tym dowie. Mugolskie bójki to coś, co zawsze mu uwłaczało. Evan polecił mi wyciąg ze szczurokreta i wydaje mi się, że dzisiaj był delikatniejszy.

28 marca

Życie to pasmo przedziwnych wydarzeń, które w ostatecznym rozrachunku łączą się w logiczną całość. Przynajmniej żywię taką nadzieję, bo jeśli Paul Rogers zabiegał o Lily, by później spektakularnie ją porzucić, co miało zainteresować inną czarownicę jego osobą... to naprawdę nie jestem w stanie tego pojąć, nawet swoim lotnym umysłem.
I tak, ponownie potrzebuję tego magicznego notesu, aby poradzić sobie z natłokiem przedziwnych splotów zdarzeń, ale przejdźmy do rzeczy. Sytuacja wyglądała tak: przez dwa dni Lily stale prosiła Paula o wybaczenie, a także wymusiła przeprosiny na Albusie, lecz Krukon był nieugięty. Próbowała także przekonać do tego mnie, ale kategorycznie odmówiłem. Dzisiaj natomiast Rogers wszedł do Wielkiej Sali za rękę z Glenn Corner i rozpętała się istna burza w postaci Lily Luny Potter. Najpierw  odrzuciło na podłogę jej rówieśniczkę, która  nagle zaczęła łysieć – piękny pokaz Mrocznej magii. Sekundę później Paul uciekał dosyć nieskutecznie przed chmarą nietoperzy. Lily szybko ulotniła się z Sali, niezatrzymana przez nikogo, a ja podążyłem jej śladem, więc ominęło mnie jeszcze jedno widowisko. Nagle z sufitu zaczęły spadać iskry, które przy kontakcie z jedzeniem powodowały wybuchy (produkt Weasleyów, jak się dowiedziałem), z czym nawet nauczyciele nie potrafili sobie poradzić, więc skrzaty szybko ukryły jedzenie zza zasięgu iskier.
Martwi mnie ta sytuacja. Lily jeszcze nigdy nie wymierzyła sprawiedliwości w tak widoczny dla wszystkich sposób, używając wręcz pokazowo mrocznej magii. Delikatnie mówiąc, konsekwencje mogą być różne. Jest w piątej klasie, więc albo szybko straci szacunek, na który pracowała samokontrolą przez tyle lat, albo zyska go jeszcze więcej. W zależności od kary i opinii naszego domu. Może to lekko brutalne, ale jako Ślizgoni jesteśmy dumni oraz wierzymy w hierarchię – jeśli ktoś szkodzi naszemu wizerunkowi, traci swoją pozycję. To normalne i nie tak drastyczne jak miałoby się wydawać. Nadal trwa dyskryminacja Mrocznych, więc musimy dbać o system – degradacja wiąże się przede wszystkim z utratą przywilejów i zdolności dowodzącej. To… może zaszkodzić jej i Albusowi w przekonaniu publiki, że Mroczni nie są źli.
Gdyby tylko widzieli Lily w Pokoju Wspólnym po tym całym zdarzeniu… Oczywiście, pobiegłem za nią. Siedziała na kanapie i… chciałbym powiedzieć, że płakała… ale to było coś więcej. Kolokwialnie mówiąc, ryczała – mam na myśli jej głośny szloch rozdzierający ciszę Pokoju Wspólnego i moje serce. Nawet nie wiesz, jaki to ból… fizyczny ból…! Nie chcę się przyznać, ale teraz wręcz cieszę się z tej chwili. Gdy wpadła mi w ramiona, nie wypowiadając jednego słowa, moje myśli wyparowały. Po prostu czułem, kołysząc ją łagodnie, co było niezwykłą odmianą od ciągłych wątpliwości.
Długo siedzieliśmy w ciszy, lecz ostatecznie odsunęła się ode mnie. Nie pozwoliłem jej na moment wstydu, podałem jej chusteczkę, a wraz z nią pudełeczko, które zawierało przygotowany kilka tygodni wcześniej medalion. Była zaskoczona, lecz znam ją na tyle, by wiedzieć, że już w pierwszej chwili zaczęła analizować, dlaczego noszę biżuterię w kieszeniach i obdarowuję akurat ją. Czy to jest właśnie przykład niewymuszonego zaprezentowania uczuć? Rzekłem, by nie marnowała sił, ponieważ jest stworzona do większych rzeczy i jeden przygłup nie może stanąć jej na drodze. Natychmiastowo zaczęła się śmiać, na co, jestem pewien, zareagowałem rumieńcami, lecz od razu się wytłumaczyła. „Na brodę Merlina, nigdy nie słyszałam, żebyś używał tak kolokwialnego określenia! To już prawie slang!”. Nie zważając na bycie przedmiotem żartu, roześmiałem się razem z nią, ponieważ uradowałem się, że jej humor uległ poprawie. Lily to bystra istota, więc na pewno wkrótce domyśli się, że medalion został przygotowany dla niej, lecz do tej pory będę miał gotowe wytłumaczenie. A może nie powinienem? Stan wątpliwości niestety wrócił.
Nie mówiliśmy już nic na temat Rogersa, lecz przedyskutowaliśmy sytuację Lily na arenie politycznej. Najpierw jestem Ci jednak winien wyjaśnień a propos różnic między Jasną i Mroczną magią, co na tę chwilę jest kluczowe. Obie pozwalają czarować, lecz inaczej wpływają na człowieka.
Zacznę oczywiście od mojej energii. Mroczna magia wzięła swoją nazwę od gorszego aspektu jej wykorzystywania. Bowiem my wszyscy, mroczni czarodzieje, potrzebujemy angażu emocji i uczuć w nasze działania, by w ogóle czarować. Dlatego pisałem o skrajnościach i brutalności- musimy odczuwać wiele i w stopniu intensywnym. Proste? Nie zawsze. Jak wyzwolić w sobie emocje, jeśli od maleńkości wpaja się nam, by tych uczuć nie okazywać, bo to jedynie słabość? Mówię oczywiście o arystokratycznych rodach. Jednak nienawiść, pogarda czy wściekłość są uczuciami niewymagającymi głębokich pobudek. Mimo to zaklęcia zyskują dużą moc, większą niż zaklęcia Jasnych. Stała obecność tych negatywnych emocji przyczyniła się i nadal przyczynia do wielu okrucieństw ze strony Mrocznych Czarodziejów, czemu właśnie zawdzięczamy swoją nazwę.
Czym różni się więc nasza magia od magii Jasnych? Oni do czarowania nie potrzebują żadnych emocji – mogą myśleć o lukrowych piórach, a zaklęcia będą równie silne, co te z zaangażowaniem własnym. Jest to jednocześnie atut, jak ograniczenie. Zaklęcia zawsze będą udane, lecz nie zwiększą swojej mocy, więc Jaśni na co dzień rezygnują z łączenia magii i emocji.
Co w tym więc takiego złego? I czy nasze formuły zaklęć się różnią?
Pierwsze pytanie wiąże się z drugim. Mamy ten sam program zajęć, ponieważ poznajemy na nich w większości zaklęcia Szarej Strefy (neutralne), które pozwalają na równy rozwój Jasnych i Mrocznych. Jednak my nie potrzebujemy w gruncie rzeczy żadnych formuł – to jest właśnie wyjątkowe w naszej magii, nasze emocje ukierunkowują ją bez słów. Dlatego Mroczna magia jest tak przerażająca dla Jasnych. Mimo targających nami uczuć czasami nie chcemy wyrządzić szkód, o których myślimy, a jednak się dzieją, mimo że przywołane przez nas zaklęcie ma na celu naprawianie. Ten chaos można oczywiście ujarzmić, czego uczymy się w Hogwarcie, lecz Jaśni w to nie wierzą. Jesteśmy dla nich zbyt niebezpieczni, chociaż gdyby nie my, Zaklęcie Patronusa, tak użyteczne dla Jasnych, nigdy by nie powstało. Crucio również, ale lepiej nie przywoływać na przyszłość tego przykładu.
Wszyscy możemy używać tych samych formuł, lecz oczywiście najsilniejsze są te ukierunkowane. Dlatego właśnie wspomniałem o Zaklęciu Patronusa, które zostało przywłaszczone przez przeciwną stronę. Uczą się specjalnie, jak wywołać uczucie uniesienia: „myślcie o naprawdę szczęśliwym wspomnieniu”. Prycham. To odrażające. My nie potrzebujemy takich wskazówek, a jesteśmy tymi gorszymi.
Wracając, Lily zawsze była ucieleśnieniem kontroli, ideałem bez skazy, więc ludzie przychylniej patrzyli na jej status Mrocznej. Lecz po dzisiejszym wybuchu bardzo szybko może się to zmienić, sojusznicy rozejść, a pozycja mej rudowłosej czarodziejki okrutnie się obniżyć. Ten Rogers może kosztować ją lata pracy. Przydałby się teraz jakiś wypadek, któremu Lily, dzięki instynktowi i mrocznej magii, przypadkowym trafem mogłaby zapobiec. To wcale nie byłoby trudne do zorganizowania, lecz nie mogę znieść myśli o postawieniu damy mojego serca w niebezpieczeństwie. Muszę pomyśleć nad innym rozwiązaniem.

11 kwietnia

Zwyciężyliśmy! Puchar Quidditcha jest nasz! Uważam, że euforia nie byłaby tak wielka, gdyby nie pewne wydarzenia. Oczywiście dotyczą Lily, jak już możesz się spodziewać. Zacznijmy jednak od początku.
Minęły trzy tygodnie od wybuchu mocy panny Potter i po tym czasie mogę z pełną świadomością przyznać, że jej pozycja była mocniejsza niż sądziłem. Oczywiście, przez pierwszy tydzień większość uczniów omijało moją czarodziejkę szerokim łukiem, prawdopodobnie ze strachu, że staną się kolejną ofiarą. Jakby byli tego warci… Jednak później w jakiś niespodziewany dla mnie sposób (bardzo niespodziewany) rozniosła się wieść o powodzie wściekłości Lily. Wtedy sytuacja diametralnie się zmieniła. Wiele osób stanęło po stronie mojej Ślizgonki (tym bardziej, że „ofiary” szybko wróciły do zdrowia), ponadto nawet Glenn postanowiła przeprosić za całą sytuację! Podobno nie była świadoma ich wcześniejszego związku. Nie wiem, ile w tym prawdy, natomiast sam gest uspokoił publikę. Nagle zostaliśmy zalani pytaniami o uroki do tak brawurowej zemsty – to dla mnie niezwykłe, jak sytuacja może się odwrócić. Jeszcze miesiąc temu byliśmy okrutnymi Ślizgonami, a nasze sztuczki pyszniły się mianem diabelskich, lecz teraz…
Kiedy Lily przyznała, że użyła Mrocznej Magii i nie zna żadnej inkantacji oprócz Upiorogacka, wybuchła prawdziwa wrzawa. Nie od razu, oczywiście, jednak informacja w szybkim tempie objęła całą społeczność. Chociaż już wcześniej Hogwartczycy zostawali uświadamiani o różnicach między Mrocznymi i Jasnymi, dopiero ten pokaz prawdziwie wywarł na nich wrażenie. Nigdy nie uświadomiłem sobie, że przez nasze niewychylanie się Jaśni mogą w ogóle nie pojmować różnic. Dla nich zawsze byliśmy Mroczni tylko z nazwy – liczyła się rywalizacja domów, a nie magia. To świat dorosłych czarodziejów wprowadzał ten podział, którego oni właściwie nie rozumieli. Dopiero atak zaprezentował im, że można czarować intuicyjnie. Jestem w szoku, ale to… ich zafascynowało.
               Może zbyt długo walczę za naszą niezależność, zbyt wiele słyszałem o dyskryminacji, wszak jestem prawie dorosły i już nie raz odczułem to w Magicznym Świecie. Nigdy nawet nie podejrzewałem, że świeże spojrzenie może być kompletnie odmienne. Nagle Jaśni i Mroczni zaczęli się mieszać, prezentować swoje umiejętności. Pokazaliśmy naszą magię od tej pięknej strony i Hogwart zakwitł, a wszyscy jakby odetchnęli głębiej.
Lily oczywiście jest nadto szczęśliwa i mam wrażenie, że nawet nie chowa urazy do Rogersa. Odkąd obdarzyłem ją medalionem, nie rozstaje się z nim na krok. Spędzamy razem bardzo dużo czasu i chociaż widywałem się także z Evanem na sesjach w bibliotece, mogę powiedzieć, że poświęciłem się jej całkowicie. Dlatego gdy nadszedł mecz czułem się przygotowany zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
To było niezwykłe! Aż brakuje mi słów, by opisać uczucie wirowania w powietrzu i tej adrenaliny, która motywuje do bardziej efektywnej gry. Mimo rywalizacji, czułem się niezmiernie szczęśliwie i bezpiecznie. Z naszą drużyną, z Alem naprzeciwko mnie i z niesamowitym dopingiem ze strony całej szkoły. Oczywiście, jesteśmy Ślizgonami, więc nasza publiczność liczebnie nie mogła konkurować z fanami Gryffindoru, jednak widziałem wiele nowych twarzy, którzy po ataku przekonali się do naszego domu. To było niezwykłe, jednak koniec…!
               Gdy zwyciężyliśmy, Lily podleciała do mnie i pocałowała mnie na oczach całej szkoły. I to… to wreszcie było coś więcej niż wymiana śliny. Wreszcie poczułem, że do kogoś należę. Gdy się od niej oderwałem, myślałem tylko o tym, że jest moja. Moje policzki ledwo wytrzymały zdwojoną dawkę uśmiechów, a płuca co chwila zgłaszały strajk, gdy zapominałem oddychać. Widownia oczywiście oszalała, widziałem również uśmiechniętego Albusa, który coś wołał, ale przypomniałem sobie o tym dopiero później. Wtedy po prostu cieszyłem się swoim szczęściem i nagle byłem już w Pokoju Wspólnym, świętując. Ja i Lily byliśmy stale razem, jakby nagle osobne istnienie stawało się bolesne.
Wszystkie troski odpłynęły, gdy złapałem ją za rękę, a ona spojrzała na mnie z ufnością w oczach. Szczęście zawitało w moje progi. Jasne, mieliśmy przed sobą jeszcze wiele problemów, ale wierzyłem, że wreszcie pod nogami poczułem stabilny grunt.


wtorek, 4 września 2018

Organizacji czar


Ahoj, kamraci! Minął niecały miesiąc, a ja jestem z kolejną miniaturką. Mam nadzieję, że będzie to maksymalny odstęp czasowy w dodawaniu kolejnych prac. Dzisiaj publikuję miniaturkę stworzoną na Konkurs na miniaturkę miesiąca na znanym Wam już pewnie Katalogu Granger. Zachęcam do zerknięcia na tę i poprzednie edycje, można znaleźć tam prawdziwe perełki!
Ja wybrałam temat o organizacji przyjęcia urodzinowego dla Harry'ego, przy czym Hermiona musiała być jedną z głównych bohaterów. Wymagania spełniłam i mam nadzieję, że miniaturka przypadnie Wam do gustu. W związku kilkoma uwagami poprawiłam też estetykę swojej pracy. Zauważyliście zmianę? Opiszcie swoje wrażenia! Jestem niesamowicie ciekawa ;) Do następnego :*

Hermiono, powtarzam po raz kolejny, Harry wcale nie potrzebuje imprezy urodzinowej mężczyzna starał się zachować spokój.
Owszem, Ronaldzie, jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi Harry’ego, a doskonale wiesz, że sam nigdy nie prosił o świętowanie, a ostatecznie był nam niebotycznie wdzięczny. Czy już zapomniałeś? Zmrużyła oczy w szparki, patrząc na niego zza wycieranych talerzy.
Nie, Hermiono, nie zapomniałem. Wiem doskonale, jak Harry lubił te przyjęcia-niespodzianki, które tylko dla niego były niespodzianką, tak poza tym, ale teraz… wszyscy dużo przeszliśmy…
Dokładnie, czy nie uważasz więc, że wszystkim nam nie przyda się jakaś okazja do oderwania się od tego piekła na ziemi? spytała, wycierając ręce i odhaczając coś na liście.
Ron jedynie bezradnie patrzył, jak jego jedyna przyjaciółka kompletnie go ignoruje, a jednocześnie wygrywa dyskusję. Wyłącznie przez swój upór, trzeba powiedzieć.
Nie, nie uważam, żeby innym się to spodobało. Teraz w modzie są pogrzeby, nie przyjęcia urodzinowe. Zrozum, to dla wszystkich za wcześnie…
Czy Harry nie wycierpiał wystarczająco? Kiedyś musi nadejść moment otrząśnięcia się ze żniw wojny. Dlaczego nie zacząć od świętowania urodzin naszego bohatera? Dajmy mu powód do radości.
Dopiero powiedziałaś, że to dla Harry’ego, a doskonale wiesz, jak on reagował na tłumy przy wszystkich okazjach. Nie, Hermiono, nie wmówisz mi, że wszyscy nagle zapomną o wojnach, ofiarach i tym całym zniszczeniu, bo ich wybawca ma urodziny! To ty powinnaś tłumaczyć to mnie, a nie na odwrót! Ludzie uwielbiali Harry’ego, bo chcieli, żeby poświęcił się za nich w zamian za jakiś pomnik, który łaskawie by mu postawili,  gdyby zginął, ratując ich leniwe dupy! Byli głupi, myśląc, że to w ogóle możliwe… Nie ma wojen bez ofiar. Nagle stracił całą energię.
Odwrócił się do okna, żeby nie widziała jego zaszklonych oczu. Wygrali, w końcu wygrali. Tak być musiało, jeśli chcieli być wolni i szczęśliwi. Cena sprawiedliwości była wysoka i nie wszyscy się z tym pogodzili. Wiedział o tym i nie chciał, żeby to przyjęcie zniszczyło nawet tę niewinną cząstkę jego wspomnień, kiedy jeszcze wierzył, że ludzie są tylko trochę samolubni.  Że nie poświęcą twojego życia bez mrugnięcia okiem, byle pożyć, nawet jeśli w rynsztoku, to choć minutę dłużej. Poczuł jej delikatną dłoń na ramieniu, ale nie odwrócił się.
Ron, wiem. Wiem i rozumiem. Ale mówię całkowicie poważnie. Krwawa część tej wojny już się skończyła, pozostało nam jedynie opłakiwać ofiary, ale też przygotować się na kolejną walkę. Panuje chaos, większość magicznego została zniszczona, a jeśli nie, to chociaż naruszona zawahała się i zaczęła delikatniejszym głosem. Jest nas tak mało… musimy od nowa zbudować nasz świat, Ron. Nie zrobimy tego, cierpiąc za przeszłość. Rozumiesz?
Tak odparł po długiej chwili ciszy i wreszcie popatrzył w jej brązowe oczy. Nie chcę po prostu, żebyśmy jeszcze raz mieszali do tego Harry’ego, przecież przeszedł już swoje.
Dla innych będzie to jak powrót do starych czasów. W każdym z nich pozostała cząstka fascynacji Chłopcem-Który-Przeżył. Przypuszczam… że to da im nadzieję. A taki przynajmniej jest mój cel. Nadzieja, że wszystko wróci do normy. Zasmakują chwili „normalności” i będą do niej dążyć. Czy różni się to od pragnień Harry’ego?
Chłopak zapatrzył się w dal, ale w końcu pokręcił głową i opuścił ją w geście zmęczenia.
Dobrze, nie będę cię już powstrzymywał. Rozumiem, choć nadal mam zastrzeżenia, ale… Podniósł zdecydowanie głowę, aż coś strzyknęło mu w szyi, co wywołało delikatny uśmiech na twarzy Hermiony. Jeśli to ma być impreza Harry’ego, musi być zajebista! Masz już jakiś pomysł?
Ronaldzie, za kogo ty mnie masz? Chodźmy do biblioteki!
I chociaż w ich oczach nadal widniał ból, uśmiechnęli się do siebie krzywo, jakby faktycznie stare czasy zaczęły wracać.

*.*.*

Myślałem, że żartujesz. Merlinie, jesteś nienormalna. Nikt nie planuje przyjęć w bibliotece!
Nie gadaj, tylko przynieś tu te książki, rudy mięśniaku poleciła Hermiona, sama układając na ich stoliku badawczym równe stosiki.
Ron, zgrywając prawdziwego mięśniaka, prawie upadł pod naporem starych tomiszczów, ale dzielnie dostarczył je do ich bazy dowodzenia. Z lekkim przerażeniem, ale także ze wzruszeniem obserwował, jak jego przyjaciółka wpada w tryb poszukiwaczki. Cieszył się świadomością, że książki zawierają jedynie niewinne zaklęcia służące celebracji, a nie…
Dobrze, zaczynajmy. Pierwsza kwestia to oczywiście goście- musimy skrupulatnie wybrać, kogo zaprosimy. Koledzy ze szkoły, oczywiście z różnych domów i różnych roczników, pracownicy ministerstwa, choć jeden z jednego departamentu, członkowie zakonu feniksa, Mistrzowie i po kilku przedsiębiorców z magicznych miejscowości… Tak, tyle wystarczy, o bliskich Harry’ego nawet nie wspominam, bo to jasne.
Chłopak patrzył to na listę, to na przyjaciółkę.
Hermiono… wiesz, że chcę tylko pomóc, prawda?
Oczywiście.
Więc… myślę, że ta lista jest za krótka. Faktycznie, selekcja jest ważna, ale wyszło zbyt kameralnie, jeśli mamy pocieszyć całą naszą społeczność. Wiesz przecież, że to nie są zwykłe urodziny.
Och, Ron, zdaję sobie z tego sprawę odparła ze śmiechem. ale pomyśl, że ci wszyscy ludzie przyjdą z osobą towarzyszącą. To raczej wystarczająca ilość?
Tak, to dopiero pomysł! Jednocześnie elitarne, ale zrzeszające wszystkich.
Dziękuję, to miłe, że jeszcze we mnie wierzysz. Dalej, miejsce. Przy tak dużej ilości osób musimy zorganizować to albo na dworze, albo w wielkiej sali powiedziała, machając piórem na wszystkie strony.
Wielka Sala, to jest myśl! Harry ją uwielbiał, a wszystkich pomieści, dobra, co dalej?
Dziewczyna popatrzyła na niego w lekkim szoku, po czym przeniosła wzrok na swoją listę i, nadal z lekkim niedowierzaniem, zmieniła początkowe litery na wielkie. Że też na to nie wpadła, mając rozwiązanie pod nosem. Sprawa miejsca została rozwiązana jeśli oczywiście profesor McGonagall się zgodzi.
Jedzenie. Myślałam o menu pt. „Smaki dzieciństwa Wybrańca”. Chodzi oczywiście o nasze wspólne przysmaki, ale wiesz, że to lepiej brzmi. Myślisz, że skrzaty się tego podejmą?
Chłopak zmarszczył brwi, przygryzając pióro i huśtając się na krześle. Z daleka wyglądał jak dawny Ron Weasley- beztroski Gryfon, wróg Ślizgonów i zapalony gracz quidditcha. Chłopiec, który jeszcze nie został odarty ze swojej niewinności.
Skrzaty straciły swoją werwę i chęć pomocy po masakrze Stworka i dodatkowo po śmierci Zgredka, ale przecież taki jest cel, co nie? Obudzić nadzieję we wszystkich. I uszczęśliwić Harry’ego.
Dokładnie, trzeba będzie z nimi porozmawiać. Co sądzisz o tym, żeby to twoja mama wykonała menu? Myślisz, że pamięta przysmaki Harry’ego?
Ron prychnął.
Pewnie, że tak. Dziwię się, że jeszcze nie powstała „jajecznica Harry’ego” czy „paszteciki dyniowe a la Harry”. Nie może się przemęczać, ale jeśli nie wyskoczy z łóżka, żeby sama wszystko zorganizować, można jej to polecić. Będzie zachwycona.
Dziewczyna zapisała kolejny punkt na liście.
W takim razie chyba mamy już wszystko do zaproszeń? Data to trzydziesty pierwszy lipca, jedynie pozostało nam wybrać go…
Musi to być przed szesnastą pięćdziesiąt osiem.
Dziewczyna pokiwała głową i zapisała kolejne informacje na liście.
W porządku, więc szesnasta dwadzieścia? Dobrze, na nasze szczęście to piątek. A o szesnastej pięćdziesiąt osiem wzniesiemy pierwszy toast na cześć Harry’ego. Czas, miejsce, lista gości gotowa… Ubiór i prezent. Myślisz, że obowiązujące czerwone szaty będą przesadą?
A wyobrażasz sobie to czerwone morze czarodziejów? Skrzywił się. Nie, to niezbyt dobry pomysł.
Mugolskie ubrania? Nie, sama nie chcę tego widzieć. Bal przebierańców? Nie patrz tak na mnie, bal wcale nie oznacza tańców, to tylko nazwa. Stroje oficjalne nie pasują mi do tego przyjęcia, mimo wszystko wyobrażam sobie luźną i przyjemną atmosferę.
A może stroje do quidditcha? Dla Harry’ego to była druga skóra, a prezentują się naprawdę dobrze.
Ron, nie znam się na tym. Czy te stroje są wygodne? I czy można w nich tańczyć?
Mówiłaś…!
Mówiłam o słowie „bal”, a nie o kompletnym braku tańca na naszym przyjęciu. Więc?
Nadal blady młodzieniec przełknął ślinę, ale dzielnie odpowiedział:
Są wygodne i można w nich tańczyć, chociaż ja odradzałbym wykonywanie tej czynności. Wiesz, że istnieją też reprezentacyjne stroje do quidditcha? Zawodowi gracze właśnie w nich pozują do zdjęć, więc muszą wyglądać dobrze. Zresztą, czy słyszałaś kiedyś o przyjęciu w strojach do quidditcha?
Nie, to moje główne źródło wątpliwości.
Chodzi mi o to, że nasze przyjęcie będzie jedyne w swoim rodzaju. Wyjątkowe i ekscentryczne, każdy będzie chciał przyjść i zobaczyć na własne oczy. To sensacja, której potrzebujemy!
Skoro tak mówisz. Wzruszyła ramionami. Co jeszcze zostało? A tak, na zaproszeniu musi być informacja o prezencie. Chciałabym, żeby każdy przyniósł ze sobą coś symbolicznego i jednocześnie magicznego. Tu zacznie się nasza przygoda z książkami, Ronaldzie. Musimy znaleźć tradycyjny podarek, który będzie symbolizował wdzięczność, hołd, szacunek, a przynajmniej którąś z tych rzeczy. Wiesz, o co chodzi.
Hermiono, a nie mogą być to po prostu słodycze? Ał! To bolało!

*.*.*

Chyba w końcu coś znalazłem. Ciszę przerwał stłumiony głos wydobywający się spod stołu.
Dziewczyna przeniosła wzrok z właśnie wertowanej książki na wynurzającego się młodzieńca. Miał rozczochrane włosy, przekrwione oczy, a jego twarz przedstawiała wyraz skrajnego znudzenia. Uśmiechnęła się delikatnie i zakręciła pukiel włosów na palcu.
Co tam masz?
To… czekaj… „tradycyjny rytuał złożenia honoru”. Przeczytam ci…
Daj mi to, będzie szybciej.
Chłopak nawet nie zaprotestował, układając się wygodnie na krześle i korzystając z chwili odpoczynku. Hermiona zmarszczyła brwi w skupieniu, a jej oczy szybko skakały po tekście.
Masz rację, to chyba tego szukaliśmy. Tylko czy każdy będzie w stanie wykonać ten rytuał? Ze znalezieniem kamienia nie będzie problemu, ale czy wszyscy włożą swój trud w zaczarowanie go?
Możemy zobowiązać ich do tego przed wejściem. Jedynym wymaganiem będzie przyniesienie domowego kamienia w celu złożenia magicznego hołdu. Co o tym myślisz?
To dobry pomysł powiedziała powoli ale potrzebujemy w takim razie kogoś, kto będzie nad tym czuwał.
Może aurorzy?
Nie, wtedy będzie to zbyt elitarne. Myślę nad zabezpieczeniami. Wiesz, co teraz powiem?
Przerwa na lunch?
Nie.
Przerwa na drzemkę?
Nie.
Przerwa..?
Nie, Ronald! Wracamy do książek!

*.*.*

Przestań umierać, to może zadziałać. Zabezpieczenie na podstawie czary ognia trzeba będzie włożyć zaczarowany kamień do szkatułki, której magia rozpozna zaklęcia honoru i przepuści gościa do zamku. Co myślisz?
W porządku, jeśli nie będziemy dalej szukać. Czy mogę już odnieść te książki? Ulży mi, jeśli zrobi się ich choć trochę mniej w zasięgu wzroku.
Dziewczyna wywróciła oczami, ale łaskawie wyraziła zgodę, zapisując kolejną pozycję na liście.
Od razu lepiej usiadł, wzdychając. chociaż uspokoiłbym się zupełnie, jakby wszystkie z nich zniknęły z tego stolika. Zgaduję, że zostało nam cos jeszcze?
Muzyka i dekoracje odparła, patrząc na pergamin. Obsługę załatwimy ze skrzatami, mam nadzieję. Jakieś pomysły, co do muzyki?
Nie wiem, co jest na topie. Dobrze wspominam Fatalne Jędze, ale one niestety… zginęły, z tego co słyszałem.
Ja mam podobnie, dawno nie słuchałam magicznych stacji. Poczekaj, można iść po jakieś magazyny muzyczne.
Co?! Nie, nie ma mowy. Nie będę znosić tu więcej książek, nawet jeśli są cienkie! O nie! krzyknął, widząc, że Hermiona się podnosi. Ty też nigdzie nie pójdziesz! Jaki masz pomysł na dekorację?
Naprawdę chcesz o tym słyszeć?
Szczerze, nie wyszczerzył zęby w uśmiechu ale to lepsze niż kolejne książki.
W takim razie załatw te sprawy podała mu listę a ja zajmę się resztą.
Spojrzał na pergamin wypełniony od góry do dołu. Były to sprawy, o których już wcześniej rozmawiali, oprócz jednego punktu.
Dlaczego mamy sprowadzać alkohol z Trzech Mioteł?
A dlaczego nie? Podniosła brew.
Hermiono, nie jesteśmy już w szkole jęknął. Pozwól mi się zająć chociaż tym, proszę!
No… dobrze zgodziła się niechętnie. Załatw wszystkie punkty z listy, ja wymyślę co z muzyką i dekoracjami.
I to wszystko? zapytał z błyszczącymi nadzieją oczami.
Porozmawiamy, jak załatwisz zadania z listy. Uśmiechnęła się krzywo.
Dobrze westchnął. Tylko mam jedno pytanie… kto za to wszystko zapłaci?!

*.*.*

Ron przedstawił jej wykonane działania: McGonagall udostępniła im Wielką Salę pod warunkiem, że uczniowie od czwartego roku w górę wezmą udział w przyjęciu. Na szczęście (dzięki narzekaniu, że cały alkohol zmarnuje się na dzieciaki o słabych głowach) dyrektorka ograniczyła się do siedmiorocznych. Skrzaty początkowo nie chciały wspomóc ich przedsięwzięcia, ale (dzięki łakomstwu rudzielca, który poprosił o posiłek, i jego późniejszym pochwałom) ostatecznie wyraziły zgodę. Molly Weasley musiała być przekonywana jedynie do leżenia dalej w łóżku pod groźbą nieuczestniczenia w imprezie, a menu opracowała jeszcze tego samego dnia. Przyjęcie zostało zarejestrowane w ministerstwie, skoro odbywało się w Hogwarcie, a przy identyfikacji mieli użyć magicznego artefaktu (własnej roboty). Ronald poradził sobie również z Prorokiem Codziennym, który już zarezerwował sobie pierwszą stronę na wieść o urodzinach Harry’ego Pottera. O alkoholu powiedział jedynie, cytując: „Nie martw się, pomyślałem też o dziewczynach”, więc nie dopytywała.
Ona z kolei znalazła kilka zespołów i ostatecznie napisała do Zimnego Oddechu, który podobno był na topie. Wykonała też magiczną szkatułkę, którą będzie trzeba poddać jeszcze próbom i związać z zaklęciami wrót. Co do dekoracji, już dostosowała wszystkie elementy pod Hogwart, a dodatkowo wyszukała zaklęcia, które pomogą jej w wykonaniu. Napisała konkretną listę gości i skonsultowała ją z Ronem (dla świętego spokoju), po czym zaczęli wypełniać zaproszenia. Skończyli następnego dnia tylko dzięki magii, więc, gdy wychodzili z biblioteki późnym wieczorem, mężczyzna targał ze sobą wielki bagaż listów.
Dasz sobie radę z wysłaniem tego wszystkiego? spytała, powstrzymując ziewnięcie.
Rudzielec zarzucił wielki wór na plecy niczym Święty Mikołaj, ale poszedł w jej ślady, zasłaniając usta dłonią.
Tak, ale pójdę na Sowią Pocztę dopiero rano. Po takiej sesji w bibliotece marzy mi się tylko łóżko.
W porządku, w takim razie dobranoc. Dziewczyna objęła go na pożegnanie.
Branoc… nagle przerwał. Hermiono… zapomnieliśmy o jednym, na gacie Merlina.
Co? O czymś ważnym? Momentalnie się rozbudziła.
Zaprosić Harry’ego. To chyba dosyć ważne.

*.*.*

Cały tydzień realizacji spełnił jej oczekiwania (Rona chyba też). Teraz, kiedy patrzyła na szmaragdowo- złotą dekorację, odświętną zastawę i tych wszystkich ludzi w strojach do quidditcha (musiała przyznać, że niektórzy mimo wszystko wyglądali elegancko, a ona sama czuła się komfortowo), mogła odpocząć. W tle słyszała delikatne brzdąkanie instrumentów Zimnego Oddechu i tylko odliczała czas do pierwszego toastu. Później wszystko mogło potoczyć się zupełnie nie po jej myśli, byle to się udało.
Na jej machnięcie wrota zostały zamknięte, szkatułka przelewitowana do podestu, a wszyscy, włącznie z kapelą, ucichli. Szesnasta pięćdziesiąt pięć, musiała się streszczać. Ron jedynie pokiwał jej z uśmiechem w tym swoim durnym pomarańczowym stroju, więc wzięła wdech i zaczęła.
Witam. Raczej nie muszę mówić o tym, dlaczego się tutaj zebraliśmy. Trzydziesty pierwszy lipca to data znacząca dla naszego społeczeństwa - dzień urodzin naszego przyjaciela i towarzysza broni. Wszyscy z Was, wchodząc w mury tego zamku, złożyli hołd tej osobie. Nie wiem, co was do tego skłoniło, jakie były wasze pobudki, ale mogę powiedzieć o swoich. Harry Potter został moim przyjacielem w wieku jedenastu lat, robiąc to, co kochał i potrafił najlepiej. Uratował mnie, nie myśląc nawet o ratowaniu własnego życia. Myślę, że wielu z was słucha mojej historii i przypomina sobie własne przygody przeżyte z Harrym. Inni natomiast przywołują sytuacje, na które nasz przyjaciel miał znaczący wpływ. Wasze podarki, ale przede wszystkim Wasza obecność, to wielki gest podziękowania w jego stronę. To również początek nowej ery i nowego porządku musimy odbudować nasz świat, dla tych, którzy stracili dla niego życie. Chciałabym poprosić teraz do mównicy samego solenizanta, mimo całej jego nieśmiałości… zmusiłabym go do tej przemowy. Jednak zamiast tego wznieśmy toast za jego wspaniałą osobowość i oddanie innym. Za to, że nigdy nie pragnął niczego więcej jak być tylko Harrym i uwolnić nasz świat od zła. Sto lat!
Po Wielkiej Sali wznoszony toast przeszedł głośno niczym grom. Kieliszki zostały opróżnione, zabrzmiała muzyka i pojawiły się przystawki. Goście zaczęli powoli wchodzić na parkiet, śmiać się, rozmawiać. W końcu taki był cel przyjęcia.
Na Błoniach Hogwartu dwie odziane w stroje do quidditcha postacie stały nieruchomo przy wielkim kopcu mieniących się różnymi kolorami kamieni. Para uśmiechała się, mimo drżenia. Początek zawsze musi ściśle wiązać się z końcem.
Wszystkiego najlepszego, Harry. Mamy nadzieję, że jesteś szczęśliwy.
Zegar wybił siedemnastą.