niedziela, 14 maja 2017

Zimowa misja cz.7

Hello! Wreszcie jestem z nowym rozdziałem. Powiem Wam, że ten miesiąc był dla mnie naprawdę pracowity, poczułam taki przypływ weny! Mam nadzieję, że efekty Wam się spodobają, zostawcie opinię w komentarzu! 😄

***

Miał przyjść tego dnia do biblioteki i uczyć się z Lily, ale po zajściu przy sali transmutacji, odeszła mu wszelka ochota. Jeszcze nigdy nie złapało go tak wielkie zniechęcenie- był nawet w stanie uwierzyć, że Snape może zawłaszyć sobie jego rudowłosą. Na szczęście szybko się opanował i jak każdy szanujący się gryfon postanowił walczyć.

Myślał o tym od samego rana, raz nawet zagapił się i staranował jakiegoś pierwszoroczniaka, po czym spokojnie po nim przeszedł. Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca, więc przyszedł do biblioteki pół godziny przed umówionym spotkaniem. Lily oczywiście jeszcze nie było, ale zajął jej ulubiony stolik.

Nie wiedział, co mógłby robić, zanim dziewczyna przyjdzie, więc po prostu przyglądał się swojemu otoczeniu. Ze swojego miejsca widział wejście i wchodzących. Dirk Heath pewnie znowu skoczył po książki o quidditchu- przynajmniej skierował się w tamtym kierunku. Dorete Jacobsen i Frederick Shah z Ravenclawu na pewno nie przyszli się uczyć... chciałby być na ich miejscu, oczywiście z Lily. Ralf Jansson podszedł niebezpiecznie blisko działu zakazanego, jednak jako ślizgon i członek klubu ślimaka mógł bez problemu zdobyć pozwolenie. Emily Moss z Hufflepuffu rozmawiała z Alexandrem Waltonem, który na jego widok szybko pożegnał się z koleżanką. Powoli tracił nadzieję na przyjście Lily, jednak właśnie wtedy rude włosy ukazały się w wejściu... tuż obok czarnych strąków.

Nie mógł uwierzyć, że go tutaj przyprowadziła. Wyglądała naprawdę ślicznie, chociaż przyszła w zwykłej szacie. Jej uśmiech tworzył tak wielki kontrast z grymasem Snape'a, że miał ochotę wstać i przemówić do rozumu temu idiocie. Jak można krzywić się w obecności boginii? Jednak jak na dżentelmena przystało, został na swoim miejscu i cierpliwie czekał. Wreszcie rudowłosa doszła do jego stolika... i prawie go minęła!

- Lily?- odchrząknął.

Dziewczyna spojrzała na niego rozświetlonymi oczami i uśmiechnęła się wesoło.

- James, cześć. Co się stało?- zapytała serdecznie.

- Mieliśmy się dzisiaj razem uczyć- jego wzrok powędrował ku nieproszonemu gościowi, jednak zdążył zobaczyć zaskoczoną minę gryfonki.

- O jejku... Zapomniałam na śmierć. Moglibyśmy to przełożyć? Chyba, że nie przeszkadza ci towarzystwo Severusa? Na czym w ogóle ma polegać to nasze wspólne uczenie? Czy masz z czymś problem? Chyba, że...

- Lily- przerwał delikatnie chłopak stojący obok niej.- Myślę, że ja i Potter umiemy nie pozabijać się przez godzinę, a przecież właśnie dla nauki wszyscy tutaj przyszliśmy. Prawda, Potter?- uśmiechnął się ironicznie.

Wredny drań! Obrażał go w tak zaowalowany sposób, że nie mógł się nawet odgryźć! Nienawidził tych złośliwych, czarnych oczu, które w tym momencie błyszczały chorą radością.

- Wyjąłeś mi to z ust, Snape- powiedział, patrząc na Lily.

Dziewczyna patrzyła na nich nieco podejrzliwie, ale w końcu usiadła przy stole i wyjęła książki, a ślizgon poszedł jej przykładem. Na początku panowała niezręczna cisza, lecz w końcu James przełamał ją, pytając, co sądzi o taktyce obronnej omawianej teraz na OPCM. Rozmowa toczyła się gładko, nawet jeśli uczestniczył w niej Snape i dziewczyna zdawała się zadowolona.

W końcu jednak przestał się odzywać, bo rozmowa przeszła na nieznane mu tematy. Mimo to z zainteresowaniem słuchał, jednocześnie obserwując ukradkiem Snape'a. Nie wierzył, że może ukraść mu Lily, choć nie zaprzeczał, że pomiędzy nimi istniała jakaś więź. Nie wiedział, jaka dawniej była ich relacja, ale skoro odbudowali znajomość przez DWA DNI, musiało im na sobie zależeć.

Wiedział, że to nie było takie proste. W piątej klasie Lily i... Tamten zerwali przyjaźń, bo nazwał ją szlamą. Nie odzywali się do siebie dwa lata, więc pomiędzy nimi musiał wydarzyć się jakiś ogromny przełom, żeby to zmienić. Coś na osobności...

- James...? Ziemia do szukającego...!

Ocknął się ze swoich rozmyślań i popatrzył nieprzytomnie na gryfonkę.

- Przepraszam, że tak cię zanudziliśmy.

- Nie, nie, wasza rozmowa była naprawdę bardzo ciekawa. Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak szklany atom, a co dopiero że można wykorzystywać go w walce- oznajmił entuzjastycznie, czym wywołał na twarzy Lily uśmiech.

- W takim razie kółko wyrównawcze wykonało powierzone zadanie. Idziesz, Lily?- Snape wstał od stołu.

Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, jedynie obojętność. Jamesowi wydało się, jakby wypowiedział złośliwy komentarz machinalnie i nawet tego nie zauważył. Postanowił więc nie odpowiadać.

- Do zobaczenia w wieży- pomachała mu i znikła, a on został sam z jeszcze większym mętlikiem niż wczoraj. Nie wiedział nawet, czy ma się cieszyć, czy nie.

^.^.^

Wrócił do Wieży dopiero po spacerze po błoniach. Nie wyszło mu to na dobre- nie wymyślił niczego i do tego zmarzł. Z ulgą powitał płomienie w kominku gryfonów oraz Hermionę, która odrabiała jakieś zadania.

- James, przyleciała do ciebie sowa- powiedziała, nawet nie podnosząc głowy.

Chłopak kolejny raz podrapał się po głowie, dziwiąc się spostrzegawczości gryfonki. Na stoliku przed jej nosem faktycznie leżała koperta zaadresowana do niego- pismem matki. Usiadł na przeciwko dzewczyny i wziął się do otwierania listu.

- Grasz w quidditcha?- spytał mimochodem.

Miało to być niezobowiązujące pytanie, lecz Hermiona, słysząc je, podniosła gwałtownie głowę.

- Słucham?- patrzyła na niego zdezorientowana.- Co twój list ma wspólnego ze mną i W DODATKU z quidditchem?

Chłopak próbował utrzymać poważną minę, ale długo nie wytrzymał. Bardzo szybko można go było rozbawić. Zresztą zdezorientowana gryfonka, której szczęka wręcz opadła na podłogę, nie pomagała.

- To się nie wiąże, Hermiono. Byłem ciekawy- jesteś spostrzegawcza, masz te swoje instynkty... mogłabyś grać na pozycji szukającego.

- Nie gram, uważam ten sport za bezsensowny- mruknęła i wróciła do książki, jednak gdy nie usłyszała słowa sprzeciwu, podniosła głowę.

James spokojnie czytał list od matki i dopiero po chwili wyczuł, że gryfonka mu się przypatruje.

- Co?

- Dopiero powiedziałam, że QUIDDITCH to bezsensowny sport, a tak się składa, że ty jesteś fanem QUIDDITCHA. Dlaczego się nie oburzasz?- spojrzała na niego zaciekawiona.

- A co ma wspólnego jedno z drugim?- zaśmiał się.- Ja jestem fanem, a ty nim nie jesteś i kropka. Nie musimy lubić tych samych rzeczy. Quidditch jest najpopularniejszym sportem czarodziejów, jednak znam ludzi, których to nie pociąga...

Popatrzyła na niego badawczo i grobowym tonem oświadczyła:

- Przyznaj, że nie chciało ci się słuchać mojego gadania.

Chłopak podniósł ręce w geście poddania, jednak uśmiechał się.

- Dobra, masz mnie! Wiem, że i tak nie zmienisz zdania, więc wolałem tego uniknąć. Tak naprawdę nie rozumiem, jak można nie lubić quidditcha! Do tego osoba, która ma wspaniałe predyspozycje!

- Specjalnie dla ciebie wyjaśnię to krótko: jestem osobą stąpającą twardo po ziemi i TYLKO po ziemi. Od kogo dostałeś list?

Ta nagła zmiana tematu tylko go rozśmieszyła, ale dziewczyna najwyraźniej chciała uniknąć dalszej dyskusji.

- Od mojej mamy- pisze, że pomimo ostatnich wydarzeń jest zdziwiona , że tak długo wytrzymałem z dala od kłopotów. Przypomina mi, żebym uważał i tak dalej. Pytała też o ciebie.

- O mnie?- dziewczyna sapnęła zaskoczona.- Powiedziałeś jej o mnie?

- Przecież musiałem napisać jej o nowej uczennicy. Zresztą i tak by się dowiedziała. Poza tym co w tym złego?- wzruszył ramionami.

- Muffliato- syknęła, a on z zaiteresowaniem się rozejrzał, nie dostrzegł jednak zmian.- To, że czym więcej osób będzie o mnie wiedzieć, tym większe prawdopodobieństwo, że będą się mieszać. Ktoś może się też zainteresować faktem, że zaczęłam tu istnieć z dnia na dzień.

Spojrzał na nią zdziwiony. Dlaczego tak bezpośrednio mówi o swojej przeszłości?

- Hermiono, może troszkę ciszej?- szepnął.- Przecież każdy może nas posłuchać!

- Nie martw się, rzuciłam odpowiednie zaklęcie- nikt nas nie usłyszy.

- Musisz mnie go nauczyć... Ale wracając do tematu. Hermiono, zainteresowanie tobą jest akurat nieuniknione. Nie zdziwiłbym się, gdyby inni uczniowie także napisali o tobie rodzicom. A co z twoją wymówką? Przecież wszyscy się nabrali.

- Tak, wszystkie dokumenty zostały też podłożone do Ministerstwa, więc teoretycznie jestem bezpieczna... Przepraszam, jestem po prostu przewrażliwiona. Bo przecież wiedziałam, że wzbudzę zainteresowanie wśród osób spoza szkoły, ale teoria to nie to samo co praktyka. Czasami śni mi się, że jakimś sposobem zostaję rozpoznana i trafiam na przesłuchanie, a oni wyciągają ze mnie wszystko!- jęknęła.

James spojrzał na nią z ciekawością. Pierwszy raz mówiła o swoich koszmarach, czy jakichkolwiek problemach w ich świecie. Zresztą patrząc na tę drobną gryfonkę, można było odnieść wrażenie, że nie ma żadnych zmartwień. Jednak on już trochę ją poznał i widział, gdy czymś się zdenerwowała.

- Nie zadręczaj się, tak się nie stanie. Jesteś zbyt dokładna, żeby popełnić jakiś błąd. Poza tym współpracowałaś z dyrektorem swoich czasów, a na to stanowisko naprawdę trzeba zsłużyć.

- Dzięki, James, ale w mojej naturze nie lęży niemartwienie się- spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.- W przeszłości to ja byłam mózgiem naszej trójki...

- Niemożliwe!- udał zdziwionego, przez co oberwał poduszką.

- Tak, ale byłam też... hm... delikatnie mówiąc... kwoką. Zawsze to ja najbardziej się martwiłam, ganiałam chłopców, żeby się uczyli, strofowałam ich za szlabany, ja również zaczynałam szczere rozmowy. Później szkoła przestała się liczyć, a wymiana informacji była niebiezpieczna, więc pozostało mi zamartwianie się- wzruszyła ramionami.- Raczej ciężko będzie to teraz wyplenić.

- O nas nie musisz się martwić, Huncwoci zawsze wychodzą zwycięsko z sytuacji.

Hermiona uśmiechnęła się lekko i wróciła do pisania eseju. Wyglądała nawet na pocieszoną- dla nieznajomego. On widział, że ścikała pióro z taką siłą, że prawie je złamała. Pochyliła się też bardziej nad pergaminem, chociaż zwykle siedziała całkowicie wyprostowana. Już nie mówiąc o tym, że uśmiech przypominał bardziej zaciśnięcie warg.

Nagle już nie był pewny swoich słów, bo miał wrażenie, że wcale nie chodziło o tragiczną śmierć Syriusza.

^.^.^

Leżąc w łóżku, myślał o wydarzeniach z tego dnia, ale przede wszystkim o Lily. Naprawdę nie wiedział, co zrobić, żeby go zauważyła. Oczywiście, zrobił postęp, ale był on zdecydowanie za mały. Chociaż Hermiona usłyszała jego gorące zapewnienie, że Lily nie może zainteresować się Snapem, to teraz... To nie tak, że nagle w siebie zwątpił, po prostu w jego głowie pojawiło się przebrzydłe "jeśli". Teraz musiał się starać jeszcze bardziej.

Na zegarze wybiła północ, więc zaczął się zbierać, podobnie jak pozostali Huncwoci. Przez te kilka lat nauczyli się działać bez światła, które mogło kogoś zwabić.

- Myślicie, że dzisiaj będzie inaczej?- zapytał Peter szeptem.

- Dlaczego miałoby być inaczej?- zapytał Syriusz zakładając płaszcz.

James widział jedynie zarys ich sylwetek, ale wyczuł, że Łapa się denerwuje. Więc on też spodziewał się niespodzianek.

- Remus długo został w dormitorium, może przemiana przestała być tak bolesna, czy coś... Sam nie wiem.

- Zauważyłem, ale nie sądzę, żeby chodziło tu o przemianę. Hermiona dużo się z nim spotykała, ale nie chciał mówić, o co chodzi. Może to miało związek z jego wiarą w siebie- spekulował Łapa.

Potter postanowił się nie odzywać, żeby czegoś nie palnąć. Nie wiedział dużo, jedynie tyle, że Hermiona "pracowała" z Remusem, ale jej temat był drażliwy. Peter jej nie znosił, natomiast Syriusz trzymał się nieco na dystans- tylko on i Lunatyk utrzymywali z nią bliższe kontakty. Jednak nie wiedział, jak pozostali odebraliby jego oświadczenie bez poparcia kumpla.

- Znowu ona...- mruknął Glizdogon, zanim zamienił się w szczura.

Przechodzili do Wrzeszczącej Chaty już setki razy, więc nie czuł zdenerwowania. Nauczyciele byli poinformowani o ich wycieczkach, jednak nikt inny nie mógł wiedzieć, więc zachowywali szczególną ostrożność. Na szczęście Pettigrew zawsze sprawdzał ich drogę, dzięki czemu nawet niewidka była zbędna.

Bez problemu przeszli całą szkołę oraz błonia. Wierzba Bijąca nie sprawiła im problemu i dopiero w tunelu poczuli pierwsze niedogodności. Był on ciasny i ciemny, na szczęście mogli tutaj użyć Lumos.

- Wiecie, za każdym razem, kiedy tędy idziemy, odczuwam starość- powiedział poważnie James.

- Starość? Masz osiemnaście lat!- pisnął Peter.

- Tak, ale ten tunel za każdym razem robi się coraz mniejszy. Jeszcze trochę urosnę i się nie zmieszczę, słowo daję!- wykrzyknął, na co pozostała dwójka się zaśmiała.

- Fakt, pamiętam, jak przychodziliśmy tutaj na piątym roku, a wszystko było takie nowe.

- Remus zawsze narzekał, że tunel śmierdzi Miodowym Królestwem, wszędzie walały się opakowania po czekoladowych żabach, a czasem też czekoladowe żaby- rozmarzył się Syriusz.

- Piękne czasy- stwierdził James i pozostali mu przytaknęli.

Weszli do Wrzeszczącej Chaty nadal z lekkimi uśmiechami, ale zamarli, gdy zobaczyli dziewczynę siedzącą na podłodze. Ona rzuciła im tylko obojętne spojrzenie, po czym wstała i otrzepała się z kurzu.

- Jesteście wreszcie.

Przełamanie ciszy wyzwoliło ich reakcje. Peter pisnął, zmienił się w szczura, po czym pognał sprawdzić, gdzie jest Remus. Natomiast Syriusz i James wzięli na siebie wyprowadzenie Hermiony. Nie poszło im jednak tak łatwo, jak myśleli. Łapa zdążył jedynie wyjąć różdżkę, a Rogacz zrobić krok w stronę gryfonki, gdy obaj zostali przygwożdżeni do ziemi siłą zaklęcia.

- Co ty wyprawiasz?!- krzyknęli jednocześnie.

- Uspokójcie się, ustaliłam wszystko z Remusem i dzisiaj spędzę z wami pełnię- dziewczyna patrzyła na nich z zaciętą i lekko zirytowaną miną, jakby wprowadzali niepotrzebny chaos.

- Jak zamierzasz to zrobić?! Uciekaj, póki Remus nie wyczuł twojego zapachu!- krzyknął James, nadal się wyrywając.

- Myślałem, że jesteś inteligentna! Być może spędziłaś z nim trochę czasu, ale Lunatyk nie będzie miał skrupułów- rozszarpie cię!- Syriusz także próbował uratować ją od śmierci, ale ona nie rozumiała.

- Powiedziałam, żebyście się uspokoili. Jeśli zapomnieliście, jestem animagicznym rysiem. Poza tym, Syriuszu, tak, jestem inteligentna! Myślicie, że przyszłabym tu bez przygotowania? Żeby wszystko stracić?

Faktycznie, to nieco go uspokoiło, ale nadal chciał obronić Hermionę przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

- Mogę was już uwolnić?

James spojrzał na Syriusza, u którego zobaczył to samo wahanie, więc skinął za nich dwóch. Po chwili poczuł się wolny. Zwalczył odruch, by nie podbiec od razu do gryfonki, ale najwyraźniej Black nie zaufał w takim stopniu Hermionie. Ta zwyczajnie  straciła cierpliwość- zmieniła się w rysia i skoczyła na jego przyjaciela. Ten natomiast przemienił się w psa, lecz szybko został przygwożdżony do ziemi, co było nieco przerażające, ponieważ wielkością górował nad Hermioną. Jednak ona najwyraźniej umiała walczyć i wykorzystywać także swoją animagiczną postać. Być może "instynkty" brały swój początek w jej rysiu.

Z pyska Łapy wydobywało się na przemian skomlenie i warczenie, lecz w końcu się poddał. James w tym czasie sprawdził najbliższe otoczenie, jednak nie znalazł śladu wilkołaka. Było to nieco dziwne, ponieważ nie zauważył nawet żadnych nowych zadrapań.

Kiedy wszedł ponownie do pokoju, Syriusz siedział na zniszczonej kanapie, a Hermiona leczyła mu...

- Ugryzłaś go?!- szybko do nich podszedł, by obejrzeć z bliska krwawiącą ranę.

- Dopiero wtedy ten pies raczył się uspokoić- burknęła.

Spojrzał z niedowierzaniem na Łapę, lecz ten wzruszył tylko ramionami. Po walce wyglądał na nieco pomiętego i zakurzonego, a oprócz ugryzienia Potter nie dostrzegł innych ran.

- Dlaczego spędzasz z nami pełnię?

- Muszę pomóc Remusowi- odpowiedziała, oglądając Blacka ze wszystkich stron.

- Pomóc w czym? Ma nas- zapytał ostro Syriusz.

- Nie chodzi o taką pomoc. Remus spróbuje powalczyć dzisiejszej nocy i dobrze, że będziecie działać odstresowująco.

- Z kim będzie walczył?- zapytali obaj z rosnącym przerażeniem, ale także zaciekawieniem.

- Ze samym sobą. Nie masz już żadnych obrażeń, na moje oko. Coś cię boli?

Syriusz popatrzył na dziewczynę badawczo, po chwili porozciągał się nieco i odpowiedział przecząco.

- Dobrze, w takim razie chodźcie, już i tak straciliśmy za dużo czasu- mruknęła z uwagą.

- Zaraz- zatrzymał ją James.- Jaka jest więc twoja rola?

- Ja jestem oczami i uszami Remusa na czas jego... niepoczytalności.

^.^.^

Kiedy wszyscy już zmienili postać, poszli szukać Remusa i Petera. Jak się okazało, obecność Hermiony nie była jedyną nowością w schadzkach przy pełni księżyca.

Dwójkę przyjaciół znaleźli w obszarpanej sypialni. Była zniszczona przede wszystkim przez wcześniejsze przemiany Remusa, ponieważ to w tym miejscu zwykle zachodziła transformacja.

James podskórnie wyczuwał, że coś się dzieje, jednak miał dużo gorsze scenariusze niż to, co spotkali. Peter siedział zastygnięty w bezpiecznej odległości, co z jednej strony było zrozumiałe ze względu na nieprzewidywalność Lunatyka, lecz szczur wydawał się po prostu zszokowany. Źródło jego zdziwienia stanowił wilkołak, który... obwąchiwał wszystko dookoła. James znał zachowania Lupina w czasie pełni, a to, co widział, było tak samo dziwne jak jego pamiętne wpatrywanie się w okno. Zazwyczaj Remus po prostu szalał, niszczył, cały się trząsł od niewykorzystanej energii... Ten tutaj przedstawiał widok niemal cywilizowanego wilkołaka. Jego ruchy nabrały kociej gracji, a w oczach dostrzegał nawet coś na kształ inteligencji.

Obwąchał każdego z nich i w końcu doszedł do Hermiony. Wszyscy bali się jego reakcji, oprócz samej zainteresowanej, jednak kiedy zaczął ocierać się o nią pyskiem, zrobiło się co najmniej dziwnie. Teraz każdy z nich obawiał się zbytniego spoufalenia z gryfonką-rysiem, jednak na szczęście wilkołak szybko stracił nią zainteresowanie.

Jak co pełnię, spędzili noc w Hogsmeage i jego okolicach. Tym razem małe przygody przebiegały spokojnie i chwilami zapominali, że wśród nich był wilkołak, niebezpieczne stworzenie. Czasami jednak wracał do swojego dawnego "ja"- biegał oszalały, warczał, toczył pianę z pyska i wył. Huncwoci mieli swoje sposoby na poskromienia zwierza przejmującego kontrolę nad Remusem, lecz zanim cokklwiek zrobili, Granger już była przy nim. Czasami łasiła się do niego, innym razem także warczała, a wszystkie jej działania dawały porządany skutek- Lunatyk się uspokajał.

James czuł, że bez pytań po przemianie się nie obejdzie, szczególnie gdy przechwytywał podejrzliwe spojrzenia Łapy. Sam nie spinał się jak zawsze podczas pełni, chociaż zagrożenie wcale nie znikło. Często zabawa była przednia, lecz zdarzały się krwawe dla spotkanych zwierząt wypadki. Jedynie dla zwierząt, ponieważ czuwali nad Remusem. Teraz jednak mógł się odprężyć, bo pieczę trzymała Hermiona. Nie to, że chciał zrzucać na nią swoje obowiązki, ale jej metody działały lepiej i szybciej, więc się nie wtrącał.

W końcu jednak księżyc schował się za drzewami, a dzień zastąpił noc. Lunatyk jak zwykle skierował się do sypialni, by się zmienić, a oni ruszyli do tunelu.

- Poczekajcie- ludzki głos niespodziewanie przeciął ciszę.

Hermiona stała po środku pokoju, opierając się o fotel. Była brudna na twarzy i dłoniach, a we włosy zebrała ogromną ilość gałązek. Widział, że zmęczyła ją ta wyprawa, ale nie dziwił się- często to ich trójka padała z nóg, a dzisiaj ona jedna panowała nad Lupinem.

- Remus będzie potrzebował pomocy w dojściu do zamku.

- Zazwyczaj zostawał tutaj jeszcze przez jeden dzień- Black również zmienił się w człowieka i nie wyglądał lepiej niż dziewczyna.

- Dziś nie zostanie.

Nikt się nie sprzeciwił, co ucieszyło Jamesa- w końcu to znaczyło, że zaufali jej w kwestii likantopii Lupina. Czekali jeszcze przynajmniej godzinę, by Lunatyk się przemienił, a później przetransportowali go- już jako wątłego nastolatka- na grzbiecie Rogacza do zamku. Działali sprawnie, bo w każdej chwili ktoś mógł odkryć ich nieobecność.

Gdy Remus już smacznie spał, wszyscy zebrali się w Pokoju Wspólnym, chociaż padali z nóg. Cała trójka była ciekawa zmiany zachowania wilkołaka i nie miała zamiaru odpuścić, chociaż James w razie czego mógłby powściągnąć swoją ciekawość.

- Hermiono, chciałbym... Ci podziękować. Nie wiem, co zrobiłaś, ale Remus zniósł tę pełnię lepiej niż kiedykolwiek- powiedział zadziwiająco miękkim głosem Syriusz.- Dla nas wszystkich jest on bardzo ważny.

- Ja zrobiłam naprawdę mało- na sceptyczne spojrzenia chłopców, przewróciła oczami.- Naprawdę. Po prostu dużo czytałam o wilkołakach i przekazałam moją wiedzę Remusowi.

- Tylko tyle nam powiesz?- zapytał niepocieszony Peter.- Przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda i coś musiałaś zrobić Lunatykowi!

- To jest całkowicie nie twoja sprawa- syknęła.

James już miał interweniować, ponieważ widział, jak purpurowe plamy wyrastają na policzkach gryfona, lecz niespodziewanie to Łapa złagodził sytuację.

- Spokojnie, wrzućcie na wstrzymanie, przez chwilę chociaż!- odetchnął.- Lupin przeczytał chyba wszystkie dostępne książki na temat wilkołactwa, dlatego twoja... wersja wydarzeń wydaje nam się... lekko niewiarygodna- po ostatnim słowie wypuścił powietrze i uśmiechnął się zwycięsko.

- Chyba, że te książki są dostępne jedynie w przyszłości- odezwał się James, jednocześnie lustrując dziewczynę wzrokiem.

Dotąd była bardzo spokojna, nawet gdy Syriusz wytknął jej kłamstwo, teraz natomiast uśmiechnęła się lekko, jakby z aprobatą. Black również to zauważył i wydało się jakby nawet Glizdogon zaakceptował tę wersję wydarzeń.

- Dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć nam tego, co jemu?- zapytał Peter.

- Bo to nie jest wiedza przeznaczona dla takiego parszywego szczura jak ty!

Nie wiedział, jak ona to robiła. Czy przez cały czas była wściekła i tylko odreagowała na Pettigrew? Bo przecież to nie możliwe, że on ciągle wywoływał u niej taki stan. A jednak chyba możliwe.

- Hermiono, proszę, nie unoś się. Ja wiem, że nie pałacie do siebie sympatią, ale tu chodzi o dobro Remusa.

- Nie, Syriuszu. To wy wyciąganie mnie o nieludzkiej porze na pogaduchy, a ja wcale nie muszę z wami rozmawiać. Nie ja muszę się uspokajać, nie ja muszę znosić JEGO obecność. Teraz życzę wszystkim dobranoc.

O krótkiej przemowie wyszła z Pokoju Wspólnego. Syriusz skierował oskarzycielskie spojrzenie na Petera.

- No co?- ten zapiszczał.

- Już wszystko szło dobrze, nie mogłeś choć chwili wytrzymać bez odzywania się? Przecież wiesz, że cię nie lubi!

- I mówisz o tym z takim spokojem? Dlaczego stajesz po jej stronie?!

- Przecież tu w ogóle nie chodzi o ciebie, tylko o Remusa! Też chciałem się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i gdyby nie ty, udałoby mi się!

- Wiedziałem! Najpierw Remus, później James, a teraz ty! Nie widzicie, jak ona was omamia?!

- Dobrze wiesz, że nie darze jej zaufaniem! Ale dzisiaj pokazała nam, że nie gada, a robi! Wcale nie musiała pomagać Lunatykowi, to wilkołak, nikt nie chce mieć z nimi doczynienia! A ona poświęcona swój czas, żeby mu pomóc.

- Jest z przyszłości, wszystko miała przygotowane na tacy, to nie żadna zasługa!

- Przestańcie, obydwaj. Gdyby nie moje zaklęcia wyciszające, już dawno obudzilibyście cały dom. Peter, nie odbieraj ten sytuacji jako ataku na siebie, nie wszystko kręci się wokół twojej osoby, jeśli zapomniałeś o czwartym huncwocie. Syriuszu, nie denerwuj się, jutro będziesz miał szansę, żeby porozmawiać z Hermioną, jesli oczywiście będziesz chciał. Teraz chodźmy spać, już widno.

Wszyscy ruszyli się z miejsc, ale nie było to radosne zakończenie, jakiego wszyscy oczekiwali. James szybko przygotował się do snu, bo wręcz padał z nóg, ale przed tym spojrzał na śpiącego przyjaciela i zasunął mu zasłony. Wyglądał bardzo krucho, chociaż przemyli go i przebrali. Jutro, gdy się obudzi i dowie o całej sytuacji, na pewno będzie mu wstyd, że stał się przyczyną kłótni przyjaciół. To nie była jego wina, ale nie da sobie tego przetłumaczyć. Taki już był.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szczęście topione we łzach

Dobry wieczór! Tak się zbierałam od przynajmniej tygodnia, żeby dokończyć rozdział Zimowej misji, lecz nie udało się, a nie chciałam pisać na siłę. Chciałabym Wam jednak wynagrodzić to cierpliwe czekanie, więc wstawiam miniaturkę, która jest dość krótka, jak na moje standardy, ale mimo wszystko, wierzę, że Wam się spodoba. O tym pairingu jeszcze nie pisałam, więc prosiłabym o opinię, jak mi poszło i czy nie popełniłam żadnej gafy- to przede wszystkim do fanów tego pairingu. To chyba wszystko, do zobaczenia za miesiąc!

***

Kiedy wszedł do domu od razu wiedział, że coś jest nie tak. Przede wszystkim płaszcz Lily wisiał na wieszaku, chociaż nie powinno go tam być- jego żona o tej godzinie pracowała.

- Lily?- zawołał z przedpokoju, szybko się rozbierając.

Nikt mu nie odpowiedział, ale usłyszał jakiś odgłos z głębi domu. Miał nadzieję, że to nie kolejna głupia niespodzianka kumpli, bo tym razem pięści pójdą w ruch. Zaczął się bać.

W salonie nikogo nie było. Jednak jako wyszkolony auror potrafił wyszukiwać szczegóły i analizować. Na stoliku leżały dwie husteczki, a wiedział, że Lily nie była chora. Przyłożył dłoń do kubka- był jeszcze ciepły. Kuchnię widział z salonu i był pewien, że tam nikogo nie zastanie. Zostało więc jedynie piętro.

Wchodził powoli po schodach i wydawało mu się, że usłyszał dziwne szmery. Z wyciągniętą przed siebie różdżką, otworzył drzwi do ich sypialni.

Była tam. I płakała.

- Lily... kochanie.

Podszedł do niej szybko i schwycił ją w objęcia. Jego żona nie płakała często, bo uważała to jako słabość, więc musiało się stać coś naprawdę złego. Wtuliła się w jego pierś tak, że widział jedynie jej rude włosy. Szepcząc uspokajające słowa, głaskał te piękne, błyszczące pasma. Wydawało mu się, że ten powtarzający się ruch zdoła dodać jej otuchy. Podniosła na niego zaczerwienione oczy i znowu zaszlochała, jednak tym razem wziął jej twarz w dłonie.

- Kochanie, Liluś... proszę, powiedz, co się stało. Nie wiem, jak ci pomóc.

O dziwo, czuł się spokojny. Cokolwiek spotkało Lily, był w stanie sobie z tym poradzić i nie dać jej się załamać. Chociaż oczywiście wolałby uniknąć jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.

Kobieta starała się uspokoić- wytarła łzy, rozmazując już i tak zniszczony makijaż, odetchnęła kilkakrotnie, ale i tak za każdym razem, gdy wydawało mu się, że płacz to jedynie wspomnienie, łzy pojawiały się ponownie w jej oczach. Chyba ta niemożność kontrolowania swoich emocji wytrąciła ją jeszcze bardziej z równowagi, ponieważ zaszlochała rozpaczliwiej.

On oczywiście starał się jej pomóc, ale i tym razem głaskanie po plecach nic nie dawało.

- Chodzi... chodzi o to... Ja... Będę miała dziecko!- wybuchła jeszcze większym płaczem.

Znieruchomiał w jednej chwili. Jego żona szlochała w jego objęciach, bo będą mieli dziecko? Tak bardzo tego chciała, a teraz...?

- Nie!- zawołała, jakby czytała w jego myślach.- James, to... to nie tak... Tak bardzo się cieszę...- uśmiechnęła się przez łzy.

- Ja... Będziemy mieli dziecko.

Dziecko. Więc jednak się cieszyła. Dlaczego miałaby się nie cieszyć. Dziecko. Marzyli o dziecku. Takim małym bobasku, który byłby ich. Marzył o zielonych oczkach i ciemnych włosach całkiem jak jego. Będzie przypominało bardziej jego czy Lily? To będzie dziewczynka czy chłopiec? Nieważne. Dziecko.

- Tak, James, będziesz tatą- tym razem zaśmiała się całkiem szczerze, a on podniósł ją i okręcił dookoła.

- Tak bardzo... tak bardzo się cieszę! Będę ojcem! Muszę powiedzieć Syriuszowi, Peterowi i Remusowi! Będzie wspaniałym huncwotem! Kochanie, nie wiesz, jak bardzo mnie uszczęśliwiasz! Każdego... dnia... zawsze...- mruczał między pocałunkami.

Smakowały słonymi łzami. Oprzytomniał.

- To dlatego płakałaś? Coś z dzieckiem? Coś z nim nie tak?

Oby było zdrowe. Oby nic mu się nie stało. Już przywykł do wiadomości, że będzie ojcem. Nie mógłby stracić tej małej istotki.

Twarz Lily zasmuciła się, ale łzy się nie pokazały. Jedynie usiadła ponownie na łóżku i przytuliła się do niego.

- Spokojnie, z dzieckiem wszystko w porządku. Przepraszam, że tak Cię wystraszyłam. Ta sprawa ma związek... z moją pracą.

Dopiero teraz zarejestrował fakt, że Lily ma na sobie żółty strój magomedyka. Więc o to chodziło... znowu jakaś śmierć. Ostatnio było ich zbyt dużo.

Przytulił żonę mocniej do serca i oparł podbródek na jej głowie.

- Co się stało?

- Wiesz... właśnie dowiedziałam się, że jestem w ciąży... Już wcześniej miałam podejrzenia, wiesz, były różne symtomy, ale moja przełożona... Cyra, pamiętasz Cyrę? Taka miła kobieta. Więc sprawdziła i okazało się, że jestem w drugim miesiącu. Rozumiesz? Już tyle czasu nosiłam nasze dziecko pod sercem. Tak bardzo chciałam do ciebie pójść i zrobić ci niespodziankę... którą oczywiście musiałam zepsuć. Przepraszam, chciałam, żeby to była piękna chwila.

Gdy Lily była zdenerwowana, strasznie paplała. Jednak wolał to od płaczu.

- Była piękna, nie przejmuj się tym- pocałował ją we włosy.- Dlaczego więc nie przyszłaś? Cyra ci nie pozwoliła?

- Pozwoliła, tak bardzo się ucieszyła. Ale wtedy trafił do nas chłopak, szesnastolatek ze strasznymi obrażeniami. Spadł z miotły z wysokości piętnastu metrów, ledwo oddychał, miał uszkodzony kręgosłup. Był prawie nieprzytomny, ale dałam mu środek przeciwbólowy i nasenny, i wtedy na mnie spojrzał. Miał takie brązowe, ciepłe oczy zupełnie jak ty. Były pełne bólu i strachu. Gdy już odpływał zaczął powtarzać: "Nie mówicie moim rodzicom, że piłem...". Do końca tak mruczał, aż zasnął, żeby umrzeć po godzinie- wybuchła wstrzymywanym płaczem.- Wszyscy staraliśmy się go uratować, ale... rdzeń kręgowy został przerwany... złamane żebro przebiło mu płuco... nie mogliśmy. Umarł, rozumiesz? Takie dziecko...  I wtedy pomyślałam... pomyślałam o naszym dziecku. On miał takie podobne oczy, James... A jeśli...

- Spokojnie, Lily, uspokój się. Wiem, że ta śmierć była straszna, ale nie możesz teraz każdego dziecka uosabiać z naszym. Ten chłopiec postąpił bardzo nierozważnie... co ja mówię- po prostu głupio, pijąc alkohol przed lotem, ale to nie znaczy, że nasze dziecko będzie takie samo. Wychowamy je na odpowiedzialnego człowieka, najlepiej, jak będziemy mogli.

- Wiem, James, ja to wszystko wiem, ale w praktyce jest inaczej! Jesteśmy tacy młodzi, niedawno sami byliśmy dziećmi, a teraz mamy mieć swoje własne. Skąd wiesz, że będziemy dobrymi rodzicami? Wychowamy je najlepiej, jak będziemy mogli, ale to może nie wystarczyć! Może pewnego dnia ktoś zapuka do naszych drzwi i powie... powie, że nasze dziecko nie żyje przez nasze niedopilnowanie!

- Rozumiem, naprawdę rozumiem- kołysał ją w ramionach.- To, czy będziemy dobrymi rodzicami, dopiero się okaże, ale popatrz na to tak- nie jesteśmy sami. Nasi rodzice nam pomogą, nauczą potrzebnych rzeczy praktycznych.

- Oni nie zawsze będą z nami...

- Kochanie- westchnął- odkąd pamiętam, pomagałaś młodszym uczniom w nauce, później byłaś prefektem i zawsze sobie radziłaś. Wpajałaś zasady, pocieszałaś, pomagałaś. Ja byłem kapitanem drużyny i może to nic w porównaniu do ciebie, ale nauczyłem się bycia autorytetem. Bardziej gotowi nie możemy być.

- To wszystko wydaje się teraz takie małe, gdy mamy mieć własne dziecko, brać za nie odpowiedzialność, wychować... Naprawdę myślisz, że damy sobie radę?

- Nie mam żadnych, absolutnie żadnych wątpliwości... Nic nie przeszkodzi nam w wychowaniu naszego dziecka na dobrego człowieka.

- A co z wojną, James? Coraz więcej ludzi ginie, czuję, że nadchodzi coś bardzo złego, wszyscy to czują. To nie jest odpowiedni czas na dziecko...

- Lily, teraz raz już za późno na wątpliwości. Nie zmienimy naszych czasów i nie sprawimy, że wojna nas ominie, ale to nie znaczy, że musimy rezygnować z życia! Zresztą, jeśli zrobi się gorąco, każdy z nas może umrzeć. Ja, ty, nasi rodzice czy nasze dziecko. Czy nie lepiej teraz nacieszyć się życiem?- spojrzał jej głęboko w oczy.

- Tak, masz rację...- westchnęła i pociągnęła nosem- przesadziłam. Po prostu to zdarzyło się jednocześnie... Dopiero dowiedziałam się o swoim dziecku, żeby oglądać śmierć innego- głos nadal jej drżał.- Wychowamy nasze dziecko i będziemy z nim zawsze, nawet jak już nie będzie tego potrzebowało, dobrze? Obiecujesz? Nie chcę... nie chcę nigdy hyć w takiej sytuacji, jak tamci rodzice...

- Obiecuję, przecież nie może byc inaczej, będziemy dla niego najlepszymi rodzicami na świecie- pocałował ją czule.

Siedzieli na łóżku jeszcze długo przytuleni, zanim James się odezwał.

- Jak miał na imię ten chłopiec?- zapytał delikatnie.

- Harry... Po co ci...? Ty...? Chcesz tak nazwać nasze dziecko?

- Jeśli to będzie chłopiec, to dlaczego nie? Zawsze będziemy pamiętać o tej obietnicy.

- Jak poetycznie- przytuliła się do niego.

- Specjalnie dla ciebie, słoneczko. Poza tym mój dziadek miał na imię Henry, ale wszyscy wołali na niego Harry.

- Dobrze, niech będzie Harry. Jeśli to będzie dziewczynka, może być Cyra? Kojarzy mi się ze szczęściem, bo to ona mi powiedziała. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałam...

- Oczywiście, że może. A teraz idziemy się ogarnąć, trzeba to oblać! Będę ojcem!!!

Rzadko czuł się "tym doroślejszym" w ich związku, ale czasami jego żona za bardzo brała swoją pracę do siebie i myślała za dużo. To on sprowadzał ją na ziemię. Nie mógł pozwolić, żeby znalazła czas na ponowne zamartwianie, a wieczór w towarzystwie Huncwotów był tego totalnym przeciwieństwem. Poza tym, nie miał zamiaru przepuścić okazji do świętowania. James Potter będzie ojcem! Zresztą najlepszym na świecie.

sobota, 18 marca 2017

Zimowa misja cz.6

Cześć, witajcie! Nareszcie dokończyłam rozdział, a przy okazji wpadłam na parę nowych pomysłów *diabelski uśmieszek*. Dzisiaj James, Lily i Hermiona będą grali pierwsze skrzypce, trzymajcie się! 🍓

***

W lochach było jak zwykle zimno. Dziwne, że nie zauważył tego, gdy szli po Snape'a. Sprawdził dokładnie Pokój Wspólny, Skrzydło szpitalne, nawet bibliotekę, ale nie znalazł Hermiony. Pozostawały więc lochy, które w nocy nie wyglądały zbyt zachęcająco. Wilgotne, puste ściany, oświetlone słabo pochodniami, a do tego najmniejszy odgłos niosący się echem...

Nieco się zamyślił, przez co prawie wpadł na dziewczynę. Myślał, że to Granger i już miał zdejmował pelerynę, gdy zauważył rude włosy.

- Kto tam jest?

Wstrzymał oddech, gdy sprawdzała przestrzeń dookoła niego. Co Lily tu robiła? Ubrana w cieplejsze szaty, z różdżką wyciągniętą w pogotowiu... i wielkim "P"  błyszczącym w świetle pochodni. Wszystko jasne, miała obchód.

Musiał przyznać, że wyglądała zjawiskowo. Rude włosy były jedynym ciepłym akcentem w szarej przestrzeni, oprócz płomieni pochodni i wydawało się, jakby świeciły własnym światłem... Poruszała się szybko, cicho i z gracją. Mrużyła oczy, wypatrując najmniejszego ruchu... Nieświadomie wydymała swoje usta, dzięki czemu jej wargi wydawały się jeszcze pełniejsze. Nie mógł znaleźć pięknięjszej istoty.

Miał tylko nadzieję, że jego ognisty anioł nie wpadnie Granger, bo ta będzie miała kłopoty. Ślizgoni też mogliby spać dzisiaj grzecznie w swojej jamie, nie obraziłby się. W razie kłopotów był gotów ją obronić.

Na szczęście przez długi czas nic się nie działo i James ucieszył się, że jego prośby zostały wysłuchane. Jednak przy kolejnym zakręcie, dostrzegł ciemną sylwetkę, która poruszała się wolno przy ścianie. Nie zrobiła żadnego nagłego ruchu, jakby jeszcze nie była świadoma ich obecności. Przypatrywali się jej przez dłuższą chwilę, gdy Evans nagle się odezwała:

- Hermiona?

Zamrugał oczyma. Musiał się nieco dłużej przyjrzeć, ale, faktycznie, osobą, która skrywała się w cieniu, była zgubiona gryfonka, pierwotny cel jego wypadu do lochów. Odwróciła się do nich nieśpieszie- prawdopodobnie wcześniej usłyszała Lily. Na jej ustach błąkał się smutny uśmiech, który tak dobrze znał. Wspominała swoją przeszłość, a ich przyszłość. Przez Snape'a?

- To ja, winna- podniosła ręce w geście poddania.

Nie wyglądała na przestraszoną lub zdenerwowaną. Po prostu tam stała. Po minie Lily wywnioskował, że nieczęsto spotykała się z takimi zachowaniami.

- Wiesz, że przebywanie na korytarzach po ciszy nocnej jest niedozwolone, muszę odjąć ci punkty- wytłumaczyła, jakby zdziwiło ją opanowanie dziewczyny.

- Wiem o tym, mówi się trudno- wzruszyła ramionami.- Musiałam wiele rzeczy przemyśleć, a nie lubię bezczynnie wgapiać się w ścianę. Tutaj przynajmniej miałam większy wybór.

- Jesteś tu nowa, więc odejmę Gryffindorowi tylko pięć punktów. To lekka kara, ale nie myśl, że pochwalam to wykroczenie. Gdy widziałyśmy się wcześniej, miałaś dobry humor. Co się stało? Czy mogę ci jakoś pomóc?

James, kierujący się za nimi pod peleryną niewidką, niemal parsknął śmiechem razem z Hermioną. Był pewien, że myślała o przyszłości oraz swoim planie, więc pomoc Lily mogłaby okazać się ciekawa.

- Niestety, nie możesz mi pomóc. Muszę sama się z tym zmierzyć- w jej oczach zapłonęła determinacja, jednak Evans tego nie zauważyła.

- Wiesz, jestem prefektem naczelnym i czuję się odpowiedzialna za to, żebyś czuła się tu dobrze, a samotne krążenie po zamku na pewno nie poprawi ci nastroju, w odróżnieniu do rozmowy.

Dziewczyna zmarszczyła brwi:

- Samotność nie jest zła, a przynajmniej nie dla mnie. Hogwart to teraz mój dom i daje mi poczucie bezpieczeństwa, a tego najbardziej pożądam. Uwielbiam przechadzać się po tych korytarzach, przypominają mi o mojej przeszłości.

- Gdzie uczyłaś się wcześniej?

- W Nucifer, przypomina trochę Hogwart. Moich przyjaciół także. Mogę sobie wyobrazić, jak szaleliby na tym boisku do quidditcha- uśmiechnęła się smutno.

Nieoczekiwanie Lily objęła Hermionę. Granger na początku zesztywniała i James bał się, że te instynkty, o których mówiła na początku ich znajomości, czymkolwiek są, zadziałają. Jednak po chwili się rozluźniła i oddała uścisk.

To była bardzo dziwna... i intymna scena. Dwie dziewczyny przytulające się na korytarzu. Trwało to już dosyć długo i dopiero, gdy cichy szloch wyrwał się z gardła Hermiony, zorientował się, że ta płacze.

Gdy tylko dźwięk opuścił jej usta, odsunęła się od Lily i wytarła łzy. Potter nie wiedział, czy była to gra, ale dla niego wyglądało to bardzo realistycznie.

- Przepraszam, nie powinnam się tak rozklejać.

- Hermiono- zaczęła ciepło- łzy nie są oznaką słabości. Jesteśmy tutaj same i Godryk świadkiem, że ja cię za nie nie potępiam. Każdy miewa gorsze chwile, a ja jestem tutaj, by ci pomóc, mówiłam ci.

- Dziękuję, Lily... W rzeczywistości mam do ciebie jedną prośbę- nie uśmiechała się.

- Zrobię wszystko, by móc ją spełnić- zapewniła radośnie Evans.

Hermiona spojrzała na nią badawczo, lecz Lily nie uchyliła się przed intensywnością jej wzroku. Podziwiał ją za to.

- Uznam, że tego nie powiedziałaś. Podejmij decyzję, gdy przedstawię ci moją prośbę- poczekała, aż kiwnie głową.- Proszę, pogódź się z Severusem.

Jamesowi opadła szczęka i jak wnioskował po rozszerzonych oczach rudowłosej, ta również była zaskoczona. Nawet jego nie prosiła, a byli wrogami!

- Słucham? Ale dlaczego? Severus i ja to już zamknięta historia. Prosił cię o to?- wyrzucała z siebie nerwowo.

- Nie, to moja osobista prośba. Lily, to twój przyjaciel i nie warto tracić go przez jedno nieporozumienie.

- Nieporozumienie?! Nazwał mnie szlamą!- w jej oczach zapłonął ogień.

Lily była wyraźnie zdenerwowana i chyba tylko poczucie honoru zatrzymywało ją z Hermioną.

- Lily... ja również jestem mugolaczką i wiem, jaki to ból, ale tracić przez to przyjaźń?

- Ale to przez to... to słowo było jeszcze gorsze! Był moim przyjacielem, nie powinien nigdy nawet tak pomysleć- dodała cicho.

Niespodziewanie Hermiona zaczęła rozpinać guziki szaty. James miał nadzieję, że miała jednak coś pod spodem, bo nie wiedział, jak się później wytłumaczy. Oczywiście, jeśli wpadnie. Wiedział, że nie powinien podsłuchiwać, ale był taki ciekawy...

- Nie powinien, zgadzam się. To, co zrobił było złe, ale przeprosił cię, błagał cię o wybaczenie, a to świadczy o jego pojęciu przyjaźni najlepiej. Widziałaś, żeby Severus Snape kiedykolwiek przepraszał kogoś innego?- spytała, zdejmując szatę.

Na szczęście miała pod spodem mugolskie ubrania. Lily jednak zdawała się nie dostrzegać poczynań drugiej gryfonki.

- Nie, nie widziałam. Ale Hermiono, znam go, on nie jest taki...

- Dokładnie- przerwała jej- znasz go, jako jedyna byłaś mu kiedykolwiek życzliwa w życiu. Nazwał cię szlamą, ponieważ się wstydził. Dziewczyna ratuje go przed prześladowcami? Całe życie starał sobie i innym udowodnić, że jest coś wart i w tamtym momencie poczuł się zerem, bo nie dał rady sam.

Dziwił się, że Lily jeszcze nie spytała, skąd Hermiona o tym wszystkim wie.  A wiedziała za dużo jak na nową uczennicę.

- Ale ich było czterech! Nawet gdy pomogłam Sverusowi, to była nierówna walka- zmarszczyła czoło.

Hermiona w tym czasie podwijała rękaw swojej bluzki.

- Ale Severus tak nie myśli i wiesz o tym- pokręciła głową.- Popatrz- wskazała na swoje odsłonięte ramię, a Lily zahłysnęła się powietrzem.- Mnie zrobiono o wiele gorszą rzecz, Lily. Zostałam naznaczona przez swoje pochodzenie. I nikt mnie za to nie przeprosił- powiedziała spokojnie.

Ponieważ James nie widział z powodu odległości, mógł się tylko domyślać, co znaczy "naznaczona". Lily była lekko zielona, gdy dotykała ręki Hermiony, patrzyła na nią ze strachem.

- Ale Hermiono... kto...

- Oddychaj- poradziła.- Czy to ważne, kto mi to zrobił? Z pewnością nie był to przyjaciel, ale nie o to mi chodziło. Severus naprawdę żałował, że powiedział to słowo. Wiem, że to boli, ale jeśli mu wybaczysz, ból zastąpisz szczęśliwymi wspomnieniami- zasłoniła ramię rękawem.- Lily, znasz Severusa lepiej niż ktokolwiek inny i wiesz, jak pociąga go mrok. Myślisz, że strata jedynej przyjaciółki wpłynie na niego pozytywnie?- wpatrywała się w nią intensywnie.

- Nie, oczywiście, że nie. On może się pogrążać w mroku i nie ma nikogo, kto mógłby go hamować, już wcześniej o tym myślałam...

- Tak, to też- przerwała delikatnie- ale pomyśl. W domu ma piekło, w szkole prześladowców, a jedyna osoba, na której mu zależy, go opuściła. Czuje się teraz taki bezwartościowy, nigdy niedoceniony... ale jest ktoś, kto go doceni. Nie będzie hamował jego mrocznej strony, da mu moc, by na wszystkich się odegrać- mówiła szeptem i po ciele Jamesa przeszły ciarki.

Zrozumiał, o czym mówiła Hermiona i widział, że ta prawda w końcu dotarła do Evans.

- On będzie chciał dołączyć do śmierciożerców... Przeze mnie...- jej oczy wypełniły się łzami.

Hermiona w jednej chwili doskoczyła do rudowłosej i ujęła jej twarz w dłonie.

- Wiem, że wcześniej pozwoliłaś mi na płacz, ale ja na razie nie mogę pozwolić na to samo tobie. Severus jeszcze nie dołączył do śmierciożerców, ale ma zamiar to zrobić. Proszę cię, zrób wszystko, aby do tego nie dopuścić. Z tego co wiem, James go przeprosił, ale to ty jesteś JEDYNĄ osobą, która może to zrobić.

Lily wzięła się w garść i odpowiedziała spokojnym głosem:

- Rozumiem, Hermiono. Dziękuję, że otworzyłaś mi oczy. Ja... nie wiem, czy dam radę... Severus jest tak nieufnym człowiekiem... Ale zrobię wszystko.

Hermiona odetchnęła i lekko się uśmiechnęła.

- Jest teraz w starej pracowni zaklęć. Został zaatakowany, ale uleczyłam go, jak tylko umiałam. Byłabyś teraz dla niego dobrym wsparciem. Nie musi wiedzieć, że to ja go znalazłam- spojrzała jej znacząco w oczy.

- Dobrze, dziękuję- kiwnęła jej sztywno głową i ruszyła z determinacją wypełniającą jej oczy.

Hermiona patrzyła za nią dopóki nie zniknęła za rogiem, po czym odwróciła się idealnie w jego stronę:

- James, możesz już wyjść.

Czyli jednak wpadł.

Gryfonka nie wyglądała na złą, jedynie zrezygnowaną. Delikatnie zdjął pelerynę niewidkę i podrapał się po głowie. Niekomfortowa sytuacja.

- Skąd wiedziałaś, że tutaj jestem?- zapytał cicho.

- Usłyszałam cię, poza tym używasz mocnych perfum- powiedziała i wywróciła oczami na jego zdziwioną minę.

- Przepraszam...- szepnął.

- James, powtarzasz się! Jak mam cokolwiek zrobić, jeśli ciągle wchodzisz mi w drogę?- zapytała zrezygnowana.- Proszę, jestem gotowa na burę- skrzyżowała ręce i popatrzyła na niego buntowniczo.

- Burę? To chyba ja powinienem na nią czekać...?

Naprawdę wiedział, że źle zrobił. Znowu. Mimo że obiecał sobie, nie udzielać się w sprawie Hermiony, to ciągle to robił. Ciągnęło go do niej, do planu, chciał działać!

- Nie wygarniesz mi, że jestem zdrajczynią? Albo czegoś podobnego? W końcu nastawiam twoją ukochaną na wybaczenie jej najlepszemu przyjacielowi. Będą blisko- powiedziała teatealnym, zmartwionym tonem.

- Nie tak blisko, jak ja i Lily możemy być- powiedział z przekonaniem.- Jeśli jest szansa na to, żeby Snape nie przyłączył się do...- zniżył głos- śmierciożerców, trzeba działać.

Dziewczyna patrzyła na niego najpierw nieco zdziwiona, a później lekko rozbawiona, zaintrygowana. Nie takiej reakcji się spodziewał, zresztą ponownie, ale może Hermiona wymyślała zemstę czy coś podobnego?

- Wiem, co mi wcześniej umykało. Jesteś idealistą.

- Słucham?- zdecydowanie nie tego się spodziewał.

- Idealistą- powtórzyła.- Masz pewne wartości, cele, które są dla ciebie świętością. Na przykład temat przyjaciół- są najważniejsi i zrobisz dla nich wszystko. Tak samo twój honor- nie możesz robić nic złego, krzywdy, bo to ujma. Masz po prostu swoje ideały, a wiara w nie jest wielka- ostatnie zdanie wypowiedziała odległym tonem.

- Jeśli tak, to jestem idealistą. Dlaczego doszłaś do tego dopiero teraz, skoro znałaś mnie wcześniej?

- Niewystarczająco- wzruszyła ramionami.- Teraz już zaczynam lepiej rozumieć twoje postępowanie... Ale dość już o tym, idź do łóżka, miałeś długi dzień. Ja muszę się jeszcze spotkać z Remusem.

Faktycznie, to był wyczerpujący dzień. W drodze do wieży Gryffindoru nie odezwali się słowem. James nie był w stanie mówić, kiedy prowadziła go przez nieznane przejścia. Zastanawiał się, czy dziewczyna robi to specjalnie, ale wyglądała, jakby nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie zamierzał zwracać jej na to uwagi i tak była zbyt wyczulona na sprawy przyszłości. Zresztą sprawa bury ciągle pozostawała otwarta.

- Dobranoc.

- James...? Nie chcę kolejny raz cię przyłapać, na niczym. Naprawdę dziękuję, że tak się angażujesz, ale swoją nieodpowiedzialnością możesz zniszczyć cały plan.

Kiwnął jej tylko głową- Remus już czekał na Hermionę, a on nie chciał się tłumaczyć przy drugim najbardziej odpowiedzialnym człowieku, jakiego znał. Poza tym Lunatyk wyglądał marnie ze względu na zbliżającą się pełnię i nie zamierzał dokładać mu zmartwień. Niby nie przeszkadzało im to przy robieniu czegoś we Wrzeszczącej Chacie, ale... Nie, nie będzie się mieszał.

Potter zapadając w sen, nie mógł uwierzyć, że to wszystko, czego dzisiaj doświadczył, naprawdę zdarzyło się jednego dnia. Zabawne, jak czas szybko mija na ratowaniu tyłka Snape'a. Jakkolwiek by to nie brzmiało.

^.^.^

Na śniadaniu nie zobaczył Remusa. Zbytnio się nie zdziwił, naprawdę miernie wyglądał, bo do pełni zostały dwa dni. To i tak cud, że wrócił na noc do dormitorium. Zwykle zaszywał się we Wrzeszczącej Chacie przynajmniej pięć dni przed przemianą.

Jednak jego nieobecność była problemem, bo Hermiona siedziała sama. Nie wyglądała na niezadowoloną z tego faktu, ale czuł się jak bydlak. Nie dość, że ciągle jej przeszkadzał, to jeszcze ona za każdym razem mu pomagała. Z nadzieją rozejrzał się za Lily, ale ta także siedziała sama, wpatrując się nieprzytomnie w owsiankę.

Teraz czuł się podzielony na trzy części: Petera, Hermionę i Lily. Jego wieloletni przyjaciel miał wiele kompleksów, a on nie chciał mu dokładać kolejnych zmartwień. Choć nie minął nawet miesiąc od przybycia dziewczyny, Glizgodon zapałał do niej równą antypatią, jaką ona okazała przy pierwszym spotkaniu. Rogacz nie mieszał się, dopóki jawnie się przy nim nie kłócili. Lubił Hermionę i rozumiał także jej problemy, chciał jej ulżyć, a równocześnie uczestniczyć w zmienianiu świata. Do tego dochodziła jeszcze Evans, z którą nie zawarł nawet stabilnego pokoju, a już planował z nią przyszłość. Żeby utrzymać przy sobie te osoby, nie mówiąc nawet o pozostałych, potrzebował wiele czasu i wysiłku, bo same o niego nie zabiegały. Czuł się już zmęczony, więc wyszedł z Wielkiej Sali, kierując się w stronę kuchni.

^.^.^

Niestety nie został zwolniony z zajęć tego dnia, więc z ociąganiem szedł na transmutację. Nie mógł się po prostu doczekać kolejnych czujnych spojrzeń McGonagall i jej krótkiego: "Potter, wszystko dobrze?". Chyba, że sprawa pobicia Snape'a wyszła na jaw, wtedy byłby głównym podejrzanym i już nie traktowałaby go jak jednego ze swoich młodych.

Pod drzwiami sali było już kilku uczniów, ale nikt z jego paczki się jeszcze nie zjawił. Nie miał ochoty na puste rozmowy, więc stanął na uboczu i otworzył książkę od transmutacji. Powtórka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Wręcz przeciwnie- do jego zawodu aurora przyda się znakomicie.

Był w połowie rozdziału o transmutacji cieczy w ciało stałe, gdy poczuł na sobie czyjś wzrok. Zanim jednak podniósł głowę, miał pewne podejrzenia, co do właściciela. Bezgłośnie westchnął, przygotowując się na walkę między tym, co słuszne a jego zachciankami i spojrzał w górę.

Tak, tylko te czarne tęczówki umiały wbijać w niego wzrok. James miał świadomość, że nie może nic zrobić, bo najzwyczajniej nie powinien i sprawiało to, że czuł się ograniczony. Był jednak Potterem i nie uginał się pod byle naciskiem.

Co dziwne, spojrzenie Snape'a nie było napastliwe czy intensywne, ale neutralne. Rogacz jeszcze nie widział u niego takiego wzroku. Czasami Snape odpowiadał na ich zaczepki obojętnością, a jego oczy zmieniały się wtedy w dwa czarne, puste tunele. Teraz miały duszę, kryły za sobą człowieka. Po chwili niepewności, skinął głową. Ślizgon patrzył na niego kilka sekund, po czym odwrócił się, w żaden sposób nie odpowiadając na jego gest.

James pokręcił głową i ze zrezygnowaniem wrócił do książki. Oczywiście, mile zaskoczył go fakt, że nie oberwał żadną klątwą, a Snape patrzył na niego bez agresji, jednak posłałby to do diabła, gdyby mógł odzyskać dawną relację. Choć wiedział, że to nie do końca prawda. Po prostu miał dosyć bycia spoiwem. Tego, że tylko on musiał wszystko robić. Uważać na słowa, myśleć nad konsekwencjami, planować. To nie był jego styl, on działał bez zastanowienia, instynktownie. Czuł się zmęczony.

Obserwował, jak pod salę podchodzi zaczytana Hermiona. Uśmiechnął się lekko na ten widok. Mimo że przybyła z przyszłości, zakuwała tak, jakby od tego zależało jej życie. Śmieszyła go w takich momentach. Jednak była to jedna z cech, która sprawiała, że Hermiona wydawała się być normalną uczennicą z siódmego roku.

Po chwili podszedł do niej Snape. Uniesiony kącik zamarł na ustach Jamesa, jednak uspokajał się czujnością dziewczyny. Ona nie pozwoliłaby zaskoczyć się tak łatwo. Obserwował, jak Snape zaczyna raczej niezobowiązującą rozmowę, a Hermiona się rozluźnia. Popatrzył na nich jeszcze przez kilka chwil, po czym odwrócił wzrok, aby nikt nie zauważył. Zachowanie ślizgona było dziwne. Mógł przyjąć fakt, że nie okazał mu wrogości, ponieważ jegoqqq dostał spokój, który James obiecywał. Ale Hermiona? Oczywiście, to wszytko nie odbyłoby się bez niej, ale Snape nienawidził osób mugolskiego pochodzenia, prócz Lily oczywiście. Do niedawna tylko warczał, gdy panna Granger się do niego przysiadała, a teraz nagle sam zaczyna rozmowę.

- Severus jest niezwykle honorowym człowiekiem.

Aż podskoczył na dźwięk głosu Lily. Dopiero gdy się odezwała, zauważył, że stoi koło niego. Jak bardzo musiał się zamyślić, żeby tego nie dostrzec?

- Wiem, że myślisz o nich- wyjaśniła.

- Skąd?

- Takie rzeczy poznaje się od razu, James. Zresztą nic dziwnego, że jesteś niespokojny przez ich rozmowę, też bym była, gdybym nie znała Severusa. Nie zrobi jej krzywdy, to nie podstęp.

- Nie boję się o nią, Hermiona jest inyeligentna i nie da się wpędzić w żadną pułapkę- wzruszył ramionami.

Dziewczyna popatrzyła na niego badawczo, ale po chwili się uśmiechnęła.

- Mówię ci to dlatego, że ja też jestem honorowa. Słyszałam, że stanąłeś wczoraj w obronie Severusa, a już wcześniej dowiedziałam się, że go przeprosiłeś. Jestem ci naprawdę bardzo wdzięczna.

- Już nie uważasz, że jestem zły?- serce zabiło mu mocniej.

- Nigdy tak do końca nie uważałam, ale... oficjalnie zostałeś uniewinniony- uśmiechnęła się łobuzersko.

Stali blisko siebie, niemal oddychali tym samym powietrzem. Jej zielone oczy były tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej. Pochylił się lekko do przodu i tak mało brakowało, by ją pocałował! Jednak ona w tym samym momencie wstała i uśmiechnęła się uroczo.

- Życzę wam szczęścia z Hermioną- powiedziała na odchodnym, a jemu dosłownie szczęka opadła.

Widział, jak jego dama serca podchodzi do przed chwilą obgadywanej dwójki, wita się, rozmawia... ale w uszach brzęczały mu te słowa. Wciąż i wciąż, i wciąż! Nawet, gdy Hermiona podeszła do niego ze zmartwionymi oczami.

- Jak ona mogła pomyśleć, że jestem tobą zainteresowany?!- wybuchł, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.

Raczej nie tego się spodziewała.

- Bez obrazy, Hermiono. Niczego ci nie brakuje, ale latam za nią od piątego roku! Nawet teraz nie robię niczego innego, jak staram się przekonać ją do siebie, a ona wyskakuje mi z tekstem: "Życzę wam szczęścia z Hermioną"!- spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem.

On jedynie uważnie go słuchała, bez żadnych emocji wypisanych na twarzy. Po chwili przyszło mu do głowy, że to ona powiedziała coś Lily i że niechcący mógł ją zranić.

- Hermiono- zaczął łagodnie- czy ty...

- Nie!- aż podskoczyła.- Nic jej na twój temat nie mówiłam, to nie moja sprawka.

- Ale może... czujesz coś do mnie, a ona to zauważyła?

- Nie, James, ja też nie chcę cię urazić, ale nic do ciebie nie czuję- powiedziała stanowczo.

O dziwo, nie poczuł ulgi, bo nadal nie wiedział, dlaczego Lily pomyślała o nich jako parze. Jednak zanim miał szansę cokolwiek powiedzieć, profesor McGonagall zaprosiła ich do klasy.

sobota, 25 lutego 2017

Zimowa misja cz.5

- Spiorę go, tak, że rodzona matka go nie pozna, wyrwę mu ten jęzor i wyślę go jej w prezencie albo...

- Syriuszu, chcesz wiedzieć, co się stało, czy będziesz ciągnął swoją tyradę?

Huncwoci wracali ze Skrzydła Szpitalnego. Profesor McGonagall zwolniła ich z pierwszych zajęć, żeby mogli odebrać Jamesa. W rzeczywistości był to jednak bardzo ślizgoński układ- dała im czas, żeby dowiedzieli się, kto był oprawcą jej podopiecznego. Kiedy został znaleziony, powiedział, że nie pamiętał, kto go napadł, chociaż oczywistym było, że to kłamstwo. Potter doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ich Opiekunka Domu jest niezadowolona z jego postawy. Nienawidziła, gdy robił coś Severusowi i gdy udowadniał swoją fałszywą niewinność, ale gdy zostawał skrzywdzony, broniła go ze wszystkich sił.

- Poszedłem po Snape'a do lochów i wyzwałem go na pojedynek.

Peter głęboko wciągnął powietrze, Łapa wyglądał na zdziwionego.

- Byłem wściekły- zaznaczył- i nie myślałem racjonalnie, więc w trakcie walki go przeprosiłem.

Teraz już cała trójka patrzyła na niego jak na wariata.

- Nie pamiętam tego dobrze, tylko urywaki walki... Snape był bardzo dobry, wściekł się po przeprosinach i to go napędzało. Następne, co pamiętam, to Skrzydło Szpitalne. Był tam, gdy się obudziłem, równie wkurzony jak wcześniej. Myślał, że moje przeprosiny stanowiły swego rodzaju haczyk do następnej psoty... Później unieruchomił mnie i wlał do gardła veritaserum.

- Co z niego za gnój! Śmierdzący bydlak!- Black znowu zaczął się rozkręcać.

- Masz rację, co do tego- przerwał mu- ale przemyślałem to i nie dziwię się, że tak postąpił...

- Ale...!

- James...!

- Ty co...?

- Słuchajcie- uciszył poddenerwowanych kolegów i na wpół zszkokowanego Remusa- czy kiedykolwiek spojrzeliście na Snape'a tak naprawdę? Ja spojrzałem ostatniej nocy. Zobaczyłem wrak człowieka. My go zrobiliśmy wrakiem. My, gryfoni! Ma tyle blizn po naszych wybrykach... chodzi poddenerwowany, podskakuje na każdy głośniejszy dźwięk. Jest ofiarą, on się tylko bronił. W późniejszych latach atakował, bo nie chciał, żebyśmy my zrobili to pierwsi. Jest gnojkiem, ale to my go takiego stworzyliśmy. Wiem, że prawdopodobnie trudno wam to teraz zrozumieć- powiedział do Syriusza i Petera- ale zaufajcie mojej aurorskiej wiedzy.

- Ale Veritaserum?!

- Powienienem go za to sprać i byłoby to raczej sprawiedliwe, ale nie chcę rozpętywać wojny od nowa.

- Ale James, przecież to jest śmieć i papra się czarną magią! Takich typków nie można żałować, a co dopiero im ufać!- powiedział zirytowany Peter.

Pottera już męczyła ta rozmowa. Czuł, jakby rozmawiali o dwóch innych osobach- ofierze i zabójcy. Oczywiście, to były różne oblicza Snape'a, ale oba stworzone przez sytuację. Nie chciał być winny stworzenia potwora, więc podjął środki, żeby temu zaradzić. Ale oni tego kompletnie nie rozumieli, nawet jeśli tłumaczył to w najbardziej obrazowy sposób!

- Myślę, że Rogaczowi chodzi o to, że to przez nas papra się w tej czarnej magii, więc jeśli my znikniemy z jego życia, może przestać jej używać- odpowiedział za niego Remus.

- Czyli co chcesz, żebyśmy powiedzieli McGonagall?- spytał spokojnie Syriusz.- Nie pokrzyżuję ci planów, nawet jeśli są dla mnie szalone.

- Ale przecież musimy powiedzieć, że to Snape! Za podanie ci Veritaserum może nareszcie wylecieć ze szkoły!- zaprotestował Peter.

- Niech uzna to jako prezent na nowej drodze- pokręcił głową.- I powiedzcie McGonagall, że to jakaś dziewczyna tak mnie urządziła- uśmiechnął się.

- Za kradzież bielizny?- zaproponował Remus.

- A ty tak bardzo się wstydzisz!- zachichotał Syriusz.

- Gdyby chciała wyciągnąć jakieś konsekwencje, nie może, bo wszystkiemu zaprzeczysz- powiedział Remus z uśmiechem.

- Dokładnie- cała trójka zachichotała i nawet Peter się uśmiechnął.

W takiej sytuacji zastała ich panna Evans. James od razu spiął się na jej widok, ale przede wszystkim poczuł ukłucie w sercu. Rudowłosa dziewczyna za kimś się oglądała, a w sposób, w jaki zabłysły jej oczy, gdy go zobaczyła, nie pozostawiał wątpliwości, za kim. Wszyscy dopowiedzieli sobie własną historię i nagle został na kanapie sam. Wcale nie miał ochoty rozmawiać z gryfonką, przede wszystkim przez swoje poprzednie, dziecinne zachowanie. Co nie zmieniało faktu, że zabolało go, że ta konkretna dziewczyna ma o nim takie zdanie.

- James, możemy porozmawiać?

- Oczywiście. Co tam, Evans?

- Chciałam Cię przeprosić. Sussie i Megan potwierdziły twoje słowa. Nie powinnam była oceniać cię tylko przez moje podejrzenia.

- Dlaczego uparłaś się, żebym był tym złym?

Dziewczyna zmarszczyła czoło.

- Przez twoje zachowanie w stosunku do... Severusa. Napadłeś go już w pociągu i gnębiłeś. Nie byłeś taki w stosunku do nikogo innego! Oczywiście, robiłeś swoje kawały wszystkim naokoło, ale one nie szkodziły. Twoje dobre cechy wydawały mi się tylko przykrywką, bo nie wiedziałam, jak ktoś dobry może dręczyć kogoś... już tak skrzywdzonego.

- Wiem, to było po prostu złe, ale wreszcie do dostrzegłem. Nawet przeprosiłem Snape'a- uśmiechnął się lekko na jej zdziwioną minę.

- W takim razie gratuluję, że wreszcie otworzyłeś oczy. Ale mimo wszystko, proszę, nie stosuj na mnie swoich gierek. Mam swoje życie, ty masz swoje... Nadal ci nie ufam.

- A co powiesz na wspólną naukę? Nie będę ci przeszkadzał- zaznaczył szybko.

Lily westchnęła.

- Mam wrażenie, że się od ciebie nie uwolnię, więc... dobrze. Jeśli chcesz, możesz przyjść do biblioteki jutro o siedemnastej. Będziemy się uczyć- zaznaczyła.

- Do zobaczenia- uśmiechnął się na odchodnym.

Odwrócił się, by zaraz stanąć oko w oko ze wściekłą Hermioną Granger. Dla innych wyglądała normalnie- miała na sobie szaty, niosła książki, nie zmieniła fryzury... Tylko on widział ten wściekły wzrok, który zdumiał go swoją intensywnością.

- Mogę porozmawiać z tobą na osobności?

- Oczywiście.

Dziewczyna ruszyła w stronę portretu, więc z ociąganiem za nią podążył. Szykowała się awantura i nie wiedział, czego ma się po niej spodziewać. James często wysłuchiwał krzyków swojej paczki. Syriusz zawsze gwałtownie wyrażał swoje zdanie, ale on zawsze umiał go uspokoić. Remus, choć zwykle spokojny, miewał swoje wybuchy. Zawsze go wtedy karcił. Nawet Peter czasami krzyczał, chociaż w jego wypadku trzeba to nazwać piszczeniem, gdy czuł się odsunięty lub ignorowany. Na każdego z nich Rogacz miał swój sposób- szczerość, lecz odmiennie prezentowana.

W końcu weszli do jakiejś nieużywanej sali i po sprawdzeniu jej przez Hermionę, zablokowali drzwi. Potter oparł się o biurko i czekał na wrzaski, ale dziewczyna tylko na niego patrzyła. To było to samo intensywne spojrzenie, które rzuciła mu w Pokoju Wspólnym. Poczuł się bardzo nieswojo, gdy tak stali w milczeniu, a cisza stawała się coraz cięższa.

- Nie wiesz nawet, o co jestem zła, prawda?- zapytała w końcu Hermiona.

W milczeniu pokręcił głową. Zwykle nie miał powodów do czucia się winnym, ale odkąd ona zjawiła się w jego życiu, wszystko się zmieniło. Samo jej spojrzenie wzbudzało w nim wyrzuty sumienia.

- A walka ze Snapem, James? Czy ty wiesz, jak bardzo zagroziłeś wszystkim planom? Przyszłości? SWOJEMU SYNOWI?

Potter w osłupieniu wpatrywał się na czerwoną Hermionę, której włosy zaczęły się elektryzować. Nawet nie pomyślał o konsekwencjach, a miał tyle czasu.

- Co byś zrobił, gdybyś wygrał?! Jak byś go przeprosił?! W żaden sposób nie mogłabym naprawić twoich szkód! I walczyłeś z nim tylko dlatego, że byłeś wściekły?! CZY TY JESTEŚ POWAŻNY?! Na gacie Merlina, Potter! Znałeś stawkę! To nie wasza kolejna bitewka szkolna! Przez CIEBIE wszyscy, których znasz mogą zginąć! Zrozumiałeś?- warknęła.

Znalazł w sobie siłę jedynie na kiwnięcie głową. Był przerażony.

- Teraz użyję legilimencji, a ty nie będziesz się opierał- powiedziała stanowczo.

Po chwili przeżył jeszcze raz walkę i rozmowę w szpitalu. Było to bardzo nieprzyjemne, ale także pomocne. Mógł zobaczyć całą walkę bez luk w pamięci i wyciągnąć wnioski. Były one raczej ubogie, bo wciąż nie mógł się otrząsnąć z szoku, ale przynajmniej czegoś się dowiedział.

Patrzył ostrożnie na Hermionę, lecz chyba najgorszy gniew minął, bo teraz jedynie marszyła czoło.

- Przepraszam, nie przywykłem, że nie tylko ja ponoszę konsekwencje moich działań.

- A Huncwoci?- jej oczy nagle ponownie stały się bystre.

- Oni zawsze wiedzieli, za co mają karę, bo sami się w to wplątywali. Często moim śladem, ale to była ich własna decyzja.

- Dobrze, wierzę ci, ale na przyszłość, proszę, pomyśl, zanim coś zrobisz- powiedziała chłodnym głosem.

- Hermiono, czekaj. Jak myślisz, co miał na myśli Snape, kiedy powiedział "ona"?

- Nie wiem- pokręciła głową.- To mogło oznaczać absolutnie wszystko... Prawdopodobnie dowiem się w najbliższych dniach.

- Jak wychodzi ci praca z Remusem?

Delikatnie uniosła brwi do góry, ale w końcu się uśmiechnęła.

- To dopiero początki, ale jestem z niego zadowolona.

- W takim razie cieszę się, że wszystko układa się po twojej myśli- potargał włosy i uśmiechnął się zawadiacko.

- Nie spytasz, co z nim robię?- spytała lekko zaskoczona.

- Nie. Skoro mi nie powiedziałaś...- wzruszył ramionami.

- To znaczy, że Huncwoci nie mówią sobie wszystkiego?

James z uśmiechem oparł się o ławkę i zaczął opowiadać:

- Kiedyś tak było, ale w końcu wprowadziliśmy zasadę zaufania. Jeśli coś wpływa na grupę, cała czwórka musi o tym wiedzieć. Wiadomo, że jesteśmy przyjaciółmi i w gruncie rzeczy to sobie mówimy o różnych sprawach, ale nie jest to przymus.

Hermiona usiadła na jednej z ławek.

- Dlaczego wprowadziliście taką zasadę?

- Syriusz opowiadał nam szczegóły swojego związku, gdzieś na piątym roku. Jak możesz to sobie wyobrazić, po jakimś czasie mieliśmy tego dość, ale on zawsze tłumaczył się zasadą mówienia wszystkiego przyjaciołom. W końcu Remus zaproponował jej zdjęcie i wszyscy się zgodzili. Wszyscy odczuliśmy zmianę, gdy nie powiedziałem chłopakom u szlabanie u McGonagall. Nie wydawało mi się to ważne, ale później dziwnie się czułem, gdy tam szedłem, a nikt mnie nie odprowadzał, nie dostałem kazania czy pocieszenia. Wkrótce jednak stało się to naturalne. Nie chciałbym musieć mówić huncwotom o wszystkich moich prywatnych sprawach.

- Rozumiem cię. U nas przyszło to jednak z konieczności. Im mniej wiesz, tym mniej możesz zdradzić... Też czułam się dziwnie- przyznała.- Fakt, że moi przyjaciele nie są świadomi niektórych planów, a ja tak i odwrotnie, wydawał mi się bardzo niepokojący.

- Zawsze, gdy o sobie opowiadasz- zaczął ostrożnie- nawiązujesz do wojny i jak ona zmieniła Twoje życie. To znaczy, że wcześniej w niej nie uczestniczyłaś?

Zmarszczyła brwi, lecz on cierpliwie czekał na odpowiedź. Od samego początku ciekawiła go ta kwestia- jak mogła opowiadać o zmianach w swoim życiu, skoro oni właściwie byli już w stanie wojennym? Mieli tego samego wroga, więc zaczynająca się w jego czasach wojna musiała trawać przez całe jej życie.

- To dosyć skomplikowane, James. Wojna zawsze dyszała nam na karku, czuliśmy jej oddech, ale nie ingerowała zbytnio w nasze życie. Oczywiście do czasu. Swoje ostatnie lata w Hogwarcie spędziliśmy na szkoleniach, planach... Jednak nie byliśmy przygotowani na wojnę Voldemorta.

Wzdrygnął się, gdy wypowiedziała to imię, a ona spojrzała na niego zaskoczona, po czym zaczęła się śmiać.

- Dawno nie widziałam takiej reakcji na to imię- nagle jej uśmiech zniknął.- Wszyscy, którzy nie mieli odwagi go wypowiedzieć, zginęli.

- Hermiono, znów wracasz do tego tematu- delikatnie pogłaskał ją po ramieniu, a ona się wzdrygnęła.- Myśl o tym, co dzieje się teraz, zmieniasz świat. Może to dopiero początek, ale już doprowadziłaś do mojego pogodzenia się ze Snapem.

- Tak, coś już zrobiłam- uśmiechnęła się delikatnie.- Dobra, udało ci się mnie udobruchać, ale potraktuj to na poważnie. Muszę iść, umówiłam się z Lily.

- Z Lily? To wy się... eee, nie wiem, jak to się mówi w dziewczyńskich swerach... kolegujecie?

- Tak, James, ja i Lily się kolegujemy. Nie, nie powiem Ci, co o tobie mówiła- rzuciła, wychodząc.

- To coś mówiła?!- zawołał za nią, ale nie usłyszał odpowiedzi.

^.^.^

Korytarze Hogwartu nigdy nie wydawały mu się tak bardzo przyjazne, czuł się niemal tak jak w domu. Jego przyszła dziewczyna wreszcie zwróciła na niego uwagę, przyjaciele stali za nim murem, pozbył się swojego wroga, a na dodatek pomagał dziewczynie z przyszłości uratować świat. Był we właściwym miejscu. Powrót do wieży zabrał mu więcej niż powinien, bo nadal był obolały, ale Gruba Dama mogła zobaczyć jedynie uśmiech na jego twarzy. Przechodząc, przez Pokój Wspólny widział współczujące spojrzenia, które wcale mu nie przeszkadzały. To było częścią jego życia- przywykł do bycia obserwowanym, sława była jego przyjaciółką.

- James, kto ci to zrobił?- zapytał Evan Owsley.

- Nie pamiętam- wzruszył ramionami.

- To na pewno był Snape- powiedział z nienawiścią Pierce Gardner.

- Zawsze był draniem- splunął Alexander Walton.

- On...

- Ale nie musisz się martwić, już się nim zajęliśmy- Travi Wilson uśmiechnął się dumnie.

- Wy co?!- James spojrzał w szoku na uśmiechającą się czwórkę.

Nagle uczucie spełnienia zastąpiła panika. Dopiero się z nim pogodził!

- Wiedzieliśmy, że nie przyznałbyś się do porażki- Pierce popatrzył na niego współczująco.

- A twój honor, jest naszych honorem. On na pewno nie walczył fair, więc mu pokazaliśmy- Evan uśmiechnął się diabelsko.

- Co mu zrobiliście?

Potter patrzył na nich przerażonym wzrokiem, lecz żaden tego nie dostrzegał. Myśleli, że będzie z nich dumny. Czy aż tak postawił swoich kolegów przeciwko Snape'owi? Głupie pytanie, jasne, że tak.

- Zasadziliśmy się na niego i wbiliśmy do głowy, gdzie jego miejsce. Ciekaw jestem, kiedy go znajdą.

Czwórka chłopaków się zaśmiała. Z sytuacji wynikał jeden plus- była to grupka mięśniaków, którzy bardziej cenili rozwiązania fizyczne niż subtelności. Snape nie będzie miał żadnych skutków ubocznych w przyszłości, ale trzeba go szybko znaleźć. Kolejne kłopoty. Odkąd Hermiona się zjawiła ciągle coś mu się przydarzało...! Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

- Dlaczego wcześniej mnie nie spytaliście?

- My...

- Nie obchodzi mnie to!- huknął, a wszyscy zamilkli.

Oczy gryfonów zwróciły się na niego. Był to jego ostatni rok, miał dobre oceny, stał się kapitanem drużyny, pozostając szukającym, urody też mu nie poskąpiono, a jego paczka robiła najlepsze dowcipy- traktowano go więc jak lidera gryfonów. Jego pozycja pozwalała mu na dużo, ale nigdy tego nie wykorzystywał, aż do dzisiaj.

- Obrażenia, jakie odniosłem, nie są waszą sprawą. Nigdy nie były i nigdy nie będą. Moje pojedynki napełniają dumą lub wstydem wyłącznie mnie. Nie reprezentuję was, gryfonów, lecz ród Potterów. Zemsta jednego z was jest jedynie hańbą dla mojej rodziny, bo wychodzi na to, że jestem tchórzem- spróbował naśladować spojrzenie Hermiony i kilka osób się wzdrygnęło.- Snape nie jest moim wrogiem.

Wiele osób się zaśmiało, inne prychnęły, kolejne odetchnęły z ulgą, że to jednak nie było na poważnie.

- Czy mój przyjaciel jest śmieszny, że się z niego śmiejecie?- spytał zimny głos.

Syriusz stał za nim i wpatrywał się z niechęcią w gryfonów. Znowu miał swoją maskę arystokraty, która aż wbijała w fotel, kiedy widziało się ciągle uśmiechniętego Blacka. Wszyscy znowu ucichli.

- Możecie mieć ze Snapem własne utarczki, ale James wyraźnie powiedział, że on nie jest jego wrogiem. Jeśli ktokolwiek zaatakuje go w naszym, to znaczy huncwotów, imieniu, odpowiemy- ciągnął swoim niebezpiecznym tonem.

- Wilson- chłopak aż podskoczył, gdy James wypowiedział jego nazwisko.- Zaprowadzisz mnie do Snape'a, teraz. Gardner, ty zaprowadzisz tam Hermionę, prawdopodobnie jest w bibliotece.

Cisza, jaka zapanowała, aż dzwoniła w uszach.

- Już- wyszeptano tuż za nimi i wszyscy podskoczyli.

James miał ochotę się uśmiechnąć. Remus może nie miał niebezpiecznego głosu, ale potrafił poruszać się bezszelestnie, co wykorzystał, skradając się za plecy winowajców. Zrobili ładne przedstawienie i wiedział, że gryfoni zapamiętają je na długo. Już kiedyś tak było, kiedy ktoś zaatakował Petera, a oni, pozostali huncwoci, mu się odwdzięczyli. Nie palnęli może takiej mowy, ale dla wszystkich przekaz był jasny.

Wiedział, że Syriusz zrobił to jedynie dla niego i był mu bardzo wdzięczny. To właśnie w nim uwielbiał- przyjaciele byli dla niego najważniejsi. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzał, zawsze starał się pomóc.

Wychodząc, nie mógł mu w żaden sposób podziękować, bo wyszłoby na to, że nie ustalali tego wcześniej. Remus dołączył do niego i Traviego, który mamrotał jakieś przeprosiny, po czym wyszli.

Musieli działać szybko, bo cisza nocna zbliżała się wielkimi krokami, a James nie wziął peleryny niewidki. Zeszli do lochów i skierowali się w stronę schowka. Wilson wskazał mu tylko drzwi i odszedł, tłumacząc się pracą domową. Z tego względu cieszył się, że Syriusz został w Pokoju Wspólnym. Mógł chociaż trochę uspokoić gryfonów.

Weszli do środka i od razu ujrzeli skuloną postać. Tamta czwórka na pewno nie lubiła się bawić w subtelności. Snape nie był w żaden sposób schowany, a jego krew brudziła podłogę. Na szczęście nie widział jej dużo, obrażenia musiały być powierzchowne.

Remus popatrzył współczująco na ich byłego wroga i powoli do niego podszedł. Snape nie sprawiał wrażenia, jakby ich zauważył. Lunatyk położył delikatnie dłoń na ramieniu ślizgona, ale on od razu próbował się odsunąć z rozdzierającym jękiem, więc dali spokój.

Wyglądał bardzo krucho. Nie wiedzieli, jak mogą mu pomóc, ale mieli nadzieję, że Hermiona coś zdziała. Nie chcieli zabierać go do Pomfrey, ale jeśli nie da im się dotknąć, nie będą mieli wyboru.

Nie czekali długo. Hermiona wpadła jak burza przed drzwi i od razu wzięła się do roboty. Uniosła go w powietrze i zaczęła rzucać nieznane Jamesowi zaklęcia.

- Muszę was prosić, żebyście wyszli.

Dziewczyna nie wyglądała na wściekłą ani poruszoną. Prawdopodobnie takie obrażenia były dla niej jedynie drobnostką. Wyszli bez sprzeciwu, chociaż Jamesa bardzo ciekawiła procedura leczenia.

- Innym razem- powiedział Lunatyk, odczytując jego myśli.- Chodźmy stąd... ten zapach...- skrzywił się.

Po tych słowach szybko się ewakuowali. Potter wiedział, że wilkołaki mają niesamowity węch, a wraz z przybliżającą się pełnią, wrażliwość na zapachy w ludzkiej postaci zwiększała się. Remus się oczywiście nie skarżył, ale on widział zaciśnięte pięści i wzrok utkwiony w podłogę. Prawdopodobnie jego oczy przybrały teraz żółty kolor.

Gdy weszli do Pokoju Wspólnego, tylko kilka osób spojrzało na nich ciekawie. Czyli Syriusz zdołał uspokoić gryfonów. Szybko zaprowadził Lupina do dormitorium i usadził go na łóżku. Jego przyjaciel nadal nie chciał spojrzeć mu w oczy.

- Peter, dawaj tu jakąś roślinkę.

Glizdogon nawet nie zadawał pytań, tylko zaczął wizualizować jakieś zielsko. Takie sytuacje zdarzały się dosyć często. Remus natomiast podniósł nagle żółte oczy.

- Skąd wiedziałeś?- zapytał zaskoczony.

- Instynkt- uśmiechnął się.

Choć wiedzieli o jego likatropii i co pełnię mu towarzyszyli, Remus nadal nie wyzbył się zwątpienia w siebie. Myślał, że go odrzucą i często ukrywał się przed nimi, gdy sobie nie radził. Jednak oni zawsze starali się mu pomóc.

- Proszę, Remusie- Peter podał mu zielsko w doniczce, a on się zaciągnął.

- Mmm, dzięki, Peter. To z twoich ostatnich wakacji, mam rację?

- Twój nos jak zwykle nie zawiódł- zachichotał.

Kiedy Lunatyk nie mógł nad sobą zapanować, czarowali dla niego jakiś fragment natury. Zwykle jednak zajmowali się tym Peter lub Syriusz, bo on nie znał się zbytnio na roślinach i nawet nie wiedziałby, co wyczarować. Remusowi pierwotny zapach pomagał się zrelaksować, dawał komfort i prawie zawsze działał.

James spojrzał na zegarek- trwała już cisza nocna. Miał przeczucie, że Hermiona nadal nie wróciła do wieży.

- Pójdę zobaczyć, co z Hermioną... i Snapem.

środa, 25 stycznia 2017

Zimowa misja cz.4

Witajcie! Trudno było mi się zabrać do rozdziału, ale dzisiaj poczułam w sobie wenę i oto jest. Mam nadzieję, że kolejne przygody Jamesa przypadną Wam do gustu.

***

Przez cały dzień Rogacz zastanawiał się, dlaczego Syriusz był pewny, że przy bliższym poznaniu Lily okaże się dla niego nudna. Jasne, wskazał mu błędy w powierzchownym jej podziwianiu, ale to łatwo można naprawić.

Wieczorem postanowił zacząć proces poznawania miłości jego życia. Siedziała jak zwykle w bibliotece, a właściwie już się zbierała. Znajomość jej planu dnia właśnie mu się przydawała.

- Hej, Lily- podszedł do jej stolika bardzo spokojnym krokiem, patrząc, jak dziewczyna sprząta swoje miejsce pracy.

- Witaj, James- zerknęła na niego, ale już po chwili wróciła do wkładania materiałów do torby.

- Odrobiłaś już może Starożytne Runy?

- Nie dam ci spisać- prychnęła.

- Nie musisz, ja swoje już dawno odrobiłem- przeczesał włosy i uśmiechnął się zawadiacko.

- W takim razie, czego chcesz?- patrzyła na niego z niechęcią.

Jak teraz pokierować rozmową? Odwołać się do jej roli prefekta i poprosić o wytłumaczenie jakiejś kwestii? A może zaciekawić jej wewnętrznego kujona jakąś ciekawostką? Pozostawał też komplement dla ładnej dziewczyny...

- Po prostu zobaczyłem książkę o runach i pomyślałem, że w czymś mogę ci pomóc- wzruszył ramionami.

Lily popatrzyła na niego zdziwiona i nieco podejrzliwa, ale odpowiedziała uprzejmie.

- To miłe, ale właśnie skończyłam.

- Wracasz do wieży? Może mógłbym cię odprowadzić?

Matka zawsze wpajała mu odpowiednie zachowania w stosunku do kobiet i teraz jej za to dziękował. Romantyczne gesty działały cuda- rudowłosa lekko się zarumieniła.

- Przecież idziemy w tę samą stronę, ale niech ci będzie- uśmiechnęła się lekko.

- Pozwolisz, że wezmę twoją torbę?- spytał, wychodząc z biblioteki.

- Mogę rzucić zaklęcie lewitacji... ale dziękuję- powiedziała, przekazując mu swój tobołek.

To było zbyt proste! Czyli jedna rozmowa sprawi, że dziewczyna, która nie chciała mieć z nim nic wspólnego, padnie mu do stóp. Syriusz się zdziwi!

- Wszystko dla pięknej damy- ukłonił się lekko.

Zaśmiała się, po czym pokręciła głową.

- James, to naprawdę miłe, że tak się starasz, ale powiedz, o co chodzi.

- Ale o co ma chodzić?

Rzuciła mu spojrzenie pełne politowania.

- Nie rób ze mnie kretynki. Nie jeden raz widziałam, jak bajerowałeś tak Sussie, żeby załatwiła ci zniżki na miotły, chociaż w ogóle ich nie potrzebujesz...

- Potrzebuję nowych mioteł!- zaprotestował.

- Mówiłam o zniżkach. Jesteś bogaty i stać cię bez nich na kupno mioteł- pokręciła głową.- To samo z Megan, która przynosi ci słodycze, jakby nie było cię na nie stać. Więc pytam, co takiego chcesz ode mnie.

- Ja wcale się tak nie zachowuję! Jasne, namówiłem nie raz Sussie, żeby porozmawiała z ojcem, ale zniżki dostawał każdy członek mojej drużyny. A za słodycze od Megan płacę- skrzyżował ręce na piersi.- Chyba jako jedyna uparłaś się, żebym ja był tym złym.

Przez chwilę poddawał w wątpliwość inteligencję Evans. Nie był święty, często robił psikusy i zabawiał się ze Sm... ze Snapem, ale nigdy nikogo nie wykorzystywał! A tym bardziej kobiet!

Przez chwilę Lily wyglądała na zmieszaną, ale szybko wróciła do hardej miny.

- Czego ode mnie chcesz?

- Chciałem być po prostu miły, ale wychodzi na to, że przyszedłem, by ponieść ci torbę, po czym zarządać czegoś w zamian! Weź, póki jeszcze nic nie zaproponowałem- rzucił jej torbę pod nogi i odszedł szybkim krokiem.

Już myślał, że ją ma. Tą kruchą nić porozumienia, przez którą mógłby ją poznać. Po tej rozmowie odechciało mu się jednak robić czegokolwiek. Fakt Lily była śliczna, ale chyba pomylił się do jej inteligencji. Wiedza prezentowana przez nią na lekcjach, była imponująca, a jej moc wręcz urzekała, ale nie będzie się starał dla jakiegoś życiowego pustaka.

Czy Syriusz miał to na myśli? Na razie był nią zbyt rozczarowany, by ocenić, czy nadal mu się podoba, chciaż miał wrażenie, że te oskarżenia nie zabolałyby go tak bardzo, gdyby powiedział to ktoś obcy.

- James...?

Zawołany gwałtownie stanął i odwrócił się. Przy gobelinie stali Remus i Hermiona, których najwyraźniej minął, w ogóle tego nie odnotowując. Dziewczyna była niewątpliwie zdziwiona jego zachowaniem, ale to przyjaciel go zatrzymał.

Potter mu się nie dziwił, rzadko bywał wściekły i Lunatyk doskonale o tym widział. Umiał narzekać, złościć się, kłócić, walczyć z błahych powodów, ale równoważyło się to z jego lekkim sposobem bycia, poczuciem humoru, narcyzmem przy temacie włosów czy chęcią obrony sprawiedliwości. Jednak wściekłość, paląca i ograniczająca wściekłość, pojwiała się u niego jedynie przy mocnej obrazie w sprawach osobistych.

Nie umiał się narazie uspokoić, więc mruknął coś i odszedł. Nie miał ochoty na latanie, ale musiał odreagować. Chciał pojedynku, a akurat znał kogoś, kto z przyjemnością stanąły z nim do walki. Zszedł do lochów. Nawet jeśli nie spotka Snape'a, to inni ślizgoni będą na pewno chętni do wymiany zaklęć.

^.^.^

Następnego dnia obudził się w skrzydle szpitalnym. Słońce dopiero wschodziło nad horyzontem, ale jemu przeszła ochota na spanie. Wszystko go bolało, absolutnie wszystko. Pamiętał, że znalazł Snape'a, miał nawet przebłyski ich walki. Spojrzał na swój łokieć, gdzie czuł swędzenie- pamiętał, że o sekundę za późno uskoczył przed zaklęciem. Zastanawiał się, czy na stopie miał bliznę od zaklęcia tnącego...

James musiał przyznać, że pomysł walki ze Snapem był głupi. Ślizgon nie miał skrupułów, a on sam posiadał mniejsze umiejętności. Nie miał nawet pewności, jak się tu znalazł ani co mu powiedział.

Pozostawała jeszcze sprawa Lily. Potter musiał przyznać, że zachował się wczoraj jak nadwrażliwy nastolatek. Nie powinien się aż tak przejmować, że ktoś nie spełnił jego oczekiwań. Zraniło go samo podejście Evans, ale poczuł się przede wszystkim oszukany. Jednak skoro ona była głupia, to przynajmniej on powinien wykazać się rozumem.

- Masz zamiar jeszcze długo mnie ignorować?

Odruchowo sięgnął po różdżkę, ale, rozpoznawszy głos, zostawił ją przy sobie. Snape jedynie podniósł brew i od razu go zirytował. Samo patrzenie na tego człowieka doprowadzało go na skraj przepaści.

- Umiesz mówić? A może nasz zacny gryfon się przestraszył?- zarechotał złośliwie, a on zacisnął zęby.

Potter postanowił, że go przeprosi, nie mógł więc go przekląć. Zamiast tego przyjrzał się dokładniej swojemu odwiecznemu wrogowi. Zakrzywiony nochal, tłuste włosy, żylaste ciało- to już od dawna znał. Ale nie spodziewał się zobaczyć blizny na brodzie, której z powodu odległości nigdy nie zauważył. Kościstego ciała, jakby był niedożywiony. Cieni po oczami i przekrwionych oczu- nie raz rzucali na niego zaklęcie nieustannej aktywności, przez które nie mógł spać. Obronnej postawy ciała, skrzyżowanych rąk, sarkazmu... nawet teraz był ciągle czujny. Ostatnie spostrzeżenie zawdzięczał jedynie księgom aurorskim, ale inne? Dlaczego wcześniej nie zauważył, że niszczą tego człowieka?

Nie. Oni zauważali. Często śmiali się z jego wypadków po zaklęciu ciągłej aktywności, wiedzieli, że nie mógł nawet zmrużyć oka. Ile razy polała się krew? Ile blizn, pamiątek nosi na swoim ciele po Huncwotach?

Jamesa wyrwało z zadumy silne uderzenie w policzek i ból, który został podwojony przez jego stan. Oczy Snape'a płonęły.

- Nie śmiej mnie ignorować!

To musiała być dla niego nowa sytuacja, chciał zamaskować swoją niepewność- pomyślał. Co nie zmieniało faktu, że powinien go sprać tu i teraz.

- Zamyśliłem się, wybacz- skłonił głowę, jak nakazywały maniery.- Dlaczego tu przyszedłeś?

- Przez te wszystkie lata- zaczął mówić- upokarzałeś mnie ze swoimi koleżkami, zatruwałeś mi życie, odebrałeś mi Lily, aż tu nagle wczorajszego wieczora wpadłeś na pomysł, że mnie przeprosisz- zachichotał.- Jakbyś myślał, że nabiorę się na tą twoją gryfońską szlachetność i dojrzałość- mówił rozbawionym tonem, lecz nagle zmienił go na zimny i bezwzględny.- A teraz mi powiesz, co znowu knujecie.

Potter nie zdążył nawet ruszyć głową, gdy został unieruchomiony. Ten ślizgoński drań...! Próbował się wyrwać, ale różdżka została mu odebrana. Widział, jak Snape zbliża się z okrutnym uśmiechem. On się c i e s z y ł!!! Czerpał perwersyjną przyjemność z jego bezsilności.

Rogacz wiedział, że sam doprowadził do tej sytuacji. Rzucił się w nieznane z największą ufnością, że wszystko się jakoś ułoży. Po czym uderzył w skalną przeszkodę. Zamiast zaopatrzyć się w mapę terenu, on zaczął przekopywać się na drugą stronę, gdzie znalazł krwiożerczą bestię.

Zamknął oczy, nie chciał patrzeć na ten piekielny uśmiech. Słyszał, jak się zbliża i to mu wystarczało. James zacisnął zęby i napiął wszystkie mięśnie, by po chwili zrobić to jeszcze mocniej. Poczuł na ustach wilgoć i od razu pomyślał o sławnych eliksirach Severusa Snape'a.

- Przełknij, inaczej eliksir wypali ci język- usłyszał koło swojego ucha.

James, nie wiele myśląc, połknął. Jeśli miało się zdarzyć się coś złego, to on przyjmie to jak na mężczyznę przystało.

- A teraz odpowiesz na moje pytania... Jak się nazywasz?

- James Potter- odpowiedział mimo woli.

- Jak udawało wam się zawsze znaleźć akurat wtedy, gdy byłem sam?

- Śledziliśmy cię- zacisnął zęby, ale i tak odpowiedział.

- W jaki sposób?- ton Snape'a nabrał łagodną nutę.

- Za pomocą peleryny niewidki.

Snape roześmiał się złośliwie, wiedząc, jak bardzo nie chciał mu tego powiedzieć.

- Przejdźmy do naszych spraw... Dlaczego mnie przeprosiłeś?

Wróg Jamesa skrzywił się i czekał na kolejny sekret, lecz zdziwił się, gdy na usta zakładnika wkradł się uśmiech.

- Żałuję swoich czynów.

Sytuacja zaczęłaby śmieszyć Rogacza, gdyby nie kolejny cios w szczękę. Snape niebywale szybko znowu się przy nim znalazł, a szaleństwo ponownie pojawiło się w jego oczach.

- JAK mogłeś oszukać veritaserum?! MOJE VERITASERUM!

- Nie mogłem- odpowiedział mimo woli.

- Skoro nie mogłeś... jaki jest twój największy sekret?

Potter wiedział, że gdyby nie odpowiedział na to pytanie, Snape by go zabił, ale i tak wolał tę opcję. Miał kilka ważnych sekretów, ale na czołówkę wybijały się jego zdolności animagiczne i prawdziwa tożsamość Hermiony. Był niezarejestrowany i jeśli jego wróg się o tym dowie, wtrąci go do Azkabanu... Ale wolał wyzionąć tam ducha niż zdradzić przyjaciółkę.

- Jestem niezarejestrowanym animagiem.

James spodziewał się teraz kolejnego napadu śmiechu lub drwiących kolentarzy, ale ślizgon... zbladł. Odsunął się od niego, a oczy rozszerzyły mu się w szoku.

- Dlaczego mnie przeprosiłeś?

- Żałuję swoich czynów.

- Których?- wyglądało na to, że Snape wstrzymał oddech.

- Krzywdzenia ciebie w każdy sposób, oprócz obrony. Wyśmiewania, przezwisk, niezrozumienia.

James obserwował z fascynacją, jak jego oprawca zaczyna się rozglądać z przestrachem, drżeć. Wyglądał, jak zaszczute zwierze.

- Dlaczego?- jego głos był cichy.

- Honor i szlachetność to cechy, które najbardziej cenię, powinienem postępować według nich, a było wręcz przeciwnie. Zamiast bronić słabszych, byłem tyranem.

Snape wyraźnie nie wiedział, jak na to zareagować. Ku przerażeniu Jamesa oczy chłopaka zaszły łzami.

- Dlaczego teraz?!

- Hermiona otworzyła mi oczy.

- Ona...

James nie wiedział, jakim torem pobiegły myśli ślizgona, ale miał nadzieję, że nie zaszkodził gryfonce. Chciał jakoś przemówić do rozumu temu półgłówkowi, ale ten zrobił najgłupszą rzecz, o jakiej ktokolwiek mógł pomyśleć- wyszedł, zostawiając Pottera obezwładnionego, pobitego i będącego pod wpływem veritaserum.

sobota, 3 grudnia 2016

Zimowa misja cz.3

Ho, ho, ho! Jest już grudzień, więc przychodzę z nowym rozdziałem, a że pewnie nie uda mi się napisać kolejnego przed świętami,  możecie potraktować trzecią część jako prezent gwiazdkowy :) Zapraszam do czytania :)

Siedzieli w Pokoju Wspólnym i odrabiali zadania. Remus zawsze służył pomocą swoim kolegom, ale okazało się, że nie tylko on ma zadatki na nauczyciela. Podczas gdy Hermiona tłumaczyła Jamesowi zagadnienie z numerologii, Lunatyk pomagał chłopakom w zaklęciach. W ten sposób Remus został odciążony, Potter się skoncentrował, by nie zbłaźnić się przed nową koleżanką, Glizdogon siedział cicho, by panna z przyszłości znowu na niego nie napadła, a Łapa, widząc ten stan rzeczy, również się nie wygłupiał. Skończyli przez to wcześniej i mieli więcej czasu na figle, a w przypadku Remusa i Hermiony- na dyskusję.

James jednym uchem słuchał dowcipu Syriusza, a drugim podsłuchiwał, o czym rozmawiała parka kujonów. W gruncie rzeczy były to typowo naukowe sprawy i z których co nieco rozumiał, lecz nie chciał przegapić momentu, kiedy konwersacja zejdzie na bardziej osobiste tematy. Z pewnością jego podzielność uwagi wkrótce dałaby plamę, gdyby nie najmniej oczekiwana osoba. Wszyscy usłyszeli chrząknięcie i rozmowa w danym kącie się urwała.

- Witaj- powiedziała rudowłosa gryfonka- nazywam się Lily Evans i jestem prefektem naczelnym. Miło mi cię wreszcie poznać.

James siedział jak urzeczony i tylko głupio się uśmiechał. Hermiona parsknęła na ten widok śmiechem i wyciągnęła rękę. Nie wyglądała na zaskoczoną tym wtargnięciem, raczej... podekscytowaną.

- Hermiona Granger, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cię poznałam- uśmiechnęła się czule, co James od razu zauważył i kopnął ją w kostkę. Ona jednak nie dała niczego po sobie poznać.- Huncwoci to wspaniała paczka i lepszych towarzyszy nie mogłam sobie wymarzyć, ale miło będzie wreszcie porozmawiać z dziewczyną.

Potter wymienił spojrzenia z chłopakami i wiedział, że oni też zauważyli ten specyficzny uśmiech- miała go zawsze, gdy mówiła o dobrych stronach przyszłości. Więc musiała znać Evans! Czy to możliwe, że to ta rudowłosa piękność była żoną Jamesa?- takie myśli krążyły po umysłach trójki wtajemniczonych.

- W takim razie zapraszam na wieczorne ploteczki- uśmiechnęła się, po czym zmarszczyła czoło.- Nie rozumiem, dlaczego przez te wszystkie dni jeszcze nie przeniesiono twojego łóżka, ale właśnie wybieram się do profesor McGonagall, naszej opiekunki, więc do wieczora wszystko będzie załatwione.

- Lily, wolałabym nie, mam osobne dormitorium niedaleko Pokoju Wspólnego i to mi odpowiada. Mam trudności w dzieleniu przestrzeni osobistej i pozwalam na to tylko osobom, którym ufam. Wybacz, ale nie sądzę, żeby to nastąpiło do końca roku szkolnego. Zresztą to tylko pół roku.

Lily przypatrywała się jej badawczo przez chwilę, po czym uśmiechnęła sie ciepło.

- Postaramy się, żebyś zmieniła zdanie. W każdym razie zaproszenie aktualne.

Odeszła najprawdopodobniej przygotować się do snu, chłopcy natomiast wlepili pytający wzrok w Hermionę, jednak ona zdawała się tego nie dostrzegać.

- To prawda, Hermiono?- zapytał w końcu Remus.

- W związku z czym?

- Czy to prawda, że musisz od nas odpocząć? Przepraszamy, jeśli się narzucamy- powiedział w imieniu wszystkich.

Hermiona jedynie zaśmiała się cicho.

- Nie bardzo. Przez cały mój pobyt w Hogwarcie miałam dwóch przyjaciół, chłopców. Co prawda dzieliłam dormitorium z innymi dziewczętami, ale rzadko nadawałam na tych samych falach co one. Szczerze boję się tych ploteczek.

Chłopcy zaśmiali się z jej nieszczęśliwej miny. Nawet Peter lekko się rozluźnił.

- W każdym razie wyglądałaś naprawdę realistycznie- pochwalił Remus.

- Dzięki... Idę się przygotować, życzcie mi szczęścia- z westchnieniem opuściła Pokój Wspólny Gryffindoru.

Zabawna atmosfera pozostała z Huncwotami, lecz nie na długo. James postanowił podzielić się swoim pomysłem z pozostałymi.

- Chłopaki, podjąłem decyzję- spoważniał i nawet Syriusz się skupił.- W... świetle nowych... wydarzeń, kiedy to dostaliśmy więcej... em, informacji... Na gacie Merlina, chodzi o Snape'a. Chcę go przeprosić.

Rozluźnienie opuściło wszystkich w jednej sekundzie. Nawet po wielu latach w pamięci pozostał mu wyraz niedowierzania na twarzy Blacka i jego chłodne "Rób, co chcesz". James spodziewał się naprawdę, absolutnie wszystkiego, ale nie tego. Jego przyjaciel cały się spiął i stał się zimny, obcy. Często lubił bawić się w arystokratę- przyjmował wtedy dostojną pozę i rzucał kwiecistymi mowami jak z rękawa. Do tej pory Rogacz nie zdawał sobie sprawy, że to zabawa, wizerunek wymyślony. Bo Syriusz-Arystokrata wyglądał kompletnie inaczej.

Potter nie czekał nawet na reakcje pozostałych, od razu pobiegł za nim. Nie uciekł daleko... może dlatego, że nie uciekał? Po prostu odszedł. James złapał go za ramię, ale Syriusz był przygotowany. Wykręcił jego rękę i wyszeptał do ucha.

- Wiem, co chcesz powiedzieć, więc nawet nie próbuj. Może nie byłem sprawiedliwy co do Smerkerusa, ale nie zmierzam się zmieniać, bo nowa dziewczyna zamotała ci w głowie.

James był zdezorientowany, ale postanowił zachować spokój. To był jego przyjaciel.

- Syriuszu, puść moją rękę i pozwól wytłumaczyć.

Przez parę chwil nic się nie działo, lecz w końcu poczuł, że jego dłoń jest wolna. Odwrócił się do nadal obcego oblicza Syriusza.

- Faktycznie, to przez Hermionę zwróciłem uwagę na nasze zachowanie, ale do wniosków doszedłem sam. Myślałem nad tym kilka dni, naprawdę wszystko przeanalizowałem! Uwielbiam psoty i łamanie regulaminu, nie mam nic przeciwko wymierzaniu sprawiedliwości, ale Smark... On był słaby, a my, chcąc się poczuć lepszymi, atakowaliśmy go. To my zaczęliśmy, a on się tylko bronił. Nie jest święty i wręcz cuchnie czarną magią, ale... Po prostu pomyślałem, że to trochę przez nas. Pamiętasz pociąg? On chciał trafić do Slytherinu, bo spryt był dla niego najważniejszą cechą, a my go za to skreśliliśmy. Pomyślałem, że zamiast popychać go dalej w stronę ciemności, możemy choć trochę go od niej odwieść...

Przez całą przemowę, Łapa nie próbował się odezwać ani razu.

- Wiesz- mówił dalej już zdenerwowany James- nie musimy się z nim od razu przyjaźnić... Po prostu dajmy mu spokój. Poluzujmy. W końcu musimy chociaż trochę zachowywać się jak gryfoni- spróbował zażartować.

Black się rozluźnił i nawet lekko uśmiechnął.

- Dobra. Ale jeśli odstawi jakiś numer...- przejechał palcem po szyi- to ty jesteś za niego odpowiedzialny. Idę spać.

- Było blisko- wyszeptał.

- Było- odpowiedział mu znajomy głos.

Hermiona właśnie wkładała pelerynę-niewidkę do torby. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech, kiedy patrzyła na niego spod rzęs.

- Podsłuchiwałaś- rzucił jej zirytowane spojrzenie.

Jasne, to dzięki niej doszedł do tych wniosków, ale nie chciał, żeby ona o nich wiedziała. To była prywatna sprawa.

Na szczęście wyglądała na bardzo realistycznie skruszoną.

- Przepraszam, wiem, że nie powinnam, ale... James, ja bardzo liczyłam, że dojdziesz do tych wniosków. Uwzględniliśmy to w naszym planie. Oczywiście, jeśli byś się uparł, to coś bym wymyśliła, ale... wierzyłam w ojca mojego przyjaciela.

Z pewnością to ostatnie zdanie miało go udobruchać i właściwie spełniło swój cel. Cokolwiek robiła tu ta dziewczyna, pomagało to w tworzeniu bezpiecznej przyszłości dla jego syna, więc kim on był, żeby protestować? Nawet jeśli jego największa, jak dotąd, decyzja życiowa została zminimalizowana do niepewnego elementu.

- Nie mogłaś powiedzieć od razu? Jeśli wiedziałbym, że przeproszenie Smarka... Snape'a jest takie ważne, zrobiłbym to dawno.

- Dla mnie ważne jest to, że zrozumiałeś- uśmiechnęła się delikatnie.

- Więc jaki będzie kolejny krok?- zainteresował się.

Dziewczyna spojrzała na niego oceniająco, po czym odezwała się cicho.

- Na razie nie macie nic do roboty, teraz liczy się reakcja Severusa. A w między czasie... chyba będę musiała porozmawiać z Remusem.

Kiwnęła głową, po czym ruszyła w stronę Pokoju Wspólnego. James tylko pokręcił głową i poszedł do sypialni.

Czuł się wspaniale zredukowany. Ale! Nawet jeśli był TYM elementem, to czy nie powinien dostać jakiejś większej pochwały?

Syriusz już spał.

^.^.^

Następnego dnia obudził się bardzo wcześnie, a ponieważ nastał weekend, postanowił polatać. Ubrał się w ciszy i już po kilku minutach spacerował przez ośnieżone błonia. Tej nocy padało, a ze względu na porę białe błonia wyglądały jak jednolita masa lukru. Z pewnym żalem zostawiał za sobą ślady, niszcząc tę harmonię, ale nie miał wyboru, bo miotłę zostawił w składziku.

Naprawdę uwielbiał zimę. Oczywiście, wszystko zaczęło się w dzieciństwie, kiedy to ze swoją siostrzyczką bawili się całymi dniami na śniegu. Później, gdy jej choroba się ujawniła i nie mogła wychodzić z łóżka, największą frajdę sprawiało jej wpatrywanie się w płatki śniegu. Po śmierci Amelii, też zaczął to robić. Wyobrażał sobie wtedy, że to ona wiruje w powietrzu, wręcz wyczuwał jej obecność zimą. Ta pora roku go uspokajała. 

W Hogwarcie doszły do tego zabawy- bitwa na śnieżki, lepienie bałwanów, wrzucanie Smerkerusa w zaspy... To wszystko sprawiało mu ogromną przyjemność, ale nie tak jak latanie. To uczucie zamarzania, igiełki wbijające się w twarz, mgiełka wydostająca się z jego ust... 

Szybując, leniwie podziwiał błonia. Dostrzegł chatkę Hagrida, szklarnie, zamarznięte jezioro, Bijącą Wierzbę... a w drodze do niej szedł... Remus z Hermioną? Aż zatrzymał się w powietrzu. Co robili tak rano? Sami? I dlaczego szli do Wrzeszczącej chaty? Coś zaświtało mu w głowie- wczoraj Hermiona wspomniała o rozmowie z Lunatykiem. Tyle, że nie zapowiadało się na normalną pogawędkę. Pokój Wspólny był o tej porze pusty, więc mogli z niego skorzystać. Musiało chodzić o sprawy przyszłości. Ale... Wrzeszcząca Chata?

Był bardzo ciekawy, o co chodziło, ale przecież nie będzie śledził swojego kumpla. Chociaż miał na to nieziemską ochotę.

Wkrótce, by nie kusić losu, udał się do zamku. Słońce wisiało na niebie dużo wyżej niż wtedy, gdy wychodził, więc miał nadzieję, że nie ominęło go śniadanie. Przybliżając się do Hogwartu, widział kolejne osoby bawiące się na błoniach. To raczej nie był dobry znak. Kiedy jednak dotarł do Wielkiej Sali, w tym momencie pustej, nie poczuł żalu. Zawsze pozostawała kuchnia, jednak to nie to samo.

Postanowił najpierw się przebrać i wziąć przy okazji pelerynę-niewidkę. Nie wiadomo, kogo spotka w drodze do kuchni.

Wciąż jednak myślał o Lunatyku. To jasne, że Hermiona miała plan, kiedy tu przybyła, zresztą sama tak powiedziała. Skoro powiedziała im prawdę, to musiała mieć jakiś powód, a to, że ich znała, nie było dobrym argumentem. Lily najwyraźniej też zaliczała się do tego grona, a nie została wtajemniczona. Czyli prawdopodobnie wszyscy byli częścią planu.

Nagle coś w jego umyśle zaskoczyło. Skoro Peter nie został wtajemniczony, nie był częścią planu. Oczywiście, to była tylko teoria, ale i tak podniosło go to na duchu. Glizdogon nie był złym człowiekiem, ale zaczął mieć podejrzenia przez nastawienie Hermiony. Ale ich relacje i sprawy wojny mogły się zupełnie nie łączyć. Evans najwyraźniej cieszyła się sympatią Hermiony, a nie została wtajemniczona. Chyba, że na wczorajszych ploteczkach coś się zmieniło.

Mechanicznie się przebierał i myślał intensywnie. James wypełnił swoje zadanie, wybaczając Snape'owi i żałując swoich czynów, choć jeszcze nie wyznał tego publicznie. Teraz najwyraźniej przyszła kolej na Lunatyka, choć nie była to sprawa nagląca, bo czekali na reakcję Snape'a. Czy to znaczyło, że on też jest wtajemniczony? A co z Syriuszem? Z nim nie pójdzie łatwo Hermionie. 

- Znowu do niej biegniesz?

James aż podskoczył, gdy usłyszał osobę, o której właśnie myślał. Był tak pochłonięty, że nie zauważył Łapy, leżącego na swoim łóżku. Black przyglądał mu się pewnie przez cały czas i źle zinterpretował jego pośpiech.

- Nie- uśmiechnął się.- Latałem od rana i przegapiłem śniadanie. Idziesz ze mną do kuchni?

To, co powiedział, nie było miłe dla Rogacza, ale nie miał powodu, by się złościć. Syriusz się martwił i robił wszystko, co uważał za najlepsze. Zresztą czyste zmieszanie na jego twarzy było tego warte.

- Jasne, nie miałem wcześniej apetytu.

Kiedy wyszli, zapadła niezręczna cisza, a przynajmniej dla Łapy. James natomiast świetnie zdawał sobie sprawę z jego zmieszania, ale dał przyjacielowi chwilę na przemyślenie kolejnego kroku. Osobowość Syriusza była pełna sprzeczności. Gwałtownie reagował na niektóre rewelacje, ale nie miał w zwyczaju śmiertelnie się obrażać, raczej dawał do zrozumienia, że jest niezadowolony. Był raczej typem śmieszka, ale potrafił poważnie wytłumaczyć swoje zdanie. Nie miał także problemów z przepraszaniem, oprócz Snape'a, oczywiście. Jednym słowem, był nieprzewidywalny.

- Lily już cię nie kręci?

James nie wiedział, jak Łapa chciał rozładować napięcie tym tematem, ale rozmów o rudowłosej piękności nigdy dość.

- A dlaczego nie? Wyskoczył jej pryszcz?- zapytał ironicznie.- Albo nie odpowiadaj. Będę sobie wyobrażał jakieś obrzydlistwa, podczas gdy jej twarz pozostanie nieskazitelna.

Syriusz uśmiechnął się na jego słowa, lecz zaraz ponownie spoważniał.

- Interesuje cię tylko jej wygląd?

To pytanie zdecydowanie nie kwalifikowało się jako miłe, ale poczuł jedynie lekką irytację. Potter nie wiedział, do czego zmierza przyjaciel i to było najgorsze.

- Oczywiście, że nie! Lily jest po prostu idealna! Jest odważna jak gryfon, sprytna jak ślizgon, dobra jak puchon i mądra jak krukon.

- Jaką cechę najbardziej w niej lubisz? 

Nie mógł się pozbyć wrażenia, że bierze udział w jakimś teście i z tego powodu zaczął się już poważnie irytować.

- Sam nie wiem, Syriuszu. Ona jest idealna z tym wszystkim, co ma. Jako całość.

- Tak naprawdę jej nie znasz.

Łapa był poważny, lecz na jego słowa Potter instynktownie chciał prychnąć. On nie znał Lily Evans? Był jej cieniem, przed nim nic się nie ukryło. Odwiedził nawet jej mugolski dom! On znał ją najlepiej... ale czy na pewno? Znał jej nawyki, relacje z innymi, nawet jakich kosmetyków używała! Ale co z osobowością? Widział to, co wszyscy- prefekta, kujona, ślicznotkę... Tyle określeń, lecz każde mogło opisywać kogoś innego. Ich rozmowy ograniczały się do prawienia komplementów, pytania o pracę domową bądź finalnego zdenerwowania dziewczyny.

- Śniadanie dla dwóch osób- usłyszał Blacka i ze zdziwieniem dostrzegł wnętrze kuchni.

Skrzaty rzuciły się do garnków, a oni usiedli przy stole. James wyraźnie zbierał się w sobie, by wyrazić własną myśl.

- Masz rację... tak naprawdę jej nie znam. Ale to tylko kwestia czasu!

Syriusz patrzył na niego sceptycznie, chociaż wygiął lekko kąciki ust.

- Zakład, że gdy ją poznasz, przestanie być taka interesująca?

- To jest niemożliwe- Lily Evans została stworzona, żebyśmy byli razem. Ile?- Potter już wyciągał rękę do przyjęcia zakładu.

- Pięćset galeonów- Black uśmiechnął się szeroko.

Nigdy nie zakładali się o tak dużą sumę, chociaż w porównaniu z ich całym złotem to był pikuś.

- Jesteś aż tak pewny swojej wygranej?- spytał James, potrząsając ręką przyjaciela.

- Nigdy nie byłem tak pewny wygranej, a to złoto przyda mi się po wyprowadzce. Skończyłeś już?- wskazał na jego prawie pusty talerz.