poniedziałek, 22 grudnia 2014

Dzienniki starszej pani



Kap, kap, kap...

Kapanie?

Kap, kap, kap...

Tak, chyba pada deszcz.

Kap, kap, kap...

Nigdy nie byłam dobra w rachunkach, lecz to już chyba siedemdziesiąt trzy lata minęły, odkąd pierwszy raz zainteresowałam się kapaniem.

Pamiętam to tak dobrze, jakby zdarzyło się to wczoraj. W rzeczywistości, wtedy byłam młodą dziewczyną, wzdychającą do wyimaginowanego chłopaka. Podziwiałam jego siłę, wierzyłam, że go znam. Myślałam, że mogę zmienić go w ideał. Lecz pomyliłam się.

I właśnie wtedy poznałam ideał.

Był ode mnie o rok starszy, należał do Slytherinu. Nawet to mi nie przeszkadzało. Nie mogę powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, lecz wspominając tamte dni, nie mogę dojść do ładu.

Któregoś dnia szukałam Hermiony, mojej przyjaciółki, lecz po prostu zapadła się pod ziemię. Patrzyłam wszędzie, jednak moje wysiłki poszły na marne. Do przeszukania pozostał mi tylko dwór.

Trwała jesień, więc ubrałam się ciepło i ruszyłam na dziedziniec. Pamiętam, jak moje rude włosy zdenerwowały mnie tamtego dnia. Najpierw jakaś roślina znalazła sobie w nich źródło pożywienia, później któryś z uczniów wplątał w nie swoją różdżkę, następnie postanowiły wpaść sobie do kociołka, a na sam koniec, pod wpływem jakiegoś zaklęcia, zamieniły się w uszy królika. Rude, oczywiście. Postanowiłam, więc je ściąć, a do tego potrzebowałam Hermiony. Pomyślałam, że mogła odwiedzać Hagrida, dlatego skierowałam się do jego chatki.

Przeszkodził mi jednak deszcz. Nagle z nieba lunęła wielka fala ogromnych kropli. Przypominam sobie, że moje włosy już po kilku sekundach z puszystych pukli zmieniły się w garść mokrych strąków. I tak moja frustracja sięgnęła granic. Wyrzuciłam z siebie głośny okrzyk wściekłości, po czym kopnęłam dość duży kamień. Do dziś pamiętam ten ból.

Jednak było warto.

Bo to wtedy usłyszałam jego śmiech.

Szybko dobyłam różdżki, przy okazji odwracając się do przeciwnika. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, był kolor jego skóry. Czarny jak poranna kawa. Później zauważyłam szkolny mundurek. Należał do ślizgona. Na sam koniec zobaczyłam dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. 

Do dziś nie wiem, co przeraziło mnie najbardziej. 

Patrzyłam na niego, szeroko otwierając oczy i nie wiedząc, co mam zrobić. Każda komórka mojego ciała krzyczała: "Wróg!", jednak serce podpowiadało mi, że to dobry człowiek.

- Co tu robisz?- to pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy. 

- Stoję- odpowiedział cicho, z powagą w głosie, chociaż nadal stał uśmiechnięty.

Cisza przedłużała się, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Ślizgon przyglądał mi się oceniająco, czasami przechylając głowę na boki. Nagle znalazł się tuż przy mnie, tak szybko, że nie zdążyłam nic zrobić. Pamiętam, jak zastanawiałam się nad gładkością jego skóry. Niedorzeczne, prawda? Dopiero po chwili dotarło do mnie, że się przemieścił, a kiedy to nastąpiło, jego ręka już wisiała nad moją twarzą.

Automatycznie skuliłam się przed ciosem, ale... On tylko chciał dotknąć moich włosów. Był bardzo delikatny. Czułam się nieziemsko i aż zamknęłam oczy. Do dziś mam wrażenie, że jego dotyk był zaledwie muśnięciem.

- Chyba ci przeszkadzają, co?- spytał cicho, ale mimo tego doskonale go słyszałam.

Nie od razu się zorientowałam, o czym mowa, ale mruknęłam potwierdzająco. Dopiero, gdy przestał gładzić moją głowę, domyśliłam się, że chodzi o włosy.

- Chcę się ich pozbyć. Pomożesz mi?- spytałam.

Dziś powiedziałabym, że byłam głupia. Wyśmiałabym samą siebie, co zresztą robię. Jednak wtedy było to dla mnie zupełnie naturalne. Zwyczajne pytanie z możliwością odmowy.


- Jeśli chcesz- wzruszył obojętnie ramionami.

- Chcę- odparłam.
 

Ponownie wzruszył ramionami i powiedział:

- Chodźmy pod jakiś dach, muszę widzieć, co robię.

Bez słowa ruszyłam w stronę dziedzińca i po chwili deszcz przestał na mnie padać. Z ulgą stwierdziłam, że mój nowy znajomy nie został na deszczu, tylko poszedł za mną. Szybko wyczarował nożyczki, a ja z lekkim wahaniem odwróciłam się do niego plecami. Teraz też znam to zaklęcie.

Czułam, jak kolejne pasma włosów padają do moich stóp. Nie koniecznie zdawałam sobie sprawę, że trwa to ponad godzinę. Czułam się lepiej, jakby uwolniona od jakiegoś ciężaru. Kiedy usłyszałam ostatni szczęk nożyczek, otworzyłam oczy i aż sapnęłam ze zdziwienia. 

Z niemal czarnego nieba nie spadała żadna, najmniejsza kropelka, a wielki księżyc wychylał się zza chmur. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, ile czasu pochłonęło moje strzyżenie. Z lekką obawą wyczarowałam sobie lusterko i tym razem westchnęłam. Wyglądałam kompletnie inaczej, ładniej, bardziej dziewczęco. Krótkie włosy wspaniale eksponowały moją szyję i obojczyki. Odwróciłam się, jednocześnie chowając lusterko do kieszeni.

- Dziękuję- szepnęłam.- Są cudowne.

Chłopak wzruszył ramionami i po chwili wahania uśmiechnął się lekko. Staliśmy tak jeszcze chwilę, dopóki ślizgon nie powiedział:


- Chodźmy już, zaraz zacznie się cisza nocna.

Bez słowa ruszyliśmy do zamku, zmierzając do swoich dormitoriów. Chciałam mu jeszcze raz podziękować za pomoc, lecz zanim się obejrzałam, mój nowy znajomy zniknął.

Przez kolejne dni, nie miałam z nim kontaktu. Czułam się, jakby chciał uniknąć spotkania ze mną. Wiedziałam, że to niedorzeczne stwierdzenie. Nigdy go nie widywałam, ale w tamtych dniach mi to przeszkadzało. Nawet na posiłkach się mijaliśmy. Hermiona ciągle gdzieś znikała, a ja nie miałam się komu zwierzyć.

Minęło kolejnych parę dni, gdy zaczął padać deszcz. Znowu mnie zaskoczył. Tym razem odrabiałam lekcje, siedząc nad jeziorem. Do dziś mój nieskończony esej z transmutacji wala się w szufladzie. Byłam kompletnie zaskoczona i nie wiedziałam, co mam zrobić. Zanim podjęłam decyzję, calutka przemokłam. Pomyślałam, że i tak nie opłaca mi się wracać. Deszcz był jednym z tych ciepłych, a chociaż mokre ubranie nie należało do przyjemnych, postanowiłam zostać. Siedziałam nad jeziorem, co tylko wzmacniało moje odczucia.

Nagle usłyszałam mlaskanie- to czyjeś buty odrywały się od mokrego, błotnistego podłoża. Szybko obejrzałam się i zamarłam.

Przyszedł.

Jest! Czułam się szczęśliwa, choć sama nie umiałam tego zbytnio wytłumaczyć. Uśmiechnęłam się lekko i poklepałam miejsce obok siebie. Szczerze, spodziewałam się, że usiądzie, jednak on miał inne plany.

Zaskoczył mnie i wbrew moim oczekiwaniom wyciągnął do mnie rękę. Po szybkim "za i przeciw" ujęłam jego dłoń, a on pociągnął do góry. Też był cały przemoczony, lecz jego skóra wydzielała przyjemne ciepło.

- Co tutaj robisz?- spytałam.

Jak to miał w zwyczaju, wzruszył ramionami, lecz po chwili odpowiedział:

- Zawsze podczas deszczu wychodzę na dwór. To symbol oczyszczenia, a ja... niczego więcej nie pragnę.

Na chwilę zapanowała cisza. Zszokował mnie swoim wyznaniem, jednak szybko odzyskałam rezon.


- Co zwykle robisz?

Posłał mi pytające spojrzenie, z domieszką zaciekawienia.


- No... podczas deszczu?

Tym razem naprawdę się zdziwił, widziałam to. Chwilę rozmyślał nad odpowiedzią i chyba jej nie znalazł, bo tylko wzruszył ramionami.


- Nie mów mi, że tylko stoisz.

- Mówię- powiedział z lekkim uśmiechem.

Pamiętam, jak się wtedy zdziwiłam. Czy on chciał zażartować?- zadawałam sobie takie pytanie.

- Chodźmy, teraz ja tu rządzę! Koniec z bezczynnością!

- Co chcesz zrobić?- spytał nieufnie.

- Może... pospacerujemy?

Patrzył na mnie oceniającym wzrokiem tak długo, że aż pomyślałam o możliwości chwilowej głuchoty. Jednak w końcu pokiwał głową i zaproponował mi ramię. Do dziś trudno mi uwierzyć, że jakiś ślizgon ma maniery. Patrzyłam zszokowana na jego mokrą rękę i po chwili wahania ją przyjęłam.


Szliśmy przez przemoczone błonie, które chyba, tak jak my, były zadowolone z deszczu. Kilka razy potknęłam się o wystające korzenie, lecz w każdej chwili nowy znajomy mnie łapał.

- Czemu ty się nie potykasz?- spytałam z wyrzutem, gdy po raz kolejny musiał mnie przytrzymywać.

- Dobrze znam te tereny- po czym oczywiście... wzruszył ramionami!
 

Już więcej się nie odezwałam. 

Pamiętam, jak pomyślałam o tym, ile razy mógł tu przychodzić. Przecież u nas padało bardzo często... Wkrótce jednak kiedyś musi przestać i tak się również stało w tym przypadku. Na niebie nie ukazało się już słońce, bo chmury nie chciały się rozstąpić. Pamiętam, jak nad tym ubolewałam.

Nasze ubrania szybko owiał zimny wiatr, a mnie natychmiast przeszedł dreszcz. Już nie było tak miło. Jedyne, co mnie pocieszało, to towarzystwo. Ślizgon cierpliwie czekał aż wezmę swoje rzeczy, po czym skierowaliśmy się do zamku. Tak, jak ostatnim razem, nie zauważyłam, kiedy zniknął. Dziś kręcę z rozbawieniem głową, poruszając przy okazji moimi rudo-siwymi włosami, gdyż znam powód. Lecz wtedy się zawiodłam. 

Przez kolejne dni nie widywałam go. Dopiero pewnego wieczoru, gdy ponownie szukałam Hermiony, tym razem w bibliotece, zauważyłam czarnoskórego chłopaka. Pamiętam, jak serce podskoczyło mi do gardła i jak od razu się za to skarciłam. Później, możliwie najobojętniejszym głosem, spytałam, czy mogę się dosiąść. Wzruszył ramionami, ale mi to wystarczyło. Usiadłam obok niego i do wieczora siedzieliśmy w ciszy. W końcu nie chciałam się narzucać.

Później, gdy na dworze świeciło słońce, jeszcze kilka razy tam przychodziłam. Nie zawsze był. Już wtedy pomyślałam, że specjalnie nie przychodzi, a teraz mogę to tylko potwierdzić. Jednak czasami się pojawiał, a ja za każdym razem pytałam o to samo. Zawsze dostawałam tą samą odpowiedź, a raczej jej brak. Jednak nie zrażałam się. 

Parę razy rozmawialiśmy i było naprawdę miło, czasami nawet się uśmiechał. Jego uśmiech przypominał mi o naszym pierwszym spotkaniu. Nie myliłam się, mój znajomy był dobrym człowiekiem.

Któregoś razu mu to powiedziałam i jego uśmiech zniknął od razu. Od tamtej pory nie pojawiał się więcej, choć czekałam, a on o tym wiedział. Kolejny raz poczułam zawód, lecz do głowy przyszła mi pewna zbawienna myśl.

Pamiętam, jak wstawałam rano, ciesząc się jak głupia. Jednak zawsze mój uśmiech znikał, gdy tylko spoglądałam w okno. Słoneczne dni były dla mnie karą za te wszystkie przewinienia, których się dopuściłam. Jednak w Hogwarcie taka pogoda nigdy nie trwała długo.

W końcu, któregoś dnia, kolejny raz obudziłam się z nadzieją na deszcz i... tak, doczekałam się! Szybko wybiegłam na dwór, przy okazji nakładając płaszcz przeciwdeszczowy. Było jeszcze ciemno, lecz wiedziałam, że on tam będzie. Tym razem się nie zawiodłam.

Zauważyłam go niedaleko wierzby bijącej. Oczywiście nie był na tyle głupi, aby się tam pakować, ale i tak poczułam strach. Jednak nie zwalniał kroku, a drzewo przybliżało się w zastraszającym tempie...

Spanikowałam.

Zaczęłam biec tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegłam. Chyba mnie zauważył, bo przyśpieszył kroku. Trawa była mokra od nieprzerwanie padającego deszczu, jednak nie zważałam na to. Do dziś pamiętam to wyraźnie. Przed oczami miałam tylko jego sylwetkę, która oddalała się coraz szybciej. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę zbliża się do wierzby. Wkręca mnie? Nie. Już wtedy to wiedziałam. Jednak co sprawiło, że zdecydował się na taki krok?

- Stój! STÓJ! ZATRZYMAJ SIĘ, DO CHOLERY!

Moje krzyki nie działały. Tylko parę kroków dzieliło go od pierwszych gałęzi. Zdesperowana stanęłam.


- BLAISE!!!- wykrzyknęłam najgłośniej, jak umiałam.

Zatrzymał się jak rażony piorunem, po czym gwałtownie się obrócił. Patrzył prosto na mnie, a ja odwzajemniłam to spojrzenie. Już wiedziałam, że zdołałam go zatrzymać. Zaczęliśmy do siebie iść, najpierw powoli, a później coraz szybciej i szybciej, aż wpadłam w jego ramiona. Szlochając, oparłam czoło o jego tors. Po chwili wahania objął mnie, a gdy przywarłam do niego mocniej, już pewnie wzmocnił uścisk.

- Co ci strzeliło do tego pustego łba?- spytałam, nadal płacząc.

Nie odpowiedział, nawet nie wzruszył ramionami.


- Odpowiedz!- uderzyłam go pięścią w tors.

- Ginny, spokojnie. Już po wszystkim- jego ciepły oddech owiał mój policzek.

To dziwne. Nikt nie umiał mnie nigdy uspokoić, a on zdołał to zrobić zaledwie słowami.


- Bałam się o ciebie- szepnęłam, ale wiedziałam, że mnie usłyszy mimo deszczu. Chciałam, żeby coś odpowiedział, cokolwiek, jednak on uparcie milczał. - Powiesz mi, dlaczego chciałeś się zabić?

- Nie chciałem się zabić- usłyszałam jego głos, choć wiatr bardzo utrudniał odbiór.- Chciałem jedynie przestać cierpieć.

Zainteresowały mnie te słowa. Może uda mi się mu pomóc?- myślałam wtedy.


- Dlaczego cierpisz?

- Bo jestem zły.

- Nie jesteś zły!

- Nie znasz mnie.

- Poznałam cię wystarczająco.

- To wciąż za mało.

- Nie dla mnie.

- Ginny- westchnął- nie broń mnie, proszę, jeśli nie wiesz, o czym mówisz. Nic znasz mnie. Utrzymujemy znajomość zaledwie od kilku miesięcy. Spotkaliśmy się parę razy, a rozmawialiśmy niewiele więcej. Przyznaj się sama przed sobą, że nie znasz mnie w ogóle i nie wiesz, jaki jestem.

Jego argumenty były trudne do przebicia, jednak nie chciałam się z nim zgodzić:

- Dobrze, twoje argumenty są sensowne…

- To są fakty.

-... ale nadal ci nie wierzę. Nie możesz być zły.

- Skończmy ten temat, deszcz przestał padać, nic tu po nas.

Wiedziałam, że deszcz nie miał tu nic to rzeczy- już dawno przestał, jednak słowo "nas" wzbudziło we mnie taką euforię, że nie oponowałam.


Poszliśmy do szkoły, lecz czułam się inaczej niż zwykle. Próba samobójcza nie miała z tym nic wspólnego. Tego dnia pierwszy raz zwróciliśmy się do siebie po imieniu- to był powód. Powinno to być naturalne, jednak nigdy, nawet w myślach, tego nie robiłam. Do dziś zastanawiam się dlaczego. Nie wiem.

Także tamtego dnia pierwszy raz szlochałam na jego ramieniu, a on uspokajał mnie i przytulał. Potrzebowałam tego. Nie często się rozklejałam, uważałam to za słabość, tym bardziej jeśli rozpłakałam się przed osobnikiem przeciwnej płci. Wiem, to dziecinne, jednak do dziś tak mam. Takie przekonanie otrzymałam dzięki braciom.

Również tamtego dnia pierwszy raz powiedział mi, co myśli. Oczywiście ledwo zaczął odkrywać karty, lecz sam fakt, że rozwinął swoją wypowiedź, był oszałamiający.

Tego dnia pierwszy raz nie poczułam zawodu.
Tego dnia pierwszy raz wtulałam się w jego ramię.
Tego dnia pierwszy raz nie zniknął.
Tego dnia pierwszy raz odprowadził mnie do wieży.
Tego dnia pierwszy raz pocałowałam go w policzek na pożegnanie.
Tego dnia obiecałam sobie, że odkryję jego tajemnice, jedną po drugiej.


Wiem, że brzmi to jak jakiś fragment wycięty z typowego romansidła, jednak nie mogę tego zmienić. Dlaczego? Bo to oryginalne słowa, które zapisałam po tamtym spotkaniu w swoim pamiętniku. Właśnie tak się wtedy czułam. Byłam uskrzydlona i rozanielona przez dobre dwa tygodnie.

Co nie zmienia faktu, że ten fragment brzmi jak wycięty żywcem z taniego romansidła.

Jak już napisałam, humor dopisywał mi przez dobre dwa tygodnie. Być może trwałby dłużej, gdyby nie... deszcz. Oczywiście czekałam na kolejne spotkanie z niecierpliwością. Nie mogłam się doczekać, by ponownie go dotknąć. Do biblioteki już nie przychodził, więc nie widziałam go aż dwa tygodnie! Teraz się śmieję, lecz wtedy była to dla mnie istna udręka.

Gdy tylko usłyszałam stukanie kropel w okno, wybiegłam na dwór. Nie myślałam o okryciu, wystarczyło mi tylko wspomnienie ciepłej skóry Blaise'a. Jednak gdy wyszłam, nie zobaczyłam go. Czekałam, lecz rozpadało się na dobre, a mojego towarzysza nie było. Mimo wszystko zaczęłam się niepokoić. Co jeśli wpadł na kolejny "zbawienny" pomysł?- tak wtedy myślałam. Chciałam zabierać się od razu do skrzydła szpitalnego, lecz postanowiłam, w razie czego, zbadać cały teren. Było to trudne podczas takiej ulewy, jednak muszę zaznaczyć, że widziałam większe.

Urządziłam sobie spacer dookoła zamku. Przyznam, że z niepokoju nawet nie czułam deszczu, który spływał po mnie, bynajmniej nie tak jak po kaczce. Jednak w pewnej chwili wszystko zwaliło się na mnie jak grom z jasnego nieba.

Był tam.

Beze mnie.

Zobaczył mnie, jednak nie podszedł. Tego było dla mnie za wiele. Łzy popłynęły wąskim strumieniem, łącząc się z kroplami deszczu. Kolejny raz przez niego płakałam. Uciekłam, by po chwili usiąść przy jeziorze, tam, gdzie on kiedyś siedział. Dla kogoś to zdarzenie mogło nic nie znaczyć, jednak dla mnie...
Jego postawa dawała mi jasno do zrozumienia: "Nie chcę cię widzieć!". Nie mogłam zrozumieć jego postępowania. Zawsze byłam dla niego miła, starałam się do niego zbliżyć i gdy wreszcie mi się udało, on...

Odepchnął mnie!

Pamiętam, jak w tamtej chwili wściekłość zapaliła się w moim wnętrzu płomieniem tak wielkim, że ledwo nad sobą panowałam. Wpadałam w skrajności, jednak jednego byłam pewna- nie odejdę bez słowa wyjaśnienia. 

Szybko odwróciłam się w kierunku, z którego dopiero co przyszłam. Nie musiałam nawet długo iść, bo on stał nieopodal. Przypatrywał mi się i chyba zauważył zmianę, gdyż drgnął.

- Dobrze ci tak, ty łotrze- mruknęłam i ruszyłam w jego stronę energicznym krokiem.

Nie zwracałam uwagi na otoczenie, chociaż błonia i jezioro Hogwartu zapierały wtedy dech w piersiach. Zacisnęłam pięści oraz szczękę, coraz bardziej irytując się jego opanowaniem. Po głowie krążyło mi tysiące myśli i już wkrótce poczułam delikatne pulsowanie, które za jakiś czas miało zamienić się w nieznośny ból.

I wreszcie stanęłam. Tuż przed nim.

Ach, gdy teraz tak o tym myślę, pełna jestem współczucia dla Blaise'a. Najpierw zaczęłam wyzywać go od najgorszych, potem wymieniałam powody, dla jakich powinnam była od razu go trzasnąć, w trakcie jeszcze skupiłam się na jego nieczułym sercu, aż na koniec poruszyłam najważniejszą kwestię:

- I co ty sobie wyobrażasz?! Czekałam na ciebie, przyszłam w ten cholerny deszcz, tylko po to, by cię spotkać, a ty uciekasz jak jakiś tchórz?! Nie wstyd ci, podły szachraju?! Wystarczyło powiedzieć, że nie chcesz mnie widywać!!! Wiesz, jak ja się poczułam, gdy ciebie tu nie było?!!! Bałam się o ciebie, ty zadufany w sobie szczurze! Chcesz niby odkupienia, ale ja się pytam, PO CO?! Żebyś dalej mógł ranić innych?! Pomyślałeś choć trochę o mnie?! Nie dałeś mi nawet prawa wyboru!!!- mój głos po wielu krzykach nie zdradził mnie aż do ostatniego zdania. Przy nim załamał się, a moje oczy napełniły się łzami, choć miałam nadzieję, że w deszczu nie będzie tego widać.

Ślizgon stał przez chwilę w milczeniu, nieruchomy niczym posąg, zimny jak głaz, jednak to w jego oczach trwała walka. Ze zdumieniem stwierdziłam, że na tą część ciała nigdy nie zwróciłam uwagi. Wydawało mi się, że, patrząc w te brązowe tunele, widzę go w innym świetle. Ból i rozpacz, wywołane moimi słowami, były jasno widoczne.

Nic nie mogę poradzić, że w tamtej chwili emocje wzięły górę. Brnęłam dalej:

- No powiedz coś! Ty dupku! Zachowaj się jak mężczyzna!- ewidentnie chciałam go zirytować i ewidentnie mi się to nie udawało. Zbulwersowana, uderzyłam go, po czym odwróciłam się na pięcie. 

Odchodząc, wykrzyknęłam jeszcze:

- Dlaczego mi to robisz?!- po czym pognałam do zamku.

Zbyt dużo było we mnie goryczy, poczucia zdrady oraz niewygasłej wściekłości, by przemyśleć tę sytuację na spokojnie. Wiem, że zachowałam się jak rozkapryszone dziecko, nie trzeba mi tego mówić. Dopiero po kilku tygodniach ochłonęłam na tyle, by móc to analizować. Zobaczyłam, wtedy ile zła wyrządziłam, lecz byłam zbyt dumna, by przepraszać.

Od tamtego razu nie wychodziłam na deszcz, choć robiłam to niechętnie. Zwykłe przyzwyczajenie, ot co!- mówiłam, jednak w głębi duszy wiedziałam, że po prostu polubiłam wodę spływającą po moim ciele. I w końcu nie mogłam znieść tego uczucia suchoty! Gdy tylko usłyszałam pierwsze krople stukające w okno, wybiegłam na błonia.

W każdym razie tamtego wieczoru była pełnia, a miliony gwiazd świeciło na nieboskłonie. Fale jeziora delikatnie uderzały o brzeg, gdy wiatr zmuszał wody do ruchu. Istnie romantyczna atmosfera, tylko, że... zaczął padać deszcz! Prawdziwa nawałnica, mnie to jednak nie przeszkadzało, w przeciwieństwie do pewnej pary, która urządziła sobie piknik w połowie stycznia.

Ze swojego miejsca, przy rozłożystej wierzbie, słyszałam ich śmiech i widziałam, jak chowali wszystkie rzeczy do kosza. Nie chciałam, żeby mnie zauważyli, więc zostałam na swoim miejscu, kiedy oni ruszyli do zamku. Szli w moją stronę i po chwili wiatr przyniósł urywek ich rozmowy:

-... niemożliwością!

- Kochanie, przestań, wiem, ślub wcale...- tego fragmentu nie usłyszałam.

- Tak, wiem, ale boję się! Jeśli oni cię nie zaakceptują?

- Hermiono, kochanie, nie musisz wybierać. Zawsze będę obok ciebie.

- Wiem, Draco, wiem.

Po czym przywarli do siebie w namiętnym pocałunku. Przybliżyli się na tyle, bym mogła potwierdzić ich tożsamość. Dlaczego?!- chciałam wtedy krzyczeć. Malfoy i Hermiona?! Nie, nie, nie! Nie chciałam wierzyć.

Usiadłam i przywarłam do kory, a łzy kolejny raz pociekły mi po policzkach. Czemu wyszłam, pytam się, czemu?! Nie chciałam wiedzieć, nie chcę...- myślałam. Teraz, gdy jestem staruszką i widzę świat z innej strony, wiem, że dobrze się stało. Odnalazłam powód zniknięć mojej przyjaciółki, a poza tym wiele innych rzeczy także się wyjaśniło. 

Gdy tylko para minęła moją kryjówkę, poczułam oplatające mnie ramiona. Cieszyłam się, że jest ze mną, bo oczywiście wiedziałam, że to on. Nawet nie zwróciłam uwagi, że gdy ostatnim razem się widzieliśmy, trzasnęłam go w twarz.

- Jak długo to trwa? Nie, nie mów mi.

- Dlaczego? Nie cieszysz się, że twoja przyjaciółka jest szczęśliwa?

- Szczęśliwa?! Z Malfoy'em? Wiem, że to twój przyjaciel, jednak to ciągle Malfoy!

- Nie słyszałaś?

- Co?

- Chcą wziąć ślub.

- Słyszałam. Nie mogę do tego dopuścić! Na pewno to jakiś podstęp! Pewnie rzucił na nią jakieś zaklęcie albo podał jakiś eliksir lub na przykład zagroził, możliwe jest też porwanie...- żarliwie wyliczałam.

Jednak on dobrze mnie już znał. Nie umiałam ukrywać emocji i chociaż skupianie się na nienawiści do Malfoy'a pomagało, to nie mogłam zapomnieć tak łatwo o smutku. Czarnoskóry badawczo mi się przypatrywał, po czym niespodziewanie zgarnął mnie do swojej piersi.

- Wiesz, że jest szczęśliwa, prawda?

Tym jednym pytaniem przekreślił całe moje opanowanie. Natychmiast w oczach zebrały się łzy, a ciało zadrżało.

 
- Tak- szepnęłam.

- Więc dlaczego płaczesz?

- A mało jest powodów? Właśnie dowiedziałam się, że moja przyjaciółka ma narzeczonego, którego przede mną ukrywała. W dodatku chyba chciała wziąć ślub, nic mi o tym nie mówiąc. Do tego jej wybrankiem jest Malfoy, który na pewno ją skrzywdzi!

- Mam wrażenie, że coś jeszcze cię trapi.

- Chcesz wiedzieć co? Ty! Ty mnie trapisz! Oddalasz się ode mnie, ranisz mnie, kiedy ja chcę tylko dobrze!- w tamtej chwili nie mogłam już mówić przez szloch, który wydobywał się z mojego gardła. 

Odsunęłam się od niego i skuliłam, opierając się plecami o korę.

- Blaise... błagam cię... powiedz mi prawdę. Potrzebuję tego... Potrzebuję... Potrzebuję ciebie...

Spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam wahanie.

- Blaise, proszę- szepnęłam błagalnie.- Nie chcę cię stracić, a jeśli nic nie powiesz, tak się właśnie stanie. Nie zamykaj się przede mną, jesteśmy przyjaciółmi. Tylko ty mi teraz zostałeś- położyłam rękę na jego ramieniu i czekałam. Już nic nie mogłam zrobić.


Wahał się jeszcze, ale ostatecznie otworzył się przede mną.



- Szukam oczyszczenia, ponieważ jestem złym człowiekiem. Nie, nie przerywaj mi… A jestem zły, ponieważ… zabiłem- czekał na moją reakcję i choć jego twarz była nieprzenikniona, wiedziałam, że się boi.



- Kogo?- nic sensownego nie mogłam w tamtej chwili wymyślić.



- Swojego ojca.



- Dlaczego?



- Bił moją babkę, znęcał się nad nią, gwałcił. Choć była urodzona w czysto krwistej rodzinie, została wydziedziczona, więc jako tako stała się nikim.



- Była?- spytałam, chociaż wiedziałam, co zaraz usłyszę.



- Zabił ją, dlatego ja zabiłem jego- powiedział z nienawiścią.



- To wszystko?



Spojrzał na mnie ze zdziwieniem i zawołał:



- Wszystko? To chyba aż za dość!



- Blaise- przerwałam mu- zabiłeś, by pomścić swoją babkę. Nie mówię, że było to dobre, bo zabijanie do niczego nie prowadzi, jednak sama wiem, co to dla ciebie znaczy. Straciłam na wojnie brata, a stało się to przez Rookwooda. Myślisz, że sama nie chciałabym go zabić? Oczywiście, że chciałabym i nie powstrzymałoby mnie nic. Niestety, ktoś mnie uprzedził i uśmiercił tę gnidę. Gdyby żył, ścigałabym go, aż nie poznałby kary, jednak teraz…



Między nami zaległa cisza, dalsze słowa nie miały sensu. Każde pogrążyło się we własnych myślach.



Ach, te wspomnienia! Nasza przyjaźń odrodziła się, a nawet zaowocowała czymś więcej. Po trzech latach pobraliśmy się i stałam się panią Zabini. Mojemu mężowi powiłam trójkę dzieci: Rosalie, Lyrę i Javiera. Teraz jestem już babcią, a nawet prawie prababcią, gdyż Marisa, córka Lyry, spodziewa się chłopca. Przez całe moje dotychczasowe życie szłam z wysoko uniesioną głową i wojowniczą postawą, którą hamował mój mąż. Jednak nic nie trwa wiecznie…



Blaise zmarł cztery lata temu. Nie chorował na nic, jednak sędziwy wiek zadecydował, że przeszła już pora. W gruncie rzeczy nie smucę się, bo wiem, że ja też niedługo trafię tam, gdzie on. Jednak często brakuje mi mojego cudownego ślizgona, którego uraczyłam wcześniej uderzeniem niż pocałunkiem.



                                                                                                                                        Ginewra Zabini



^.^.^
Hej hej! :D Mam nadzieję, iż miniaturka się spodobała :D Długo nad nią siedziałam, jednak myślę, że było warto ;) 
Już teraz chce wam złożyć życzenia świąteczne: Więc Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! Niechaj się wam wiedzie ^^

wtorek, 11 listopada 2014

Zawsze po smutku miała tendencję do rozmyślań


„Dlaczego to takie trudne?”- kolejna tego typu myśl przemknęła jej przez głowę. Niekiedy, bardzo rzadko, użalała się nad swoimi wadami, problemami, błahymi sprawami, tylko dlatego że... Właśnie... Dlaczego? Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Dziś, jak co dzień, przyszła do pracy z wysoko podniesioną głową i uśmiechem na twarzy. Niestety... wychodząc jej mina tak bardzo wyrażała niechęć do całego świata, że znajomi, widząc ową młodą kobietę, tracili wątek lub stawali zszokowani. Oczywiście, zawsze mogła ukryć swoje uczucia, ale po co to komu? Hermiona Granger każdy dzień błogosławiła za swoje wybory oraz decyzje, błędy, które nauczyły ją życia, lecz miała takie chwile, że przeklinała całe swoje istnienie. Naprawdę. Co z tego, że była inteligentna, jeśli ludzie zauważali tylko to, że nie była ładna, od razu ją skreślając? "Czy Draco zwrócił na ciebie uwagę ze względu na inteligencję?"- szepnął jej znany głosik, a jej spojrzenie zmiękło.

- Nie, pokochał mnie, bo miał dość przypalonych tostów na śniadanie- zaśmiała się sama do siebie.

Zawsze do potoku myśli, dobrych czy złych, jakimś cudem dostawał się jej ukochany. Nikt nie potrafił pocieszyć Hermiony, jak Draco Malfoy. Po wojnie zaczął pracować jako Auror, razem z nią, chociaż nie na długo, bo oboje szybko znaleźli inną pracę.

Pierwszego dnia wszedł do pracy, a Hermiona właśnie suszyła włosy. Arystokrata nie wiele myśląc palnął „idealna”, a gdy się odwróciła nadal głupio się uśmiechał. Ludzie nie ufali mu do końca, bo kto by uwierzył, że Malfoy się kiedyś zmieni? Jednak wkrótce zaczęli się do niego przekonywać, widząc poprawę. Ona też pogodziła się z Arystokratą, a dwa lata później była szczęśliwą panią Malfoy. „Jak to w ogóle brzmi… Hermiona Malfoy… Niedorzecznie!” W myślach zawsze zostawała Granger, to się nie zmieniło.

„Czas skończyć tę paranoję”- pomyślała. Siedziała wówczas na dywanie i rzewnie zalewała się łzami. W późniejszym czasie sama nie mogła sobie przypomnieć, co doprowadziło ją do takiego stanu. Szybkim ruchem otarła łzy i podeszła do lustra. Spojrzała w nie bez przestrachu, wiedząc, co zobaczy. Na początku wychwyciła czerwony nos oraz oczy. Kasztanowe włosy przyklejały się do wilgotnych policzków, a malinowe usta wykrzywiały się w grymasie niezadowolenia, ukazując białe zęby. Po dziesięciu minutach jej stan można było określić jako znośny, gdyż oczy nadal miała podpuchnięte, a włosy bezwstydnie pokołtunione, co jednak nie było żadną nowością. Natomiast jej brązowe źrenice już czerpały blask z otoczenia, niczym baterie słoneczne. Każdy, kto miał zaszczyt w nie spojrzeć, wiedział także buchające z nich ciepło oraz radość.

Powoli wracała do siebie, fizycznie i duchowo. Postanowiła wyzbyć się trosk oraz problemów w sprawdzony sposób. Szybko wybrała odpowiedni strój, włosy zebrała w ciasny kok. Wychodząc z domu przypomniała sobie o różdżce. Zręcznie przebiegła przez wielkie mieszkanie, by znaleźć ją w kuchni. Szczęśliwym trafem, czyli dzięki Draconowi, przy różdżce stała butelka zmrożonej wody. „Na pewno zostawił ją, gdy wychodził do pracy”- pomyślała. Po chwili już zamykała drzwi, a potrzebne rzeczy spoczywały spokojnie w podręcznej torebce. Nic jej tak nie orzeźwiało jak nowojorskie powietrze. Z zachwytem wciągnęła do nozdrzy zapach wilgoci i rozejrzała się za taksówką. Złapała jedną, do której szybko wsiadła.

- Do Malfoytech'u proszę.

Kierowca ruszył do wskazanego miejsca, a Hermiona spojrzała na zegarek. „Hm... Jest za dwadzieścia piąta, więc zrobię tak: jakieś półtorej godziny poświęcę na rozmowę z Ginny i Luną, później pobiegam w Central Parku, jeszcze zdążę wziąć prysznic i aportuję się do Hogwartu!” Wszystko zaczęła planować mając warunek: nie spóźnić się do pracy. Teraz była bowiem urzędnikiem Ministerstwa Magii, a jako dyrektor od spraw bezpieczeństwa, musiała sprawdzić czy wiosenny bal w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, jest urządzany zgodnie z zasadami . A przy okazji… zabawi się ze swoim mężem, który naucza tam eliksirów!

Bardzo lubiła swoją nową pracę ze względu na wrażenia. Do niedawna była aurorem i marzyła o pomaganiu ludziom oraz o awansowaniu na wyższy stopień. Lecz, gdy miała taką okazję, odmówiła. Przyczyna była prosta. Przed czterema miesiącami porwano ją i przetrzymywano w „ekskluzywnym ośrodku Apolla”.

Dziewczyny podobne do niej wyglądem porywano i wykorzystywano. Apollowi oraz Atenie wychodziło to łatwo, gdyż rzucali imperiusa. Najpierw je ogłuszano, a później, gdy budziły się, wmawiano im, że umarły i znajdują się na Polach Elizejskich. Dziewczyny wierzyły, ponieważ całe otoczenie urządzono w greckim stylu, a wszyscy zachowywali się tak, jak w dawnych czasach. Porywaczom pomagał fakt, że byli czarodziejami. Gdy Hermiona trafiła do tego ośrodka, od razu planowała ucieczkę, ponieważ wiedziała, co się tam wyprawia. Jednak jedno opuszczała z żalem, czyli te młode mugolki. Niektóre miały dopiero czternaście lat. Zaczęła je uczyć, czuła się jak matka, która opiekuje się swoimi dziećmi. Od tamtej pory chciała, aby wszyscy byli bezpieczni, żeby nikt nie musiał się niczego obawiać. Tak znalazła się w Ministerstwie. Nie żałowała swojego wyboru, a wręcz przeciwnie.

Hermiona została wyrwana z rozmyślań przez brutalne hamowanie kierowcy. Rozejrzała się. Taksówkarz musiał zahamować, gdy światło nagle zmieniło się na czerwone. Byli niedaleko Malfoytech’u, dlatego po cichu wysłała patronusa z pytaniem, czy Ginny jest w gabinecie Lucjusza, gdzie spędzała większość czasu. Miała szczelnie zasłonięte okna, a otwór prowadzący do kierowcy zamknięty, więc nikt nie mógł tego zobaczyć. Niestety uzyskała odpowiedź przeczącą. Westchnęła, ale zaraz znowu odżyła. „To oznacza więcej czasu na bieganie!”- wykrzyknęła w myślach. Zwróciła się do kierowcy:

- Zmieniłam zdanie. Może mnie pan zawieść do Central Parku?

Kierowca w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiale o „zawracaniu głowy” oraz „dodatkowych kosztach”, ale posłusznie zawrócił.

Gdy wreszcie dojechali, Hermiona dała taksówkarzowi spory napiwek i ruszyła w stronę wschodniej części. Zaczęła szybkim marszem, przez trucht, aż po bieg. W trakcie rozpuściła włosy i rozkoszowała się wycieczką. Umiała biegać na długie dystanse oraz na krótkie równie szybko, nauczyła się tego w biurze aurorów. Uwielbiała uczucie wiatru muskającego jej skórę, myszkującego pośród włosów, szybującego dookoła ubrań. Czuła się wtedy jak dziecko, którym ciągle była! Uczucie radości eksplodowało w niej i przekształcało się w energię.

Na każdym etapie życia uczyła się dla poprawienia nastroju, nawet jako mała dziewczynka, a teraz znalazła nowy sposób. Tata zawsze się jej pytał, dlaczego to robi, a ona nie umiała odpowiedzieć. Teraz już znała odpowiedź. To była ucieczka od problemów, a przy okazji kodowała sobie wszystko w głowie.

 A bieganie to inna sprawa. To jest… sprawianie sobie przyjemności... uczucie wolności oraz niezależności, ekscytacji i podniecenia.

Któregoś razu biegając dookoła boiska treningowego, poślizgnęła się, po czym parę razy przekoziołkowała. Pościerała sobie kolano oraz dłonie, ale wstała z uczuciem bezgranicznej radości. Śmiała się z własnej głupoty, lecz cieszyła się z upadku, bo było to niesamowicie ekscytujące. W końcu fikołki w powietrzu to nie takie byle co! Owszem, bolało ją, ale nie zważała na cierpienie, dla Hermiony to była fascynująca przygoda. Gdy opowiedziała całą historię Draconowi, ten tylko się zaśmiał i powiedział: „To co, teraz będą ci to ciągle wypominać?”. Owszem, Harry, Ron i jeszcze paru kolegów nie zapomniało o tym szybko, ale nikt nie mógł nic poradzić. Uparła się i następnego dnia także biegała.

Nie wiedziała, dlaczego przypomniała sobie o tym akurat teraz, ale to był dziwny dzień i lepiej, żeby niczego nie zgłębiać. Zawsze po smutku miała tendencję do rozmyślań. Niestety, co za dużo, to niezdrowo. Wyłączyła się na chwilę, ale widząc piękny krajobraz przed sobą, aż się zatrzymała. Dysząc, usiadła na ławce i rozkoszowała się zachodzącym słońcem. Była typem obserwatorki, kochała dostrzegać szczegóły. W szkole, w wolnym czasie, zawsze przyglądała się wszystkiemu dookoła: krajobrazowi za oknem, uczniom czy profesorom. Żadna zmarszczka na czole, czy uniesione kąciki ust nie uchodziły jej uwadze. Obserwując zachowania innych, wiedziała, jak zachować się w razie zagrożenia. Od małego interesowało ją aktorstwo, a poza tym było pożyteczne. Zawsze fascynowało ją, gdy bliscy wcielali się w rolę. Widziała wtedy zupełnie innych ludzi, o innych charakterach, sposobie mówienia czy chodzenia. Ona sama dokładnie tak się czuła, gdy grała. Poprawka: gdy próbowała grać.

Nie była sobą. Motylki w brzuchu latały, a uśmiech mimowolnie wkraczał na jej usta. Ucząc się, mogła udawać, że zawsze jest pewna siebie, że życie szkolne dużo ją obchodzi... Jej ciało samo reagowało. Uśmiechała się promiennie, mimo że w duchu była rozdarta, smutna albo zła. Czasem nie miała nawet sił tego ukrywać i do jej uszu trafiały kłopotliwe pytania. W końcu, gdy była nabuzowana cały czas, to musiały być też chwilę spokoju czy smutku. Zwykle trafiały się w dormitorium, ale co, gdy pojawiały się w czasie lekcji? Przywołała na twarz promienny uśmiech, a dalej szło gładko. Oczywiście, przed niektórymi nie musiała udawać, lecz czasami było to konieczne. Tak uczyła się na własnych błędach.

Wspominając to, zawsze do głowy zakradał jej się obraz kochanej szkoły. Mimo wcześniejszych przemyśleń, zawsze pamiętała ten zamek, jako najlepsze co mogło ją spotkać. Zawsze miała tam wsparcie, jeśli nie uczniów to nauczycieli. Nie czuła się niedoceniana, ani niesprawiedliwie oceniana. Kochała ten budynek, atmosferę, ludzi. Jej przywiązanie nie zniknęło nawet po tylu latach.

Rozmyślania ponownie zostały przerwane, tym razem przez mężczyznę, który bez wątpienia wyglądał na profesora. Zza strzechy rozwichrzonych włosów wyglądały na nią maleńkie oczka, schowane za wielkimi okularami, a uśmiechając się, pokazywał aparat dentystyczny. Miał na sobie brązową marynarkę, żółtą koszulę oraz zielony krawat, a w ręku trzymał neseser.

- Tak słucham?- zaczęła.

- Czy pani Hermiona Granger?- odezwał się skrzekliwym głosem.

- Tak...

Ledwo skończyła, a profesorek zapiszczał niczym mała dziewczynka.

- Nie mogę uwierzyć, że panią spotykam! Jeju, jeju czarodzieju! Jestem pani największym fanem! Byłem na każdym pani wystąpieniu! Gratuluję pani, we wszystkie przemówienia wchodziły pani świetnie! Nie mogę się doczekać dzisiejszego balu! To będzie wspaniałe, znakomite... bajeczne! Tak, tak bajeczne! Mogę pani autograf?!- podsunął jej kartkę i pióro.

Podpisała się w lekkim szoku, a po chwili powstrzymywała się przed wybuchnięciem śmiechem. Oddała autograf oraz pióro, a następnie obserwowała odchodzącego mężczyznę. Usłyszała, jak mamrocze do siebie coś w rodzaju: „Ale jak obciąć te paznokcie u stóp? Na sucho czy na mokro? Oto jest pytanie!” Gdy upewniła się, że jest dość daleko, roześmiała się do zachodzącego słońca. „Zdecydowanie profesorek”- pomyślała. Chwilę zajęło jej uspokojenie się, lecz w końcu ponownie spojrzała na krajobraz. Chyba to najpiękniejszy, jaki w życiu widziała. Nagle coś jej się przypomniało. Nadal rozbawiona porównała zachód słońca z krajobrazem roztaczającym się z okna we wspólnym pokoju gryfonów. Bez porównania! Krajobraz jeden, słońce zero! Taak... z jej okna był najlepszy widok, który zapada w pamięć.

Zerwała się ponownie do biegu, aby nabrać sił "psychicznych" przed pracą. Mimo że zdecydowanie kochała swoje życie, nie zawsze było łatwo.

Gdy ostatnie promienie słońca zaszły za horyzontem, Hermiona aportowała się do domu. W końcu czekał ją bal ze swoim ukochanym mężem.

^.^.^
Hej! :D Troszkę dziwna ta miniaturka... Rozmyślania Hermiony. Jestem ciekawa, jak ją odbierzecie. Być może napiszę do tego drugą część, ale to nic pewnego. A zatem...
Do zobaczenia wkrótce! ;)
Pozdrawaim BellatriX ♥