wtorek, 14 października 2014

Można doznać ukojenia w ramionach nawet najgorszego człowieka



- Hermiono, zatańcz ze mną.


Gdy tylko usłyszałam jego głos, uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Bez ociągania podałam mu rękę i zaczęliśmy szybować. Muzyka nie całkiem do mnie docierała, lecz stwierdziłam, że tańczymy do jakiejś ballady. Mój partner prowadził bezbłędnie, był jednym z nielicznych, którzy nie deptali mi po palcach. Kompletnie stopiłam się w jego ramionach. Nawet nie wiem, kto zainicjował nasz pocałunek. Kiedy się zorientowałam, już całowaliśmy się namiętnie. Niestety musiałam to zakończyć.
Odepchnęłam się lekko od jego piersi i zamarłam. Przez chwilę wydawało mi się, że patrzę w czerwone oczy, tak bardzo znajome... Jednak po tym jak zamrugałam, przekonałam się, że to było tylko złudzenie.


- Co się stało?- ten głos, pełen smutku i odrzucenia, ranił moje serce.
 

- Nic, nic. Tylko... Nie zrozum mnie źle, ale... Myślę, że za daleko się posunęliśmy.


Spuściłam głowę, by nie patrzeć mu w oczy.
 

- Hermiono... jesteśmy razem pół roku. Pocałunek...
 

- Dobrze wiesz, jakie mam doświadczenia!- wybuchłam.
 

- Wiem i rozumiem. Jednak coraz częściej zastanawiam się nad sensem tego związku.
 

- Co?
 

- Nie pozwalasz mi się do siebie nawet zbliżyć!
 

- Bo nie mogę! Boję się tego, rozumiesz?!
 

- Rozumiem! Ale ciągle mam wrażenie, że bardziej podobał ci się pobyt u Voldemorta niż bycie ze mną!


Po chwili moja ręka roztrzaskała się na jego policzku. Tym jednym zdaniem przekreślił wszystko, co zbudowaliśmy do tej pory. Nie wiem, kiedy dokładnie pojawiły się łzy, jednak teraz ciekły ciurkiem po moich policzkach. Szybko uciekłam z balu i skryłam się w pobliskim ogrodzie. Mężczyzna, któremu zaufałam, był kolejną i na pewno nie ostatnią świnią, jaką spotkałam w życiu.


Usiadłam na ławce, po czym spojrzałam na księżyc. Niechciane wspomnienia przykryły go jak płachta.

Wydawało mi się, że niczego już nie czuję...


Byłam zabawką, rzeczą, przedmiotem.


Dawałam radę, bo musiałam- przyjaciele mnie potrzebowali. Sama nie wiem, jakim cudem śmierciożercy mnie złapali, jednak końcem końców wylądowałam w Malfoy Manor. Znowu.

Gdy tam trafiłam, myślałam, że umrę już pierwszego dnia- tak się nie stało. Umarłam drugiego. Chodzi mi oczywiście o śmierć kliniczną. Jednak odratowali mnie i dlatego jeszcze tutaj jestem. O tym, co zobaczyłam, nie powiedziałam nikomu i tak pozostanie. Jednak uzyskane informacje wstrząsnęły moim, już i tak pokręconym, życiem. Dzięki plotkom dowiedziałam się, że będę więźniem Czarnego Pana- dla innych jest to całkowicie logiczne: przyjaciółka Harry'ego Pottera, mugolaczka, najmądrzejsza czarownica ostatniego pokolenia, można dzięki niej wywabić Wybrańca z kryjówki, może się jeszcze przydać... Jednak na tamtym dworze to był zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Moja śmierć nie zdziwiła nikogo- każdy, kto nie był śmierciożercą, sługą lub gościem, musiał umrzeć. Mnie raczej nie zaliczali do żadnej z powyższych kategorii. Dlatego już miałam być wyrzucona Nagini, gdy wszedł Czarny Pan- podobno, nie wiem dokładnie, bo po prostu nie żyłam.

Wściekł się i rozkazał mnie odratować, choćby na sto sposobów, ale mam żyć. To było nie do pomyślenia, jednak spełnili jego rozkaz, jak zwykle trzęsąc portkami. Zostałam zabrana do jego komnat. Gdy tylko się o dowiedziałam, myślałam, że to już mój koniec, jednak się pomyliłam. Tortury były dość znośne, jak na tortury, a Voldemort nie okazał się kompletnym potworem. Starał się, abym mówiła- dużo i na każdy temat. Do pomocy dostawałam książki oraz wiele innych inspirujących rzeczy. Chciał mnie przekupić, wiedziałam o tym, jednak... nie mogłam mu się oprzeć.

Powoli przyzwyczajałam się do jego czerwonych oczu, braku nosa oraz łysej czaszki. Coraz częściej mówiłam z własnej woli, wręcz na to czekałam. Tortury stopniowo się zmniejszały, aż w końcu znikły. Odzwyczaiłam się od bólu. Coraz częściej uśmiechałam się w jego obecności. Mieszkałam w Malfoy Manor tak długo, że wkrótce zaczęłam go traktować jak dom. Powoli zapominałam, że trwa wojna. W komnatach Voldemorta zawsze było cicho i spokojnie. Jedyne, co przypominało mi o dawnym życiu to przyjaciele, a raczej tęsknota za nimi. Każdego dnia zastanawiałam się, co takiego mogą robić w tej chwili moi chłopcy. Jednak dawałam radę. Aż do pewnego wieczora.

Dzięki "Prorokowi" dowiedziałam się, że Neville nie żyje. Mój mały, niezdarny przyjaciel? Ten, który ciągle zapominał haseł? Ten, który kochał tańczyć? A może ten, który miał fioła na punkcie roślin? Wtedy coś we mnie pękło. Chciałam wrócić. Chciałam stawić im czoła! Chciałam ich wszystkich pozabijać! A przede wszystkim ten pusty, wężowy łeb! Jednak byłam bezsilna. Ja, Hermiona Granger, nie mogłam nic na to poradzić.


Voldemort nie był zbytnio zadowolony z moich rozmyślań. Tortury znowu się zaczęły i teraz naprawdę chciał wyciągnąć ze mnie informacje. Miałam wrażenie, że stracił cierpliwość. Nie byłam silna, lecz nie zdradziłam. Myślałam, że wreszcie mnie zabije, nie ważne, że byłoby to bez sensu. Po wszystkich torturach, a nawet gwałtach, chciałam tylko umrzeć. Wkrótce na zwykły dotyk reagowałam szlochem. Później jakimś cudem udało mi się uciec, do dziś nie wiem jak.

Odpoczywałam, a zanim się obejrzałam wojna się skończyła. Przez długi, długi czas nie mogłam uwierzyć, że jego już nie ma. Szczerze... dziwnie się czułam. Przyzwyczaiłam się do jego towarzystwa... Skrzywdził mnie na wszystkie sposoby, ale...

Nie! Nie! Nie!

Przez niego ledwo odnajdywałam się wśród ludzi. Minęło kilka lat, a ja zdecydowałam się na związek. Myślałam, że nareszcie znalazłam swoje miejsce w tym świecie. Czułam się rozumiana i bezpieczna.

I CO MI Z TEGO?!

Znowu się zawiodłam. Dlaczego jego tu nie ma?! Z nim życie było proste! Bolesne, ale proste!


Cicho odetchnęłam, gdy wiatr połaskotał moje nagie ramiona. Po chwili poczułam delikatny dotyk na swojej skórze, lecz nie odwracałam się. Jakaś myśl właśnie kiełkowała mi w głowie...
 

- Nie powinnaś stać tyle na dworze, przeziębisz się.
 

- Nic ci do tego.
 

- Wręcz przeciwnie.
 

Gwałtownie odwrócił mnie do siebie. Popatrzyłam w czerwone tęczówki i bez wahania przywarłam do jego ust. Nareszcie w domu.

***
 Hej, cześć, witajcie! :D  Ciągle ni mam klawiatury, przy czym kompa, ale piszę dla was na tej okropnej klawiaturze telefonu ( tak, muszę ciągle na nią narzekać :D)
Wiem, że pewnie będą pytania, więc udzielam odpowiedzi od razu. Nie musicie ich czytać, ale na pewno pomogą! ^^

Facet Hermiony jest nie istotny i teraz pewnie jest w jakimś lochu. Voldemort używa wielosoku, dopiero po jej wyjściu, wcześniej był do Imperius. Mimo wielu krzywd, po prostu się zakochała.
Mam nadzieję, że wam się podoba ;D