sobota, 28 lutego 2015

Listy cz.1



Koniec wojny.
O tym marzą wszyscy mieszkańcy Ziemi, niezależnie, o jakiej wojnie myślelą. Tak samo było w Anglii. Dlatego wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy starcie między Harrym Potterem a Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wypowiadać wreszcie dobiegło końca.

- Ukhm, ukhm...

Severus Snape niechętnie przerwał pisanie i przewróciwszy oczyma podszedł do Ministra Magii, który z uśmiechem przywiesił Order Merlina Pierwszej Klasy na jego piersi.


- Za ratowanie nam tyłków przez tyle lat, Snape- szepnął, po czym głośno wygłosił całą listę zasług Severusa Tobiasa Snape'a.

Wiele ludzi zaczęło klaskać, w zasadzie większość zgromadzonych. Niektóre kobiety ocierały łzy, inni odważni uśmiechali się do niego, jednak Severus nie zwracał na to uwagi.

Owszem, całe to zamieszanie z ujawnieniem jego szpiegostwa nie przypadło mu zbytnio do gustu, jednak pierwszy raz od wielu lat poczuł namiastkę szczęścia. Dostał to, o czym zawsze marzył.

Szacunek.

Widział go w ich oczach, postawie, sposobie, w jaki się uśmiechali. Jasne, to, co dostał, było zaledwie jedną czwartą tego, co powinien otrzymać, jednak jemu ta jedna czwarta w zupełności wystarczała.

Severus skłonił lekko głowę i odszedł na swoje miejsce, gdzie wziął do ręki pergamin. Nikt chyba nigdy nie podejrzewał, że ten wredny mężczyzna napisze książkę, jednak on tego się właśnie podjął. Chciał to zrobić przede wszystkim dla dyrektora, dla człowieka, który go przygarnął, a którego musiał zabić.

Albus Dumbledore był wielkim czarodziejem, którego trudno posądzać o jakiekolwiek zło. Mój przyjaciel popełniał błędy jak każdy, jednak zawsze chciał dobrze dla drugiego człowieka- napisał, lecz po chwili odłożył pióro i pochylił głowę, wspominając.

To była jego pierwsza motywacja. Chciał się odwdzięczyć za to, że Dumbledore przyjął go do siebie. Owszem, wielu mogło myśleć, że wysłanie do śmierciożerców, a później na pewną śmierć, było okrutne, jednak dla Severusa... Cieszył się, że mógł coś zrobić, by ochronić syna Lily, by umrzeć dla niej.

Tak, następną osobą, której chciał zadedykować swoją książkę, była ona. Miłość do Lily Potter nadal go nie opuszczała. Chciał z nią w końcu być, lecz przecież nie mógł się zabić, dlatego sytuacja we Wrzeszczącej Chacie była idealna.

Gdy Nagini go ugryzła, myślał, że nie zdąży oddać wspomnień Potterowi. Jednak szybko się okazało, że jad miał mu przynieść długą i bolesną śmierć. Gdy Potter przyszedł, ledwo co do niego docierało, aż stracił przytomność z bólu. Żył jeszcze przez długie godziny, cierpiąc i błagając, żeby kosiarz wreszcie do niego przyszedł. Chciał odejść do Lily i powoli mu się to udawało, gdy usłyszał głos:

- Severusie, nie umieraj. Lily żyje, jest cała, rozumiesz? Ty też musisz żyć, dla Lily. Żyj, bo ona nie umarła. Dla Lily, obudź się dla Lily... Żyj! Ona żyje i ty też musisz!

Łatwo w to uwierzył… Głos łudząco przypominał Lily i jej sposób mówienia, lecz gdy otworzył oczy zobaczył Granger.

Severus podniósł na chwilę głowę i rozejrzał się po sali. Nie było jej... i dobrze. Boi się go? Ma powód. Gdyby nie ona, byłby już z Lily...

^.^.^

Uroczystość niebawem dobiegła końca i Severus mógł powrócić do swoich komnat w Hogwarcie. Owszem, pozostał nauczycielem, bo pomimo tego, co mówił, lubił przekazywać wiedzę. Oczywiście nie mógł nie zauważyć, że w Hogwarcie zdarzał się ostatnio ciągły napływ półgłówków, ale on lubił wyławiać perełki i szlifować je za pomocą surowszego oceniania. Poza tym prawdziwą przyjemność sprawiało mu dawanie szlabanów i odejmowanie punktów gryfonom, chociaż innymi domami też nie pogardzał. W Hogwarcie miał swoje miejsce i rolę do odegrania, tu był jego dom oraz nieliczni przyjaciele bądź ludzie, których szanował.

Idąc bezszelestnie po korytarzach Hogwartu, Severus wspominał.

Tak, to tutaj Lily pierwszego dnia szkoły czekała na niego. A tam robił pierwsze interesy- wymieniał prace domowe na zaczarowane kuleczki na Lily. O, a tutaj James dostał pierwszy raz w twarz. A w tej wnęce zaczaił się pewnego dnia na Huncwotów, lecz zobaczył Lily i zemsta się nie udała. A tam dostał pierwsze punkty. A tam otrzymał pochwałę od dyrektora. A tam Syriusza rzuciła dziewczyna. A tutaj umówił się z Lily, by iść do Hogsmeade...

Hogwart był miejscem pełnym radosnych wspomnień. Bolesnych było zbyt dużo, by je wszystkie wyliczać. W każdym razie musiał przepisać swoje notatki. Nie chciał, żeby walały się gdzie popadnie- jego książka miała zostać opublikowana w wybranym przez niego czasie.

Właśnie doszedł do obrazu, który chronił jego komnaty.

- Witaj, Galahadzie. Czarne porzeczki.

Staruszek zawsze w milczeniu otwierał mu przejście, jednak dziś to się zmieniło.

- Severusie, dostałeś list.

- Kto go przyniósł?

Staruszek tylko pokręcił głową i otworzył przejście. Tuż przed Severusem na ziemi leżała zwykła koperta. Jako że Galahad dopuścił, by znalazła się w jego komnatach, mógł ją bezpiecznie odtworzyć. Szybko wziął papier w swoje palce, po czym poszedł w głąb pomieszczenia. Zdjął buty i powiesił na wieszaku płaszcz, nadal wpatrując się w kopertę.

Mógł przypuszczać po grubości, że w środku jest list. Od kogo? Nie wiedział, nie było podpisu. Od dawna nie dostawał listu wprost do komnat. Ten ktoś musiał wiedzieć, gdzie Severus mieszka, a poza tym nie mógł podpaść Galahadowi. To dziwne, ze starzec nie chciał zdradzić nadawcy… Snape coraz bardziej nie mógł się doczekać otworzenia koperty. Mimo tego, najpierw zaparzył sobie ziołową herbatę, rozpalił w kominku, usiadł w wygodnym fotelu i rozdarł papier. Smukłymi palcami wyjął złożoną kartkę, a na jej zewnętrznej stronie ujrzał podpis: „Hermiona”.

Po co ona do niego pisała? Mimo skwaszonej miny, zabrał się za czytanie.

Drogi Severusie!

(„Słucham? Jak ta smarkula… ona miała czelność?!”)

Wiem, że nie powinnam mówić profesorowi na "ty", jednak nie wyobrażam sobie, żebym w tym liście zwracała się do Ciebie inaczej. ( „Chyba sobie żartuje!”) Piszę do Ciebie i boję się, że mi nie uwierzysz...  

Jednak pamiętaj... Jeśli moje obawy się spełnią, nasza relacja pozostanie taka, jaka była przed tymi listami. Tak to nie będzie jeden list... zresztą wszystko ci wytłumaczę.
Severusie, wiem, że w zasadzie nigdy nie byliśmy blisko... ( przynajmniej ty tak uważasz).
(I CHYBA DOBRZE UWAŻAM!)  Nigdy nie rozmawialiśmy przyjaźnie, jednak wiesz, że jestem szczera... gruncie rzeczy. Piszę, by wyznać Ci prawdę skrywaną od osiemnastu lat.

Jesteś skłonny uwierzyć, że nie jestem kimś, za kogo się podaję? (Nie.)

Jesteś skłonny uwierzyć, że to już drugie ciało, które zamieszkuję? (Nie…)

 Już raz umarłam. Domyślasz się prawdy? (Nie!)

Nigdy nie było Hermiony Granger- to tylko imię które Jean Granger nadała memu ciału. Lecz nie duszy. Bo dusza już miała swoje imię:

Lily

Ale od początku.

Severus tkwił w swoim fotelu i wpatrywał się w jedno słowo jak analfabeta. Szybko zabrał się do dalszego czytania.

Ostatnim zdarzeniem, jakie pamiętam ze starego życia, jest Voldemort, który stoi w drzwiach i celuje we mnie z różdżki. Byłam boleśnie świadoma, że nie wyjdę z tego żywa. Pamiętam zielony błysk, który rozświetlił pokój i płacz Harry'ego, a później... zapanowała ciemność. Wtedy umarłam, lecz odrodziłam się w ciele Hermiony.
Napisałam Ci już, że nigdy jej nie było, chociaż umarłam, gdy „miała” już ponad rok. Z tego, czego się dowiedziałam, to ciało było w śpiączce, odkąd przeszło operację tchawicy jeszcze w łonie matki. Nigdy nie miało duszy, lecz moi rodzice o tym nie wiedzieli i zakazali wybudzać je ze śpiączki.
Utrzymywanie tego ciała przy życiu nie było trudne, jednak zasługujące na pochwałę. Kto chciałby oglądać swoje dziecko, które właściwie nie żyje? Które nie funkcjonuje? Które WE GE TU JE?


Tak było, dopóki nie umarłam i nie powróciłam.

Do dziś pamiętam, jak otworzyłam oczy i nie rozumiałam, co się dzieje. Byłam mała, nie umiałam mówić, nie umiałam pisać, nie umiałam posługiwać się łyżeczką... Nic. Jedyne, co mi zostało, to obserwowanie, zapamiętywanie i analizowanie.
Już po kilku tygodniach zorientowałam się, że jakimś cudem powróciłam na Ziemię i to w przeciągu godziny, może dwóch. Oczywiście, dla moich rodziców samo obudzenie było cudem, jednak gdy opanowałam mówienie, chodzenie i tym podobne umiejętności w tak szybkim czasie, jak rok od obudzenia, pomyśleli, że mam dar.
Jednak ja byłam wybitnym dzieckiem tylko dlatego, że już przez to wszystko przechodziłam. W zasadzie byłam niewiele młodsza od moich rodziców, lecz nigdy im tego nie zdradziłam. Czułam się, jakbym dostała drugą szansę... w świecie mugoli. Oczywiście, tak, jak w moim starym życiu, posiadałam magię, jednak uważałam, że to po prostu część Lily, która nie ma prawa bytu w Hermionie. Tak myślałam, dopóki nie zjawiła się profesor Mcgonagall.


Nawet nie wiesz, jaki to był dla mnie szok. Wreszcie znalazłam dowód, że moje stare życie nie było snem. Gdy wbiegłam do kuchni, by powiedzieć coś mamie, ona już tam była. Zachłysnęłam się wtedy ze strachu jak i z radości, trochę z ulgi i muszę przyznać, że ze śmiechu też. Jak ona zabawnie wyglądała w mugolskiej sukience!
Przez moment myślałam, a nawet miałam nadzieję, że mnie rozpozna, lecz nic takiego się nie stało.


I tak zaczyna się moja historia.

Niestety więcej Ci już nie powiem. Nie dziś. Napiszę do Ciebie wkrótce, nie niepokój się.

To nie tak, że robię Ci na złość. Chcę tylko, abyś wszystko na spokojnie przemyślał. Historia będzie naprawdę długa, w końcu chcę opisać Ci całe moje życie.

Twoja Lily

PS 1 Severusie, wiem, że, bez względu na to czy mi wierzysz, czy nie, będziesz mnie szukał. Nie próbuj, bo nie znajdziesz.

PS2 Wiem, że będziesz próbował, ale proszę nie przegap przeze mnie perygeum. Асхана vescatur rośnie tylko raz na 30 lat. Też będę jej szukać.

Po jego umyśle krążył tylko zlepek słów: nie, Lily, kłamstwo, Lily, niemożliwe, Lily…

Gwałtownie zerwał się z fotela i wybiegł z komnat. Nie daruje jej. Znajdzie ją i poćwiartuje. Szybko wybiegł na czyste powietrze i aportował się nie wiadomo dokąd. Nie widział tylko, że był obserwowany.

Tuż przy niedomkniętym przejściu nagle zadrżało powietrze. Okazało się, że ktoś tylko zdejmował pelerynę niewidkę. Właśnie wysunęła się z niej brązowa czupryna kobiety. Jej oczy zasnute były smutkiem i niezwykłą dorosłością, o jaką trudno w tych czasach.

- Przed nim jeszcze długa droga…

Rycerz na portrecie tylko kiwnął głową. 

***
Ta da! :D <3 Oto pierwsza część Snily. To zdecydowanie będzie dłuższe opowiadanie, ale nie martwcie się, miniaturek nie zabraknie :D 
Zauważyliście może coś nowego u mnie? Tak, otóż pojawiła się zakładka "Życzenia". Tam możecie skłądać swoje pomysły, zamówienia itp ;)

Do następnego ;3

Pozdrawiam, BellatriX ^.^

 

czwartek, 12 lutego 2015

Amor



- Nie będę się tłumaczył jak ktoś winny.

- Jak to?! Masz mi to NATYCHMIAST wytłumaczyć!

- Co złego w tym, że ją kocham?

- To, że ona jest moją dziewczyną!

- Ron, opanuj się i przejrzyj na oczy. Nie pasujecie do siebie.

- Za to wy do siebie pasujecie?! Już to widzę! Ty po prostu jesteś zazdrosny!

- Ty jesteś głupi czy nienormalny? Ja miałbym zazdrościć czegoś TOBIE?

- Fred, nie pogrywaj sobie ze mną!

- Powtarzam, nie muszę ci się tłumaczyć.

Najmłodszy z braci Weasley mocno trzasnął drzwiami, wychodząc ze sklepu. Właściciel nie za bardzo się tym przejął i wrócił do przerwanej czynności, czyli pisania listu do swojej damy serca.

Sklep był zamknięty, a za oknami już dawno zaszło słońce. Jednak jemu to nie przeszkadzało. Pod nieobecność George'a było troszkę nudno, ale nie miał serca odmawiać mu wycieczki poszukiwawczej chrapaka kornwalijskiego (skrzyżowanie dwóch gatunków), który w środowisku naturalnym praktycznie nie występował. Podobno. Przynajmniej tak mówiła Luna...

Po raz kolejny aż pokręcił głową nad wyborem bliźniaka. Moja wybranka przynajmniej jest mądra... i ładna... i miła... i szczera... i ma dużo więcej lepszych cech od panny Lovegood! No dobrze, może Hermiona nie jest jakąś pięknością, ale podoba mi się jej sylwetka i oczy i włosy i zęby i... cała mi się podoba.

To nastąpiło nagle.

Tuż po wyjeździe George'a przyszła do sklepu z Ginny. Miały wybrać jakiś prezent dla pana Grangera, bo miał mieć niedługo urodziny. Gdy tylko na nią spojrzał, wiedział. To musi być ona. To ona musi zostać jego żoną. Na początku wydawało mu się to trochę abstrakcyjne, jednak gdy tylko się do niej zbliżał, utwierdzał się w tej decyzji. Bo oczywiście zbliżał się do niej dość często. Wkrótce jednak się zorientowała i zaczęła się peszyć.

I już nie było tak zabawnie.

Teraz najwidoczniej musiała poskarżyć się Ronowi. To co, że byli razem? Przecież to ona i on, Fred, byli sobie przeznaczeni! Już on jej pokaże!

^.^.^

- Fred?!

Mężczyzna szybko zszedł z zaplecza i stanął przed czerwoną Hermioną.

- Witaj, cukiereczku, wołałaś mnie?

- Co to ma być?!- wcisnęła mu w ręce zwitek papieru.

Zerknął okiem, a na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.

- To moje wyznanie miłości do ciebie.

- Fred, ja mam chłopaka! I co więcej jestem z nim szczęśliwa!

- Ty po prostu nie wiesz, jak by było ci ze mną. Jesteśmy sobie przeznaczeni- powiedział z przekonaniem.

- Nie, wcale nie! Nie jesteśmy sobie przeznaczeni i nie będziemy razem ani teraz ani nigdy! Kocham Rona, nie ciebie!

- Rozumiem, że potrzebujesz czasu i zapewniam cię, że poczekam tyle, ile będzie trzeba.

Młoda kobieta westchnęła od nagromadzonej frustracji.

- To czekaj sobie całą wieczność!- powiedziała, po czym trzasnęła drzwiami, lecz do Freda już nie dotarł ten dźwięk.

W jego głowie ciągle tylko brzmiały słowa: " To czekaj sobie całą wieczność!". Czy mógł czekać tak długo? Czy jest w stanie?

- Tak, dla Hermiony zrobię wszystko- zapowiedział stanowczo.

Tylko, że miesiące mijały, a Hermiona nie zmieniała zdania. Owszem, przypominał jej o sobie, może nawet nazbyt często. Wysyłał jej kwiaty, misie, prezenty, zaproszenia na randki, ale ona była obojętna.

Fred często myślał, że może to nie ma sensu, może to nie jest przeznaczenie, może to nie jest właściwa osoba. Ale zaraz po tym coś kazało mu myśleć, że jest odwrotnie. To była chyba po prostu jego niegasnąca miłość.

Jednak pewnego dnia, gdy otwierał sklep, przed drzwiami czekała jego wybranka. Rozpromienił się na jej widok, lecz widząc minę swojej damy serca, zatrzymał się gwałtownie.

- Fred, posłuchaj, nie przyszłam tu dlatego, że zmieniłam zdanie, wręcz przeciwnie. Pewnie dowiedziałbyś się za parę dni, ale nie chciałam, byś trwał w nadziei. Bierzemy z Ronem ślub, jesteś oczywiście zaproszony- po czym po prostu wyszła.

Ślub? Hermiona wychodzi za mąż? Ale to ja miałem być panem młodym! Dlaczego ona nie rozumie, że my jesteśmy dla siebie stworzeni?! Przecież ona zmarnuje sobie życie!

Nie. Zaraz. Ona chce wzbudzić we mnie zazdrość! Dlatego wyszła tak wcześnie! A zamiast ślubu z Ronem, weźmie ślub ze mną! W wyraźnie poprawionym humorze, zaczął przyjmować pierwszych klientów.

^.^.^

Ten dzień zapowiadał się dość deszczowo, ale Fred był tak podekscytowany i radosny, że kompletnie nie zwrócił na to uwagi. Dlatego klienci mieli dobry powód, by przypuszczać, że jeden z bliźniaków ostatecznie oszalał, gdy zaczął biegać po sklepie i krzyczeć:

- Jaki dziś piękny dzień!

Oczywiście ubrał się odpowiednio, ułożył włosy i włożył eleganckie buty. Zamknął wcześniej sklep, biorąc przedtem parę drobiazgów na prezent dla Rona. Na pewno będzie zawiedziony, gdy odkryje, do kogo zmierza Hermiona.

Przyszedł dużo wcześniej, by pomóc w przygotowaniach i dowiedział się, że jego przyszła żona nie powiedziała nikomu o ich planach!

Na pewno nie chciała sprawiać zawodu Ronowi! Gdyby komuś powiedziała, na sto procent by się dowiedział i wpadł w szał.

Tak jak na weselu Billa zaprowadzał gości na miejsca razem z Georgem, Billem i Charlie'm, chociaż powinien się teraz przygotowywać. Tak jak to robili Ron i Harry.
Fred szybko zdał sobie z czegoś sprawę. Nie miał drużby!

- George!- szepnął gorączkowo.- Będziesz moim drużbą?

Brat tylko się do niego wyszczerzył i poszedł zaprowadzić jakąś staruszkę na miejsce. Jednak Fred przyjął to jako zgodę, po czym odetchnął z ulgą.

W końcu nadszedł ten ważny moment. Hermiona już czekała za drzwiami, a Ron przy ołtarzu. Jeszcze go nie oświeciła?- Fred zmarszczył brwi.

Szybko podszedł do swojej ukochanej i wyszeptał:

- Kiedy mu powiesz?

- Komu, co powiem?- z jej ust nie znikał uśmiech.

- Ronowi, że bierzesz ślub ze mną?

Szybko zwróciła na niego chłodne spojrzenie i wycedziła:

- Biorę ślub z Ronem, nie z tobą.

Mężczyzna machnął lekceważąco ręką.

- Spokojnie, ja wszystko już wiem.

- Co wiesz?- patrzyła na niego niezrozumiałym wzrokiem.

- Hermiono, myślałaś, że się nie domyślę? Że ten ślub z Ronem to tylko przykrywka do ślubu ze mną? 
 Kochanie, przeliczyłaś się.

- Fred! To nie jest żadna przykrywka. Ja naprawdę wezmę ślub z Ronem, czy tego chcesz czy nie!

- Jasne, jasne.

- Chcesz się przekonać? W takim razie czekaj na swoim miejscu, aż powiem tak- powiedziała słodkim głosem.

- Dobrze, zostawiam to w twoich rękach- mrugnął do niej i usiadł na swoim miejscu.

Nie wiem, co ona knuje, ale już mi się to podoba!

Fred z niecierpliwością czekał na moment, gdy trzeba powiedzieć "tak".

- Ronaldzie Billiusie Weasley, czy chcesz pojąć za żonę, tę oto tu obecną Hermionę Granger i...

- Tak- powiedział z uśmiechem, patrząc Hermionie w oczy.

- Czy ty Hermiono Jean Granger, chcesz...
 

- Tak!

Fredowi o mało co gałki nie wypadły z oczu. Powiedziała tak! I to bez chwili wahania! Och, nie... Ona na pewno pomyliła Rona z nim! Musi to szybko odkręcić!

Lecz było za późno...

Pocałunek zwieńczył ich małżeństwo, więc Fred wykorzystał jedyną deskę ratunku.

Podniósł się z miejsca i wykrzyknął:

- Liberum veto!

Przez salę przeszła fala niedowierzania. Nikt od WIEKÓW, nie użył Liberum veto, które miało unieważnić małżeństwo, jeśli dwie osoby się nie kochały. Ludzie czekali, lecz nic się nie stało.

Fred, nadal stojąc, pochylił się do George'a i spytał:

- Ej, bracie, już po wszystkim?

Rudzielec tylko wzruszył ramionami, tak jak wszyscy nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Nawet urzędnik, który udzielał ślubu, nie wiedział.

Ciszę przerwał krzyk kobiety:

- FREDZIE WEASLEY'U! JESTEŚ OBRZYDLIWYM, PODSTĘPNYM, NIENORMALNUM I WSTRĘTNYM DRANIEM!!!- Hermiona nie oszczędzała płuc.- Najpierw za mną chodziłeś, później wysyłałeś prezenty, chociaż wyraziłam się jasno!!! NIGDY Z TOBĄ NIE BĘDĘ! Chciałeś przerwać nasze małżeństwo, zanim się porządnie zaczęło, ale nie wziąłeś pod uwagę jednego szczegółu. MY NAPRAWDĘ SIĘ KOCHAMY, CZY TEGO CHCESZ CZY NIE!

W sali zapanowała cisza, wszyscy byli zszokowani.

- Ja chciałem tylko...

- Tak, wiem! Ale ja jestem szczęśliwa bez ciebie! Dlaczego tego nie rozumiesz?!

Już chciał odpowiedzieć, gdy z miejsca niespodziewanie podniósł się George. Był blady jak ściana i miał przerażony wzrok.

- Hermiono, Ron, Fred, chodźmy na chwilę do domu. Mamy sobie chyba coś do wyjaśnienia.

Kobieta chciała zaprotestować, lecz mąż pociągnął ją w stronę braci. Goście zamilkli na czas kłótni, lecz teraz wszyscy zaczęli szeptać, a nikt im tego nie zabraniał.

Gdy wszyscy zebrali się w kuchni, George zabrał głos.

- Posłuchajcie... To chyba moja wina- powiedział żałośnie.

- To ty go na mnie nasłałeś?!

- Tak jakby, ale nie celowo! Gdy wyjeżdżałem z Luną, martwiłem się, że będziesz samotny, więc stworzyłem taki eliksir na bazie amortencji. Dolałem ci go do herbaty, a ty wtedy zapadłeś w śpiączkę. Byłem przerażony, bo nie wiedziałem, czy tak ma być. To nie do końca sprawdzony produkt. W każdym razie, nie wiedziałem, co robić, więc dałem ci pana X i się obudziłeś.

- Co to pan X?- nieposkromiona ciekawość Hermiony dała o sobie znać.

- Eliksir, który leczy wszystko, co powstanie w wyniku spożycia eliksiru- Fred wyręczył brata.

- Obserwowałem cię przez parę tygodni, ale nic nie wskazywało na to, że eliksir miłości zadziałał. Dlatego zapomniałem o sprawie i z czystym sumieniem wyjechałem z Luną.

- Ale jak to miało działać?- dopytywał się Ron.

- Miało znaleźć mu partnerkę.

- Tak po prostu?

- Tak- George spojrzał na niego wrogo.

- Ale czemu to byłam właśnie ja?- pisnęła Hermiona.

- Nie wiem, naprawdę.

- Więc co teraz zrobimy?- spytał Ron.

- Popracuję nad antidotum. Fred? Dobrze się czujesz?

Trzy pary oczu wlepiły spojrzenia w wyżej wspomnianego. Na jego twarzy nie było cienia uśmiechu, wreszcie wyglądał poważnie i dorośle. Jego oczy wpatrywały się w nich tak przenikliwie, że wszyscy skurczyli się w sobie. Wreszcie się odezwał:

- George, nie będziesz robił żadnego antidotum. Nie chcę go.

- Ale Fred...!

- Cicho. Hermiono, wybacz, że tak ci się naprzykrzałem i wiedz, że nie będę się już do ciebie zbliżał, mimo że nie wezmę antidotum. Gdybyście czuli to, co ja...

- Czyli co, Fred?- spytała cicho Hermiona.

- Miłość. Nie, Hermiono, ja wiem, co myślicie. Jednak ja TO czuję i nie pozbędę się tego. Ty jesteś mi przeznaczona, choć wybrałaś Rona. Pamiętaj, że będę czekał- mówiąc to, wstał i skierował się do wyjścia.

- Fred, gdzie ty idziesz?- zdziwił się George.

- Wyjeżdżam bracie, wybacz, że cię zostawiam, ale… ja już nie jestem tym samym Fredem, co kiedyś.

- Fred… ty wydoroślałeś...- stwierdził wstrząśnięty brat.

- Tak- uśmiechnął się smutno.- Muszę Ci powiedzieć, że to jest tak złe, jak zawsze myśleliśmy- nie mając nic więcej do dodania, aportował się.

Fred wyjechał z Anglii i przeprowadził się do… Brazylii. Mimo „dorosłości”, nadal ciągnęło go do różnych wynalazków, więc postanowił, że znajdzie pracę.

Ubrał się w swoje najlepsze ubranie i wyruszył na miasto. Wiedział, czego chce, więc droga nie przeminęła mu na wątpliwościach i mógł podziwiać piękno Sao Paulo. Z lekkim uśmiechem wszedł do małej chatki z piernika i od razu skierował się na schody. Przeszedł cały korytarz aż na końcu znalazł drzwi z napisem „Biuro”.

Wygląd budynku ani trochę go nie dziwił. Firma „Patito hadas”, czyli po angielsku “Czarodziejskie kaczątko”, starała się urzeczywistnić baśnie. Oczywiście na zamówienie i za słoną sumkę. Fred wiedział, ze dobrze by się tu sprawdził. Znał większość czarodziejskich baśni, a w domu poduczył się z mugolskich.

Po kilkunastu minutach miał już pracę i robotę, która mogła odciągnąć jego myśli od Hermiony...

Jego pierwszym zleceniem było zrobienie małego kluczyka z baśni “Sinobrody”. W owej baśni kluczyk zabarwił się krwią, gdy żona otworzyła komnatę, której zakazał jej otwierać mąż. Fred miał zrobić kluczyk na tej zasadzie.

Zamówienie złożył jakiś Duński biznesmen, który podejrzewał żonę o podbieranie mu pieniędzy i chociaż robił wszystko, żeby złapać ją na gorącym uczynku, ona zawsze mu się wymykała.

Dla Freda zrobienie takich czarów nie było trudne i już po paru dniach dostał zapłatę oraz kolejne zlecenie.

Tak właśnie mijał mu czas.

Poświęcał się pracy, by nie myśleć o Hermionie. Cierpiał przy samym wspominaniu, więc odciął się od rodziny i znajomych, by chociaż na chwilę zapomnieć. Czasami jednak czuł tak przeraźliwy ból, jakby... nić, która ich łączyła, zaraz miała pęknąć. Ból był niemal rzeczywisty, że z czasem zaczął się zastanawiać, czy eliksir nie wywołał jakiejś choroby, dlatego poprosił George’a o próbkę Amora (jak nazwał eliksir miłości) i pana X.

Brat, z którym od kilku miesięcy nie otrzymywał kontaktu, z chęcią przysłał mu kolbę pana X i cały zapas Amora. Fred przynajmniej przypuszczał, że z chęcią, ponieważ nie przeczytał długiego listu, który bliźniak do niego napisał. Nie mógł się zmusić. Nie wyrzucił go, ale też nie przeczytał.

Zaczął badać i eliksir, i mix eliksirów, i siebie, i wszystko na raz, ale nic nie znalazł. Fiolki zachował razem z listem z postanowieniem, że zapomni.

Nie zapomniał.

Pracował, miał znajomych, starzał się.

Żył.

Bez niej.

Za każdym razem, gdy otwierał drzwi miał nadzieję, że to ona. Marzył o Hermionie.

Pukanie.. ekscytacja... otwieranie... i zawód.

Pukanie.. ekscytacja... otwieranie... i zawód.

Pukanie.. ekscytacja... otwieranie... i zawód.

Pukanie.. ekscytacja... otwieranie... i zawód.

Pukanie.. ekscytacja... otwieranie... i...

I tak ciągle.

Tracił nadzieję.

^.^.^

Usłyszał pukanie do drzwi. Tym razem nie czuł żadnej ekscytacji, bo wiedział, ze to Cassio. Miał wpaść po groszek z „ Królewny na ziarnku grochu”. Malutka kuleczka sprawiała, że kłamca spał tak długo, dopóki ktoś go nie obudził. Rudowłosy otworzył drzwi i… ujrzał tam zapłakaną Hermionę. Nie myślał, tylko wziął ją w ramiona i pocałował z taką tęsknotą i miłością, że nie można było mu zarzucić kłamstwa.

Jednak kobieta nie odwzajemniła pocałunku, a ona przypomniał sobie po chwili, że ma męża, który jest jego bratem. Szybko się odsunął i spojrzał nią skruszony.

-Wybacz, Hermiono. Co cię do mnie sprowadza?

Jednak ona nie odpowiedziała. Zarzuciła ręce na jego szyję i pocałowała go z pasją.

- Gdybyś czytał moje listy, wiedziałbyś, że nie musisz przepraszać. Rozstałam się z Ronem ponad rok temu i zrozumiałam, że w nim szukałam ciebie. Brakowało mi twojego śmiechu i żartów, twojej pomysłowości… Ciebie. Tęskniłam i to bardzo.

Tym razem już nie odpowiedział, tylko przycisnął ją do piersi. 

Wreszcie w domu.

^.^.^

Hermiona zamieszkała z Fredem, który już drugiego dnia pobytu kobiety pomagał jej szukać pracy. Zaproponował  Czarodziejskie Kaczątko, jednak ona odmówiła, bo wynalazki, jak to powiedziała, „to nie jej działka”. W końcu zdecydowała się na pobliską bibliotekę.

Rudowłosy mężczyzna znowu stał się dzieckiem, jakim zawsze był, powróciła też ochota na figle.
Fred wiedział, że kocha Hermionę Granger, ale zanim jej się oświadczył, kazał wziąć eliksir. Wierzył, że to on pokazuje drugą połówkę, dlatego uparł się, by jego wybranka go spróbowała.

- Co się stanie, jeśli uczucie do ciebie zniknie?! Kocham cię, rozumiesz?! Nie musisz mi niczego objaśniać!

- Hermiono, chcę, żebyś była szczęśliwa, nawet jeśli by to znaczyło innego mężczyznę!

To zdanie zamknęło jej usta- była wzruszona jego troską. Wypiła eliksir i zapadła w śpiączkę, więc Fred podał jej pana X.

W napięciu czekał, aż się obudzi, lecz gdy nadszedł ten moment, chciał to jeszcze odwlec.
Jej długie rzęsy muskały policzek, gdy próbowała otworzyć powieki, lecz w końcu zobaczył brązową tęczówkę. Kiedy ich oczy się odnalazły, źrenice kobiety rozszerzyły się nienaturalnie.

- Fred…

I już wiedział, że ona jest jego, a on jej.

- Hermiono Jean Granger, wyjdziesz za mnie?

- Fredzie Weasley’u, za ciebie zawsze.

Wreszcie należeli do siebie.

***
Już Wam to kiedyś mówiłam, nie lubię za bardzo fremione... Jednak, gdy pisałam tę historię, podobała mi się :D Może przekonam się też do innych paringów? xD

Pozdrawiam, Kochani ;*
BellatriX