środa, 8 kwietnia 2015

Berst



Marcowe słońce powoli przedzierało się przez zamarznięte szyby. W pokoju nie było słychać nic, poza kapaniem topniejących sopli.

Nikt nie domyśliłby się, że w tym pokoju powstała ta sławna blizna w kształcie błyskawicy. Nie było żadnych gruzów czy rozwalonych ścian. Kołyska już dawno została wyniesiona tak jak inne dziecinne rzeczy. Tylko położenie domu wskazywało na miejsce, w którym ktoś przeżył "Avadę Kedavrę".

Wojna się skończyła, a Harry Potter odbudował swoją posiadłość. W gruncie rzeczy dobrze mu się powodziło. Został aurorem razem ze swoim przyjacielem, Ronaldem Weasleyem. Nie załamał się i żył.

Po prostu.

Ignorował sławę oraz pieniądze. Nie ułożył sobie życia z Ginewrą, bo ta zapałała uczuciem do Seamus'a Finnigan'a. Jednak Potter życzył im szczęścia.

Właśnie teraz wyżej wspomniany mężczyzna budził się ze wspaniałego snu. Wreszcie powiedział ukochanej dziewczynie, co do niej czuje. A ona odwzajemniła jego uczucia!

Niestety do rzeczywistości przywołał go budzik. Jednak pan Potter nie wściekał się ani nie przeklinał, bo sen dodał mu sił. Zrobi to... w najbliższym czasie. Nie może dzisiaj tak po prostu wyskoczyć z propozycją kolacji, ale zrobi to... w ten weekend!

Mężczyzna z zadowoleniem zaczął się ubierać, by zdążyć do pracy, a w tym czasie Stworek robił mu śniadanie. Skrzat choć opornie zgodził się przenieść z Grimmloud Place do jego nowego domu, bo Harry'emu bardzo na tym zależało. Przez okres wojenny zdążył się przywiązać do skrzata.

Czarnowłosy szybko zjadł naszykowane śniadanie, podziękował, przepędził reporterów i udał się do pracy. Zapowiadał się dobry dzień.

^.^.^

- Harry, na dwunastej!

Mężczyzna w mgnieniu oka odwrócił się we wskazanym kierunku i strzelił czerwonym promieniem. Manekin roztrzaskał się na kawałki tak, że Ron musiał się uchylić, aby nie dostać rykoszetem. Chwila odpoczynku nie trwała długo, bo za sekundę pojawił się następny oddział, złożony z pustych lal.

Harry poczuł w swoich żyłach wielką dawkę adrenaliny. To był jego żywioł. Zaklęcie, skok, unik, bieg, obrót, zaklęcie... To nigdy mu się nie nudziło. Razem z Ronem tworzyli zgraną drużynę- Harry przedzierał się przez środek, a rudzielec ostrzeliwał boki. Dookoła nich latały różne promienie oraz resztki manekinów i to też była niejaka trudność, by je wszystkie ominąć... Lecz nagle wszystko ustało.

Po sali przebiegł niemiły dla ucha dźwięk, oznaczający koniec treningu. Mężczyźni popatrzyli na siebie zdziwieni- nie byli nawet w połowie ćwiczeń. Po chwili drzwi się otworzyły, a do sali wszedł znienawidzony przełożony- Amadeus Cortez.

W Harry'm wezbrała się fala nienawiści. Przerwał im trening i zaraz każe im zaczynać od początku. Cortez był wart swojego nazwiska.

Jednak na jego twarzy nie zauważył żadnego złośliwego uśmiechu czy wściekłości w oczach. Wyglądał na... rozmarzonego?

- Chłopcy, dziś wcześniej kończycie. Mamy kontrolę, a pani inspektor poprosiła was, abyście jej potowarzyszyli. Zachowujcie się- dopiero przy ostatnim zdaniu jego wzrok stwardniał. To nie była prośba.

Zaciekawieni młodzieńcy wyszli za swoim przełożonym, zastanawiając się, kim jest kobieta, która wywarła na Cortezie takie wrażenie. Szybko przebrali się ze swoich treningowych strojów, po czym wyszli na korytarz, by spotkać dyrektora zapatrzonego w...

- Poznajcie Hermionę Granger, inspektora do spraw bezpieczeństwa.

- Bardzo miło mi poznać tego sławnego Harry'ego Pottera! Och, a to pan Ron Weasley, nigdy nawet nie marzyłam, że mogłabym z panem porozmawiać!- Hermiona bardzo dobrze się bawiła.

Mężczyźni w porę powstrzymali śmiech, jednak przyjęli wyzwanie.

- Czy dobrze słyszałem? To pani jest tą sławną Hermioną Granger, najmądrzejszą czarownicą swojego pokolenia?

Dziewczyna była cała czerwona z powodu duszonego śmiechu, lecz zdobyła się na krótkie skinięcie głową.

Harry spojrzał na swojego przełożonego i ze złośliwym uśmieszkiem zaobserwował, że Cortez nie miał pojęcia o przydomku Hermiony i jest z tego faktu nadzwyczaj niezadowolony. Dyskretnie szturchnął Rona i wskazał głową skwaszonego dyrektora. Przyjaciel w net pojął, o co chodzi.

- A czy to nie pani na pierwszym roku w Hogwarcie rozwiązała zagadkę ułożoną przez profesora SNAPE'A, która chroniła kamień filozoficzny, w zaledwie kilkanaście minut?!

- Owszem, to jedno z moich osiągnięć.

- A ja słyszałem, że na drugim roku zrobiła pani eliksir wielosokowy! Czy to prawda?

- Nie mogę zaprzeczyć.

- Wydaje mi się, czy to pani na trzecim roku używała zmieniacza czasu, aby uczęszczać na wszystkie 
przedmioty...?

- Ja...

- Chłopcy, a skąd wy wiecie tyle o pani Granger?!- zapytał czerwony ze złości Cortez.

- Pannie Granger jeśli już. A jak można nie wiedzieć o tych osiągnięciach?! Przecież to jedna z najsławniejszych osobistości czarodziejskiej Anglii!- odezwał się oburzony Ron.

- Panno Granger, niech pani mi wybaczy. Dopiero niedawno przeniosłem się do Anglii, dotąd mieszkałem w Hiszpanii- uśmiechnął się do niej figlarnie.

- Oczywiście, panie Cortez, nie mam panu nic za złe. Przepraszam, ale muszę wykonywać swoją pracę. Dziękuję za miłą rozmowę. Panowie, moglibyście zaprowadzić mnie do biura aurorów?- spytała uprzejmie.

- Oczywiście- przytaknęli wspólnie, po czym, nie dając Hermionie czasu na pożegnanie, złapali ją pod ręce i wyprowadzili.

Dopiero za rogiem wybuchli gromkim śmiechem.

- Hermiono, co to miało być?!- spytał Ron, gdy już się naśmiali.

Ta wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a Harry'emu aż zrobiło się ciepło na sercu. Taką minę miała zawsze, gdy oznajmiała im, że zna rozwiązanie, ale wymaga to złamania przepisów.

- Ron, zepsuliśmy Hermionę.

Rudowłosy najwidoczniej zrozumiał, o co chodzi, bo wyszczerzył się w taki sam sposób. Po chwili czarnowłosy dołączył do "grupowego szczerzenia".

- To co tym razem zrobiłaś, Hermiono?- zapytał na pozór karcącym głosem Potter.

- Ja? Nic- przybrała minę niewiniątka. Chłopcy popatrzyli na nią wzrokiem mówiącym "Akurat! I tak ci nie wierzę".

- Ron, jakoś dawno nie sprawdzaliśmy, czy Hermiona ma sprawne mięśnie brzucha...

- Nie, nie! Litości! Nie zniosę już więcej śmiechu na dziś!

- Harry, teraz mi się przypomniało, że nigdy nie sprawdzaliśmy jej stóp...

- Stóp?- spytała podejrzliwie.

- Oczywiście! Ty tylko ciągle gdzieś chodzisz, a do tego stopy są potrzebne!

- Dokładnie, Ron. Hermiono, musimy sprawdzić sprawność twoich stóp...

- Dobrze, poddaję się! Tak naprawdę to nie wysłali mnie na kontrolę. I właściwie nie pracuję już w Ministerstwie. A poza tym zdobyłam inną pracę. Właściwie powinnam w niej teraz być- wzruszyła ramionami.

- To co ty tutaj robisz?- zapytał zdziwiony Harry.

- Miałam ochotę na lody czekoladowe, lecz nie chciałam iść sama- powiedziała z miną niewiniątka.

Cała trójka wybuchła śmiechem.

- Skoro i tak Cortez nas zwolnił, to czemu nie?

- Ja nie mogę, obiecałem mamie, że od razu po pracy wrócę. Głupi zegar- mruknął z niezadowoleniem rudowłosy, po czym zniknął.

- Chyba zostaliśmy sami- powiedział, oferując dziewczynie ramię, która się do niego uśmiechnęła.
Harry poczuł na rękach gęsią skórkę, gdy go dotknęła i musiał się bardzo opanować, by... by co? By nie przytulić się do tych cudownych włosów? By nie skraść pocałunku jej słodkim usteczkom? By delikatnie nie musnąć jej uszka?

Mógł wymieniać w nieskończoność. Tak, to właśnie Hermiona Granger mu się podobała. Ba! On był w niej po uszy zakochany!

Gdy pocieszał ją po stracie Rona, coś się w nim poruszyło. On nigdy by jej nie zranił. On by o nią dbał. Zresztą zawsze się rozumieli, a parę kłótni o niczym nie świadczy.

Doszli właśnie do kawiarni położonej niedaleko Ministerstwa. Różowe ściany oraz dobrane kolory dodatków zachęcały do wejścia. Parkiet wyłożono czarną gumą, która skrzypiała na każdym kroku, jednak można było na niej skakać jak na trampolinie.

Usiedli przy stoliku numer 12 w kącie sali. Przez całą drogę rozmawiali i teraz też buzie im się nie zamykały. Harry przez cały czas wpatrywał się w oczy dziewczyny, które pod wpływem emocji zmieniały odcień.
Po chwili do stolika podszedł kelner. Taca o mało co mu nie wypadła, gdy zobaczył, kim są jego kolejni klienci.

- Dzień dobry, co podać?- jego głos lekko drżał.

- Ja poproszę lody czekoladowe.

- Dwie porcje lodów czekoladowych.

Kelner szybko zapisał zamówienie w notesie, jednak zamiast odejść, nadal stał na miejscu.

Harry i Hermiona wymienili rozbawione spojrzenia. Już wiedzieli, co teraz nastąpi: trzy... dwa... jeden...

- Czy mógłbym autograf?

- Jasne...- odrzekł Harry, lecz kelner ich zaskoczył.

- Od pani Granger- uśmiechnął się przepraszająco.

Hermiona parsknęła śmiechem, lecz wzięła pióro.

- Dla kogo?

- Dla Mindy. To moja narzeczona. Studiuje metano-alerotykę na Uniwersytecie Kaspijskim i pani ostatni wykład zwalił ją z nóg. Nie może się o pani nagadać, stała się pani jej inspiracją.

Gryfonka tylko lekko się uśmiechnęła i zaczęła pisać:

Droga Mindy,
Podziwiam Cię- kierunek, jaki wybrałaś, jest bardzo skomplikowany i potrzeba dużej wiedzy, inteligencji i uporu, by po pierwszych zajęciach nie zwiać. Jednocześnie po tych studiach dołączysz do naszego społeczeństwa i jako jedna z nielicznych będziesz zdawała sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Pamiętasz stwierdzenie Oberzżałowicza? Tak, jesteś bohaterką! Wierzę w Ciebie, Mindy. Życzę powodzenia w małżeństwie.


Hermiona Granger


Gdy kelner zobaczył dzieło kobiety, mało co nie wypuścił ponownie tacy. Raczej nie zrozumiał z tego dużo, jednak i tak był przeszczęśliwy.

- Hermiono, widzę, że nie tylko ja mam fanów.

Gryfonka zarumieniła się i wyszeptała:

- To jednorazowa sytuacja. Dopiero zaczęłam tam pracę i jeszcze nie poznali, jaka jestem okropna. Ty tu jesteś Wybrańcem.

- Poczekaj, bo poczuję się zazdrosny. Ty naprawdę jesteś okropna! Tak mnie zignorować!

- Nie masz o co. Fanki już ci nie wystarczają? Chcesz zagarnąć jeszcze moje?- w zamierzeniu miało to być żartobliwe, jednak pod koniec jej głos nabrał ostrej nuty.

- Hej, spokojnie- Harry złapał ją za rękę.- Żartowałem tylko. Nie pragnę sławy i fanów, a ty na nich jak najbardziej zasługujesz. Nie znam nikogo innego, który byłby równie odważny, niewinny, mądry i taki... ciepły- z każdym słowem przybliżał do niej głowę, aż prawie stykali się nosami.

Kobieta nieśmiało spojrzała na ich złączone dłonie i delikatnie zacisnęła swoją. Harry przyciągnął jej rękę do ust i pocałował, nadal spoglądając na twarz kobiety. Hermiona podniosła wzrok i odszukała jego oczy, a po chwili jej spojrzenie przesunęło się na jego usta.

- Hermiono...

Jak zwykle ktoś musiał przerwać ten romantyczny moment, a tym kimś był kelner. Przyniósł lody i spytał, czy czegoś jeszcze im brakuje, a gdy usłyszał odpowiedź przeczącą, odszedł, nawet nie zdając sobie sprawy, co zrobił.

Twarz panny Granger była czerwona jak u pomidora, gdy jadła lody. Natomiast mężczyzna dziabał je wściekle łyżeczką, jakby to one zawiniły.

- Harry?

- Tak?- odezwał się szybko.

- To, co się stało, nie powinno mieć miejsca- nadal nie patrzyła mu w oczy.

- Dlaczego, Hermiono?

- Jesteśmy przyjaciółmi...

- Ale ja nie chcę być dla ciebie tylko przyjacielem.

- To nie ma sensu- zadrżała.

- Oczywiście, że ma. Czuję do ciebie coś więcej...

- Harry, Ginny nadal cię kocha.

- Ale ja jej nie, jesteś tylko ty.

- Nie, Harry...

- Hermiono. Popatrz na mnie i powiedz dlaczego nie mogę pocałować kobiety, której kocham?- zapytał natarczywie.

- Harry, teraz mnie kochasz, ale za miesiąc pokochasz inną- westchnęła.

- Wcale tak nie będzie. Nie pokochałem cię dziś ani wczoraj, tylko sześć miesięcy temu, jeśli nie wcześniej!

- Harry...

- Hermiono, nie będę na ciebie naciskał. Przykro mi, że musiałaś dowiedzieć się o moich uczuciach w ten sposób. Nie tak to planowałem. Gdybym mógł, zaprosiłbym cię na kolację do Jardins sous la Pluie, gdzie w wazonie stałyby twoje ulubione jaskry, a orkiestra grałaby Michaela Jacksona. Po skończonej kolacji zabrałbym cię do Biblioteki Trésor des rêves i dopiero tam powiedziałbym, że kocham ciebie i tylko ciebie, a po tym pocałowałbym cię delikatnie prosto w twoje słodkie usta, przy czym przelałbym w ten pocałunek wszystkie moje uczucia tak, żebyś nie miała nawet wątpliwości, co do moich uczuć. Wybacz mi... teraz już wiesz i możesz z tą wiedzą zrobić, co tylko zapragniesz.

Zamilkł i spojrzał na damę swojego serca. Miała spuszczoną głowę, a na policzkach czerwone plamy. Usta zacisnęła w wąską linię, natomiast spojrzeniem wywiercała dziurę w podłodze. Jedynie jej ręce nie były nieruchome- szarpały brzeg sukienki z dość dużą siłą, czasami przerywając, by zacisnąć się w pięści.

Raczej nie chciała mu nic powiedzieć, więc Harry wstał. Chciał się jakoś pożegnać, ale nie wiedział jak, więc odszedł bez słowa. W połowie drogi usłyszał jej cichy głos:

- Harry, ale będziemy się nadal przyjaźnić, prawda?

- Jeśli tego właśnie chcesz- powiedział, nie odwracając się, po czym wyszedł.

W jeden beznadziejny dzień zepsuł całe miesiące planowania. Jednym gestem przekreślił całą nadzieję. Jedyne, co mu pozostało, to marzenia. Nadal będą przyjaciółmi- będzie mógł z nią rozmawiać, żartować, dotykać, patrzeć na nią...

^.^.^

Sny o Hermionie w następnym tygodniu tylko wezbrały na sile. Potter jednak nie mógł spać, wiedząc, że to tylko złudne marzenia. Hermiona go nie chciała.

Chodził do pracy, spotykał się z Ronem, udzielał czasem wywiadów, chodził na kufel piwa... jego życie toczyło się swoim zwykłym rytmem.

Więc dlaczego czuł się pusty? Tam w środku?

Ron w końcu zauważył, że coś nie tak z jego przyjacielem. Tak go zamęczał pytaniami, że Potter w końcu się przyznał i opowiedział całą sytuację. Jak się okazało Ron już dawno nie czuł nic do przyjaciółki. Poradził mu, żeby próbował do skutku, lecz czarnowłosy tylko pokręcił głową.

- Nie, Ron... spytała, czy będziemy nadal przyjaciółmi, rozumiesz? Ona nie chce mnie... w tym sensie.

- Jak kochasz, to poczekasz. Może ona chce cię sprawdzić?

- Może...- Harry zdobył się na drobny uśmiech.- Chodź, bo Cortez nas ukatrupi.

Jego przypuszczenia nie okazały się słuszne. Przełożony nawet nie zauważył, że się spóźnili.

- Pochorował się, czy co?- mruknął Ron.

Czarnowłosy tylko wzruszył ramionami. Nie miał głowy do rozmyślania o Cortezie. Właściwie do niczego nie miał głowy, potrzebował zajęcia i to od zaraz. Nagle doznał olśnienia.

- Ron, nie wiesz, czy Charlie nie potrzebuje pomocnika?

Rudzielec otworzył oczy ze zdziwienia i na chwilę zaniemówił.

- Nie... A dlaczego pytasz?- odchrząknął i to był sygnał dla Pottera, że kłamie.

- Czyli jednak potrzebuje. Powiedz mu, że jestem chętny.

- Ale co ty opowiadasz?! Chcesz pracować ze smokami?! A co z pracą aurora?

- Wezmę urlop. To tylko na trochę... aż sytuacja się uspokoi.

- To przez nią? Przez Hermionę?- zdenerwował się Ron.- Stary, dziewczyny są i przemijają i nie ma się co nad tym dłużej zastanawiać!

- Nie rozumiesz...

- Nie, nie rozumiem, dlaczego przez nią chcesz porzucić swoje dotychczasowe życie!

- Nie przez nią. Po prostu nie umiem uszanować jej decyzji. Dlatego muszę wyjechać.

- Nadal nie rozumiem! I nie broń jej! To wszystko to JEJ wina!

- Po prostu jeszcze nie spotkałeś tej jedynej...

I tak Harry Potter wyjechał do Rumunii, zostawił przyjaciół, dom oraz pracę. Tęsknił, jednak tylko wtedy gdy już prawie zasypiał, bo smoki nie pozwalały mu na zbyteczne rozmyślania. Lubił swoją nową pracę, która dostarczała dużo więcej adrenaliny i spalała jeszcze więcej energii. Nie miał czasu na myślenie o Anglii, jednak kiedy już zdarzało mu się wspominać, zawsze wspominał Hermionę.

Niewysoki wzrost, z którego tak wiele razy się naigrywali. Zaokrąglona sylwetka, gdzie zgromadziło się kilka kilogramów od siedzenia w bibliotece. Lśniąca, zdrowa skóra, której aż chciało się dotknąć. Brązowe, splątane włosy sterczące dookoła okrągłej twarzy. Duże czoło, na którym pojawiały się zmarszczki, gdy tylko coś przeskrobali. Czekoladowe oczy z tym poważnym błyskiem, które wpatrywały się w głąb jego duszy. Drobny nosek, marszczony przy każdej okazji. Rozchylające się wargi, próbujące ukryć uśmiech. Uszy, schowane często za zasłoną włosów. Długie, smukłe palce chwytające książkę w ostatniej chwili.

Tak, o Hermionie na pewno nie zapomniał, lecz ona o nim raczej tak. Nigdy nie dostawał od niej listów, a od Rona dowiedział się, że z nim też zerwała kontakt.

Tak minął... nie, nie tydzień ani nie miesiąc... tak minął cały rok.

Harry nie widział już sensu w powrocie do Anglii. Do aurorów i Corteza nie chciał wracać. Hermiona nie jest nim zainteresowana. Nie ma tam w zasadzie nikogo prócz przyjaciół. Ale tutaj też znalazł przyjaciół, więc jaki jest sens w powrocie?

- Ej, stary, obudź się.

Harry od razu zerwał się z łóżka i ścisnął mocniej różdżkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu zagrożenia, a gdy takiego nie znalazł, spojrzał na osobę, która go obudziła.

- Ach, to ty, Charlie...- rzucił się brzuchem na łóżko.

- Spakowany?

- Dokąd?

- Jak to: "dokąd"? Do Nory!

- Po co? Chce mi się spać.

- Harry, jaki mamy dzisiaj dzień?

- Nie wiem... coś w okolicy lutego.

- Dwudziesty marca, Harry. Wiesz co to za data?

- Za cholerę- nawet nie otworzył oczu.

- Wielkanoc! Na gacie Merlina, Wielkanoc! Nie mów mi, że zapomniałeś!

- Wyleciało mi z głowy- Potter nadal mruczał do poduszki.

- Jak można zapomnieć o Wielkanocy?!

- Charlie, nie drzyj się tak. Miałem całe dwanaście godzin z Lindą, nie pieję z zachwytu- przekręcił się na plecy.

- Zaraz. Jak to z Lindą?- rudowłosy gwałtownie do niego przypadł.

- No z Lindą.

- Harry, co ty robiłeś u Lindy, na gacie Merlina?!

- Przydzielono mnie tam, sam bym przecież nie poszedł.

- Kto cię tam przydzielił?! Nie miał prawa!- Weasley gwałtownie się podniósł, więc Potter otworzył oczy.

- Spokojnie, chłopie, przecież żyję. Daj na wstrzymanie...

- Harry, ty nic nie rozumiesz! Jakim smokiem jest Linda?

- Rogogon Węgierski, taki jak na Turnieju...

- Nie, Harry! Nie taki JAK na Turnieju, tylko ten Z Turnieju! To jest dokładnie ten san smok Harry!

Potter podniósł się na łokciach i wpatrzył się w niego z niedowierzaniem.

- Jak to to jest ten smok? Ja... nie wiedziałem!

- Harry, teraz NIE MOŻESZ się do niego zbliżać. Samice są bardzo pamiętliwe i trzymają urazę. Linda zna twój zapach i pamięta, co zrobiłeś z jej jajem. Będziesz jej celem. Kto cię do niej skierował?

- Brazel i paru innych...

- Brazel... mogłem się spodziewać. Dobra, stary, zrobimy tak: ty wyśpisz się za wszystkie czasy,  ja wszystko pozałatwiam, a rano lecimy do Nory. Zgoda?

- Zgoda. Dzięki, Charlie, jesteś dla mnie jak brat- z trudem koncentrował się, by wypowiedzieć tych kilka słów.

- Ty dla mnie też. Śpij- rudowłosy mężczyzna zamknął za sobą drzwi, a Potter posłusznie zapadł w sen.

^.^.^

- Harry, kochaneczku! Nareszcie jesteś! Znowu schudłeś! Och! I te blizny! A cienie pod oczami? Harry, kochanie, przecież ty się przepracowujesz!

Mężczyzna uśmiechnął się nieco speszony. Szczerze, to był kompletnie podminowany i tylko czekał na dogodny moment, żeby zwiać.

Charlie, widząc jego minę, pośpieszył z pomocą.

- Mamo, ja też tu jestem!

I zaczęła się druga (bardzo podobna), tyrada, podczas której Harry bez kłopotu mógł wymknąć się do Rona i reszty rodziny.

Oczywiście tu też nie obyło się bez narzekań na jego pracę, jednak wkrótce rozmowa skierowała się na inne tory. Pan Weasley demonstrował, jak działa długopis, bliźniacy naigrywali się z Percy'ego, a Bill opowiadał o swojej córeczce i jej wizycie w szpitalu. Harry, jako że najstarszy z rudych braci siedział na przeciwko niego, słuchał o ostrej biegunce, spuchniętej wątrobie i innych dolegliwościach Victorie.

- Na szczęście okazało się to niegroźne jak w przypadku Herm... Henryka- Bill wyraźnie się zaczerwienił.

- Hermiony?!- Harry aż wstał z wrażenia.

- Nie, nie Hermiony, Henryka, tego mojego znajomego ogrodnika...- mężczyzna starał się być opanowany.

- Bill, wyraźnie powiedziałeś "Herm...", urwałeś i zacząłeś coś paplać o Henryku! Wiem, co słyszałem!- teraz przy stole było wyjątkowo cicho.

- Nie, Harry, wiesz, jak to jest, gdy myślisz jedno, a mówisz drugie.

Czarnowłosy uważnie otaksował starszego mężczyznę. Na pewno Bill nauczył się kłamać od goblinów, jednak Harry też coś wyniósł ze swojej pracy. Umiał obserwować. Rudzielec był spokojny i mówił zwykłym tonem, a jego skóra miała normalny odcień. Siedział rozluźniony, z ręką na kubku, jakby nic się nie działo.

Tak, William nauczył się czegoś przez te lata, jednak nie doszedł do perfekcji.

Weasley ciągle patrzył mu w oczy, jakby chciał go siłą przekonać do swoich racji, drgało mu prawe ucho, a do tego co kilka sekund drapał się po policzku.

Harry powoli pochylił się tak, że miał oczy na wysokości jego twarzy i szepnął:

- Kłamiesz- uśmiechnął się szyderczo- i jeśli zaraz nie powiesz mi, o co chodzi, to nie ręczę za siebie.

Przez cały czas wpatrywał mu się prosto w oczy, a dla efektu na koniec ścisnął w rękach pieczywo, które przełamało się na pół.

Bill wyraźnie się przestraszył i rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy. Natychmiast do akcji wkroczyła pani Weasley.

- Harry, dziecko, siadaj! Nie dajmy się zwariować... Bill się tylko przejęzyczył...

- Nie przejęzyczył się i pani dobrze o tym wie. Tak jak wszyscy oprócz mnie, Rona i Charliego. Nawet Ginny wie- przyszpilił dziewczynę zimnym spojrzeniem, lecz ona tylko spuściła głowę.

Roześmiał się gorzko i pokręcił głową.

- Jak miło mieć przyjaciół...

To zdanie przelało czarę goryczy.

- Rodzice mi zabronili!- rudowłosa gwałtownie wstała.- Przecież to nie moja wina! Chcesz wiedzieć?! Hermiona trafiła do szpitala dwa miesiące po twoim wyjeździe! Załamała się, bo się od niej odwróciliście!

- Chciałem jej tylko dać czas!- przerwał jej, lecz ona nie zwracała na to uwagi.

- W końcu się czymś otruła i w ostatniej chwili ją znaleźliśmy! I to przez was! Przez ciebie! Ledwo ją uratowali i dotąd jeszcze wraca do siebie!- dziewczyna głośno dysząc, popatrzyła na niego chwilę, po czym wybiegła z pomieszczenia.

- Chyba ją zdenerwowałeś, stary- powiedzieli jednocześnie bliźniacy.

Potter stał niewzruszony i tylko wodził spojrzeniami po twarzach obecnych.

- Gdzie ona jest?

- Harry...- tym razem pan domu zabrał głos.

- GDZIE. ONA. JEST- wycedził.

- U rodziców. W Australii- nieoczekiwanie pomocy udzieliła mu Fleur.

- Ja... ja znam adres Harry- wyjąkał oszołomiony Ron.

Czarnowłosy kiwnął na niego, po czym ruszył do wyjścia, gdzie na chwilę przystanął i odwrócił się do zebranych, przez chwilę taksując ich zimnym spojrzeniem.

- Przyjaciele- prychnął i wyszedł z Nory.

Nikt ich nie zatrzymywał, choć pani Weasley wyraźnie miała taki zamiar. Charlie odczekał aż najmłodsi mężczyźni się deportują i na podobieństwo Harry'ego przyjrzał się swojej rodzinie, po czym skwitował:

- Kretyni.

- Ej, bracie! Może trochę szacunku?!- Percy był mocno zirytowany.

- Dla kogo?- młodszy brat prychnął.- Po co wy to ukrywaliście? Gdyby nie wy, nie byłoby tej afery.

- Tak, mądralo? To ciekawe, co mieliśmy zrobić?!

- Dziewczyna próbuje się zabić przez ignorowanie przyjaciół. Ratują ją i żyje. A co wy robicie? Dalej ich separujecie. Tak, Hermionie na pewno to pomogło- upił łyk kawy.

Cała rodzina popatrzyła na siebie w zdumieniu. Chyba żadne z nich nie pomyślało w ten sposób.

- Uczony się znalazł! I na pewno znasz też wytłumaczenie całej tej reakcji Pottera od "lodowatych" spojrzeń po groźby?!- Bill naprawdę chciał dopiec bratu.

Charlie tylko uśmiechnął się półgębkiem, upił nieśpiesznie łyk kawy i spojrzał wyzywająco na brata.

- Znam. Chcesz posłuchać?

- Charlie, nie baw się z nami!- ojciec w końcu się zdenerwował.

- Dobrze, dobrze, już wyjaśniam- uniósł pojednawczo ręce.- Bill wyobraź sobie, że kochasz Fleur- usłyszał prychnięcie- ale jeszcze nie wyjawiłeś jej swoich uczuć. W końcu stało się to przypadkiem i w nie najlepszych okolicznościach. Ona jest niezdecydowana, a ty to szanujesz. W końcu jednak nie wytrzymujesz i wyjeżdżasz. Nie widzisz Fleur przez rok, ona do ciebie nie pisze, więc ty nie piszesz do niej. W końcu to ona zerwała z tobą kontakt po tym, jak ty dałeś jej czas na przemyślenie sytuacji. Przyjeżdżasz na święta do rodziny i nagle okazuje się, że Fleur była poważnie ranna z jako tako twojej winy, a rodzina to przed tobą ukrywała. Co byś zrobił?- Charlie z zadowoleniem skończył i oparł się wygodnie na krześle.

- Ale my...

- Co byś zrobił?!- naciskał.

- Pewnie to, co Harry- Bill westchnął.

- No właśnie- Charlie ponownie uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Masz ci babo placek!- skwitowali dotąd niewzruszeni bliźniacy.

Tymczasem Harry i Ron dochodzili do siebie po podróży międzykontynentalnej, czyli leżeli na trawniku i nie mieli siły się podnieść.

- Dobra, Ron, idę tam- czarnowłosy w końcu zdecydował się podnieść.

- A ja tu zostanę- jęknął rudzielec.- Dom numer trzynaście.

Potter przytaknął i ruszył w dół ulicą. Po chwili znalazł się przed małym domkiem z niebieskim dachem. Niczym szczególnym się nie wyróżniał, jednak tabliczka z numerem trzynaście sprawiała, że zakochał się w tym budyneczku.

Harry stanął przed drzwiami i przez krótką chwilę tylko na nie patrzył. Krótką, ponieważ trzy sekundy później dostał nimi w nos.

Odrzuciło go o krok tak, że prawie spadł z małych schodów. Po uderzeniu odruchowo zamknął oczy i złapał się za nos. Jednak uprzytomnił sobie, że przecież drzwi nie otworzyły się same...

Stała tam. H E R M I O N A. Jego Hermiona! Rzucił się do przodu, złapał ją w objęcia i przytulił do swojej piersi. Sam zadowolił się schowaniem twarzy w jej włosach.

Już nie pachniały lawendą, teraz zapach zmienił się na rumiankowy. W ogóle się zmieniła. Straciła parę kilo, jej skóra zmatowiała, a włosy straciły połysk.

- Hermiono, już nigdy mi nie uciekaj... Proszę, zostań ze mną... Teraz będę się starał, naprawdę! Będę najlepszym przyjacielem, jakiego widział świat, tylko mnie nie opuszczaj. Nie wytrzymam bez ciebie dłużej.

Teraz bowiem zrozumiał. Gdy ją zobaczył i dotknął, wszystkie uczucia do niego wróciły i wiedział, że już nigdy nie chce żyć bez niej.

Odsunął się troszeczkę, by widzieć jej oczy. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem i radością z tego, że tu jest, oraz strachem przed tym, że zaraz może ją opuścić.

- Przecież to ty mnie zostawiłeś- wyszeptała.

- I już nigdy tego nie zrobię! Myślałem, że... Chciałem ci dać czas na przemyślenie tego wszystkiego. Poza tym nie mogłem znieść myśli, że będziesz tylko moją przyjaciółką. Ja nadal cię kocham, Hermiono...- gdy zobaczył, że otwiera usta, pokręcił głową.- Spokojnie, będę się pilnować! Będziemy tylko przyjaciółmi, tak jak chcesz. Tylko nie odchodź... Nie po tym, jak cię znalazłem...

- Harry... tylko o to chodzi, że ja już nie chcę- pokręciła głową.

Mężczyzna patrzył się na Hermionę przez kilka chwil, niedowierzając jej słowom.

- Błagam cię... Hermiono, bądźmy znajomymi, kolegami, kimkolwiek! Nawet wrogami, tylko bądź blisko mnie...!- gdy znowu pokręciła głową, zamilkł.

- Problem w tym, że nie chcę być ani twoją przyjaciółką ani znajomą ani koleżanką, o wrogu nie wspomnę. Bo tak się składa, że... że ja też cię kocham, Harry- wyszeptała i zarzuciła mu ręce na ramiona.

Tymi słowami ponownie wprawiła go w osłupienie, jednak tym razem już po kilku sekundach oprzytomniał i delikatnie ją pocałował. Poczuł, jak Hermiona nie tylko mu pozwala, ale także odpowiada. To był krótki pocałunek, lecz przepełniony prawdziwą miłością. Kobieta z uśmiechem się do niego przytuliła.

- Zmieniłeś się... po wojnie nie bałeś się mówić o swoich uczuciach i to było dla mnie wielkie zaskoczenie. Stałeś się pewny siebie... ale teraz zmieniłeś się jeszcze bardziej. Zmężniałeś, nabawiłeś się blizn... Nauczyłeś się odczytywać emocje innych... Dlatego na początku cię nie poznałam...

- Hermiono... czy szepczesz, dlatego że... przez ten wypadek?- jego głos był niepewny.

- Nie wypadek, Harry, nazywajmy rzeczy po imieniu- próba samobójcza. Tak... biorę eliksiry, mój organizm się odbudowuje, ale powoli. Na początku nie mogłam w ogóle mówić, a teraz mogę chociaż szeptać.

- Przepraszam cię, to wszystko moja wina- nadal nie wypuszczał jej z objęć.- Powinienem przyjść wcześniej, zainteresować się tobą...

- Nie obwiniaj się. Byłam w depresji. Nie mogłam dojść do siebie w pełni. Na pozór chodziłam wesoła, udzielałam wykładów, spotykałam się z wami, lecz za wszystko obwiniałam siebie. Jakim prawem ja mam żyć, skoro oni nie żyją? Jak wtedy wyjawiłeś mi swoje uczucia, ja... nie zawracałam sobie nimi głowy, myślałam tylko o tym, że mnie opuścisz, że zostanę sama... Gdy wyjechałeś, znowu zaczęłam się obwiniać. Nie, Harry, ja nie myślałam racjonalnie. Dopiero po leczeniu zrozumiałam, że chciałeś dobrze... Harry, słyszysz to?

Oczywiście, że słyszał, jednak nie chciał jej wcześniej przerywać. Na ulicy było jakieś zamieszanie, pies szczekał, a ktoś krzyczał. Lecz dopiero, gdy Hermiona zamilkła, Harry uprzytomnił sobie, że to krzyk Rona.

- Ron!

- To Ron też tutaj jest? Och nie... przecież to szczekanie Bersta...!

- Hermiono, zostań tutaj!

Mężczyzna zostawił brązowowłosą i pobiegł ratować przyjaciela. Już z daleka widział postać leżącą na trawie, nad którą stał wielki czarny pies i kłapał szczękami.

Gdy tylko zobaczył Harry'ego, zawarczał groźnie i ustawił się do skoku.

- Drętwota!- Ron wykorzystał okazję i ryknął na całe gardło.

Na szczęście zaklęcie podziałało, może nawet za dobrze, bo psa odrzuciło na drugi koniec trawnika. Czarnowłosy natomiast dobiegł do przyjaciela, który nadal leżał na trawie i ciężko dyszał.

- Ron, nic ci nie jest?

Rudzielec był cały w ślinie Bersta, lecz Harry nie zauważył krwi.

- Gdzie... ty... BYŁEŚ?!- wysapał.- Wołałem cię chyba przez dobre piętnaście minut, zanim raczyłeś się zjawić!

- Wybacz, ja... my... my rozmawialiśmy- zaczerwienił się i pomógł wstać przyjacielowi.

- Rozmawialiście... tak, jasne... Hermiono!

Oczywiście, że go nie posłuchała! Ale przynajmniej nie wkraczała do akcji. Nie wybiegła jak wariat, tylko na spokojnie założyła kurtkę, czapkę i szalik, po czym spacerkiem przyszła do przyjaciół. Dopiero gdy wystarczająco się do nich zbliżyła, odezwała się.

- Witaj Ron- wyszeptała z uśmiechem.

Już chciała go objąć, gdy zobaczyła ślinę i zrezygnowała z tego pomysłu.

- Zapraszam do mnie. Harry, proszę, tylko odczaruj psa, bo właścicielka Bersta mi tego nie daruje. A ty Ron, chodź, dam ci jakieś ubrania taty.

I tak trójka przyjaciół znowu się do siebie zbliżyła. Harry przeniósł się do Australii razem z Charliem, który stwierdził, że Rumunia i tak mu się znudziła, choć wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że po prostu nie chciał tracić kumpla, z którym tworzył dobry zespół. Ron natomiast wrócił do Anglii, lecz przyrzekł, że będzie pisał. Jednak Harry wymusił na tych dwóch Weasley'ach jeszcze jedną obietnicę.

- To bardzo ważne. Chcę troszeczkę dopiec waszej rodzinie, dlatego obiecajcie mi, że nie dowiedzą się, co się ze mną stało. Dobrze?

- Ile to ma trwać Harry? Wiesz, że mama prędzej czy później, przyjedzie z wizytą...

- Dlatego nie chcę, żeby wiedziała, że w ogóle się przeniosłem.

- Ale ile chcesz to ukrywać? W końcu mnie przycisną- stwierdził praktycznie Ron.

- Kilka miesięcy... zresztą sami zobaczycie. Mam plan.

^.^.^

- Och, Charlie, nareszcie jesteś! Strzepnij śnieg z butów, dopiero tu sprzątałam! A... Harry z tobą nie 
przyszedł?- spytała ze smutkiem.

- Nie.

Pani Wealsey nie zadawała więcej pytań, lecz od tamtego momentu jej entuzjazm znacząco przygasł.
W pokoju powitały go kolejne narzekania i pytania o Harry'ego. Czyli Ron nie pisnął ani słówka.

- Nie wiem, co się z nim dzieje.

- Jak to: "nie wiesz"? Przecież pracuje z tobą w Rumunii- Bill miał chyba największe wyrzuty sumienia z całej rodziny.

- Harry'ego nie ma już w Rumunii.

- Jak to?!- pan Weasley aż podskoczył na drugim końcu stołu.

- No, nie ma go. Spakował walizki, aportował się i tyle.

- I nie zatrzymałeś go?!- nagle odezwał się Percy.

- Nie.

- Gdzie on się może podziewać? Ach... gdybyśmy wcześniej mu powiedzieli... Kochaneczek, nie odpisuje na moje sowy i nie otwiera drzwi. Teraz wszystko jasne- jego tam po prostu nie ma!

Charlie z trudem powstrzymywał śmiech, gdy odpowiadał na te wszystkie pytania. Widział, że Ron też kiepsko się trzyma, dlatego skierował rozmowę na inne tory.

A raczej próbował, ponieważ przerwał mu znajomy stukot.

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo z Ronem, po czym zagryźli wargi, żeby tylko teraz się nie zdradzić.
Pani Weasley otworzyła okno i odwiązała list od wyciągniętej nóżki. Szybko rozerwała kopertę, po czym przeleciała szybko jego treść. Po chwili z szeroko otwartymi oczami odczytała list na głos.

Hermiona Granger i Harry Potter 
mają przyjemność zaprosić rodzinę Weasley'ów
 na uroczystość zawarcia związku małżeńskiego w dniu jutrzejszym. 
Zapraszamy do Australii na godzinę piętnastą.

Cała rodzina, oprócz Rona i Charlie'go wpatrywała się w panią domu, jakby urosła jej druga głowa. Natomiast pozostali Weasley'owie kurczowo trzymali się swoich krzeseł, żeby się nie roześmiać.

- Ale... jak to jutro?- wyszeptała pani Weasley.

- Myśleliśmy o czwartku, ale przecież święta to taki przyjemny czas- niespodziewany głos rozbrzmiał w pokoju.

Po chwili tuż koło pani Weasley pojawił się Harry Potter i Hermiona Granger we własnej osobie.

- Mamy nadzieję, że nie wzięliście nam za złe, że wpadliśmy tak bez uprzedzenia?

Hermiona uśmiechała się od ucha do ucha, a jej głos nie był już taki cichy jak kilka miesięcy temu, jednak dla obecnych nie miało to znaczenia. Wszyscy z otwartymi ustami, rozszerzonymi źrenicami i z niedowierzaniem w oczach wpatrywali się w przybyłą parę.

Tego bracia Weasley już nie wytrzymali- Charlie i Ron w tej samej chwili ryknęli tak głośnym śmiechem, że reszta rodziny prawie pospadała z krzeseł. Weasley'owie byli tak zdezorientowani i patrzyli się na nich tak niezrozumiałym wzrokiem, że napad tylko się wzmógł. Mężczyźni złapali się pod boki i starali się pohamować, lecz tylko jedno spojrzenie wystarczało, by śmiech rozbrzmiewał na nowo. W końcu wyszło na to, że pospadali z krzeseł i tłukli pięściami o podłogę.

- Czy ktoś wyjaśni mi, co tu się właśnie stało?!- zawołała pani Weasley, lecz odpowiedział jej tylko śmiech.

- To była taka nasza mała zemsta. Tamtego dnia pogodziliśmy się z Hermioną i przenieśliśmy się z Charliem do Australii...

- Charlie, ty gnido!- Bill cały spąsowiał, lecz odpowiedziała mu tylko nowa fala śmiechu.

- Nadal pracowali ze smokami, ale od tamtej chwili ja i Harry byliśmy parą, a miesiąc temu mi się oświadczył. Oczywiście ślub planujemy dopiero na wiosnę- Hermiona przytuliła się do ramienia narzeczonego.

- Teleportowaliśmy się razem z Charlie'm. To on nas wprowadził, gdy schowaliśmy się pod peleryną niewidką.

- Ładne to rzeczy się tutaj dzieją! Mój własny syn!

- Oj, mamo, gdybyś ty widziała tylko swoją minę- Charlie ponownie zachichotał.

- Rozumiem, że Ron też był uprzedzony?- spytała ponuro Ginny.

- Chyba nie po to dałem się tak obślinić, żeby mnie to ominęło?

I zaczął opowiadać historię o psie i piętnastu strasznych minutach drżenia o własne życie. Hermiona tylko uśmiechnęła pobłażliwie i wyszeptała:

- Pamiętaj tylko o tym prezencie. Wkrótce udusi się w tym pudełku!

Harry tylko się uśmiechnął i już po chwili mogli usłyszeć całą serię wrzasków Rona Weasley'a, gdy potomek Bersta wydostał się z pudełka.

- To najpiękniejszy prezent świata, dziękuję- wyszeptała narzeczona.

- A już myślałem, że nic nie przebije Biblioteki Trésor des rêves. Musiałem cię siłą wyciągać!

- Wcale nie!- roześmiała się.- Tak się cieszę, że mam tak wspaniałego narzeczonego- wtuliła się w niego, nadal obserwując, jak Ron biega dookoła stołu, o mało co nie przewracając choinki.

- Nie, to ja się cieszę, że mam ciebie... Hermiono... a tak właściwie... gdzie jest reszta psów?

Odpowiedział mu przeraźliwy wrzask Rona, gdy jeszcze pięć szczeniaków rzuciło się na rudzielca.

- Hermiono, przecież Ron wiedział, że Berst to twój pies...- nie mógł się nie roześmiać.

Kobieta wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się tak, jak lubił. Tak, jak tamtego dnia, gdy zwiała z pracy, by zjeść lody. I tak jak wtedy, gdy zwinęła Snape'owi składniki na ich dodatkowym roku, bo obraził jej inteligencję.

- Hermiono, ty też się zmieniłaś. Po wojnie stałaś się po prostu huncwotem!- doznał nagłego olśnienia.

- Harry, my wszyscy się zmieniliśmy. Ale to dobre, nie sądzisz?- wskazała na Rona, który śmiał się, gdy cała szóstka psiaków lizała mu twarz.- Zmiany są dobre, a co najważniejsze potrzebne. Dobrze, że mi o tym przypomniałeś, bo mam dla ciebie prezent.

- Dla mnie?

- Nie, dla Rona- uśmiechnęła się ironicznie.- Proszę.

Położyła mu na kolanach malutkie pudełeczko. Gdy je otworzył, zobaczył...

- Hermiono, kocham cię.

- Ja ciebie też, kochanie.

Przytulił ją do siebie i wciągnął do nozdrzy zapach rumianku. Miał nareszcie cudowną narzeczoną i dom, w którym nie było pusto. W dodatku teraz jeszcze ktoś miał do nich dołączyć.

Życie jest piękne.