sobota, 3 grudnia 2016

Zimowa misja cz.3

Ho, ho, ho! Jest już grudzień, więc przychodzę z nowym rozdziałem, a że pewnie nie uda mi się napisać kolejnego przed świętami,  możecie potraktować trzecią część jako prezent gwiazdkowy :) Zapraszam do czytania :)

Siedzieli w Pokoju Wspólnym i odrabiali zadania. Remus zawsze służył pomocą swoim kolegom, ale okazało się, że nie tylko on ma zadatki na nauczyciela. Podczas gdy Hermiona tłumaczyła Jamesowi zagadnienie z numerologii, Lunatyk pomagał chłopakom w zaklęciach. W ten sposób Remus został odciążony, Potter się skoncentrował, by nie zbłaźnić się przed nową koleżanką, Glizdogon siedział cicho, by panna z przyszłości znowu na niego nie napadła, a Łapa, widząc ten stan rzeczy, również się nie wygłupiał. Skończyli przez to wcześniej i mieli więcej czasu na figle, a w przypadku Remusa i Hermiony- na dyskusję.

James jednym uchem słuchał dowcipu Syriusza, a drugim podsłuchiwał, o czym rozmawiała parka kujonów. W gruncie rzeczy były to typowo naukowe sprawy i z których co nieco rozumiał, lecz nie chciał przegapić momentu, kiedy konwersacja zejdzie na bardziej osobiste tematy. Z pewnością jego podzielność uwagi wkrótce dałaby plamę, gdyby nie najmniej oczekiwana osoba. Wszyscy usłyszeli chrząknięcie i rozmowa w danym kącie się urwała.

- Witaj- powiedziała rudowłosa gryfonka- nazywam się Lily Evans i jestem prefektem naczelnym. Miło mi cię wreszcie poznać.

James siedział jak urzeczony i tylko głupio się uśmiechał. Hermiona parsknęła na ten widok śmiechem i wyciągnęła rękę. Nie wyglądała na zaskoczoną tym wtargnięciem, raczej... podekscytowaną.

- Hermiona Granger, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cię poznałam- uśmiechnęła się czule, co James od razu zauważył i kopnął ją w kostkę. Ona jednak nie dała niczego po sobie poznać.- Huncwoci to wspaniała paczka i lepszych towarzyszy nie mogłam sobie wymarzyć, ale miło będzie wreszcie porozmawiać z dziewczyną.

Potter wymienił spojrzenia z chłopakami i wiedział, że oni też zauważyli ten specyficzny uśmiech- miała go zawsze, gdy mówiła o dobrych stronach przyszłości. Więc musiała znać Evans! Czy to możliwe, że to ta rudowłosa piękność była żoną Jamesa?- takie myśli krążyły po umysłach trójki wtajemniczonych.

- W takim razie zapraszam na wieczorne ploteczki- uśmiechnęła się, po czym zmarszczyła czoło.- Nie rozumiem, dlaczego przez te wszystkie dni jeszcze nie przeniesiono twojego łóżka, ale właśnie wybieram się do profesor McGonagall, naszej opiekunki, więc do wieczora wszystko będzie załatwione.

- Lily, wolałabym nie, mam osobne dormitorium niedaleko Pokoju Wspólnego i to mi odpowiada. Mam trudności w dzieleniu przestrzeni osobistej i pozwalam na to tylko osobom, którym ufam. Wybacz, ale nie sądzę, żeby to nastąpiło do końca roku szkolnego. Zresztą to tylko pół roku.

Lily przypatrywała się jej badawczo przez chwilę, po czym uśmiechnęła sie ciepło.

- Postaramy się, żebyś zmieniła zdanie. W każdym razie zaproszenie aktualne.

Odeszła najprawdopodobniej przygotować się do snu, chłopcy natomiast wlepili pytający wzrok w Hermionę, jednak ona zdawała się tego nie dostrzegać.

- To prawda, Hermiono?- zapytał w końcu Remus.

- W związku z czym?

- Czy to prawda, że musisz od nas odpocząć? Przepraszamy, jeśli się narzucamy- powiedział w imieniu wszystkich.

Hermiona jedynie zaśmiała się cicho.

- Nie bardzo. Przez cały mój pobyt w Hogwarcie miałam dwóch przyjaciół, chłopców. Co prawda dzieliłam dormitorium z innymi dziewczętami, ale rzadko nadawałam na tych samych falach co one. Szczerze boję się tych ploteczek.

Chłopcy zaśmiali się z jej nieszczęśliwej miny. Nawet Peter lekko się rozluźnił.

- W każdym razie wyglądałaś naprawdę realistycznie- pochwalił Remus.

- Dzięki... Idę się przygotować, życzcie mi szczęścia- z westchnieniem opuściła Pokój Wspólny Gryffindoru.

Zabawna atmosfera pozostała z Huncwotami, lecz nie na długo. James postanowił podzielić się swoim pomysłem z pozostałymi.

- Chłopaki, podjąłem decyzję- spoważniał i nawet Syriusz się skupił.- W... świetle nowych... wydarzeń, kiedy to dostaliśmy więcej... em, informacji... Na gacie Merlina, chodzi o Snape'a. Chcę go przeprosić.

Rozluźnienie opuściło wszystkich w jednej sekundzie. Nawet po wielu latach w pamięci pozostał mu wyraz niedowierzania na twarzy Blacka i jego chłodne "Rób, co chcesz". James spodziewał się naprawdę, absolutnie wszystkiego, ale nie tego. Jego przyjaciel cały się spiął i stał się zimny, obcy. Często lubił bawić się w arystokratę- przyjmował wtedy dostojną pozę i rzucał kwiecistymi mowami jak z rękawa. Do tej pory Rogacz nie zdawał sobie sprawy, że to zabawa, wizerunek wymyślony. Bo Syriusz-Arystokrata wyglądał kompletnie inaczej.

Potter nie czekał nawet na reakcje pozostałych, od razu pobiegł za nim. Nie uciekł daleko... może dlatego, że nie uciekał? Po prostu odszedł. James złapał go za ramię, ale Syriusz był przygotowany. Wykręcił jego rękę i wyszeptał do ucha.

- Wiem, co chcesz powiedzieć, więc nawet nie próbuj. Może nie byłem sprawiedliwy co do Smerkerusa, ale nie zmierzam się zmieniać, bo nowa dziewczyna zamotała ci w głowie.

James był zdezorientowany, ale postanowił zachować spokój. To był jego przyjaciel.

- Syriuszu, puść moją rękę i pozwól wytłumaczyć.

Przez parę chwil nic się nie działo, lecz w końcu poczuł, że jego dłoń jest wolna. Odwrócił się do nadal obcego oblicza Syriusza.

- Faktycznie, to przez Hermionę zwróciłem uwagę na nasze zachowanie, ale do wniosków doszedłem sam. Myślałem nad tym kilka dni, naprawdę wszystko przeanalizowałem! Uwielbiam psoty i łamanie regulaminu, nie mam nic przeciwko wymierzaniu sprawiedliwości, ale Smark... On był słaby, a my, chcąc się poczuć lepszymi, atakowaliśmy go. To my zaczęliśmy, a on się tylko bronił. Nie jest święty i wręcz cuchnie czarną magią, ale... Po prostu pomyślałem, że to trochę przez nas. Pamiętasz pociąg? On chciał trafić do Slytherinu, bo spryt był dla niego najważniejszą cechą, a my go za to skreśliliśmy. Pomyślałem, że zamiast popychać go dalej w stronę ciemności, możemy choć trochę go od niej odwieść...

Przez całą przemowę, Łapa nie próbował się odezwać ani razu.

- Wiesz- mówił dalej już zdenerwowany James- nie musimy się z nim od razu przyjaźnić... Po prostu dajmy mu spokój. Poluzujmy. W końcu musimy chociaż trochę zachowywać się jak gryfoni- spróbował zażartować.

Black się rozluźnił i nawet lekko uśmiechnął.

- Dobra. Ale jeśli odstawi jakiś numer...- przejechał palcem po szyi- to ty jesteś za niego odpowiedzialny. Idę spać.

- Było blisko- wyszeptał.

- Było- odpowiedział mu znajomy głos.

Hermiona właśnie wkładała pelerynę-niewidkę do torby. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech, kiedy patrzyła na niego spod rzęs.

- Podsłuchiwałaś- rzucił jej zirytowane spojrzenie.

Jasne, to dzięki niej doszedł do tych wniosków, ale nie chciał, żeby ona o nich wiedziała. To była prywatna sprawa.

Na szczęście wyglądała na bardzo realistycznie skruszoną.

- Przepraszam, wiem, że nie powinnam, ale... James, ja bardzo liczyłam, że dojdziesz do tych wniosków. Uwzględniliśmy to w naszym planie. Oczywiście, jeśli byś się uparł, to coś bym wymyśliła, ale... wierzyłam w ojca mojego przyjaciela.

Z pewnością to ostatnie zdanie miało go udobruchać i właściwie spełniło swój cel. Cokolwiek robiła tu ta dziewczyna, pomagało to w tworzeniu bezpiecznej przyszłości dla jego syna, więc kim on był, żeby protestować? Nawet jeśli jego największa, jak dotąd, decyzja życiowa została zminimalizowana do niepewnego elementu.

- Nie mogłaś powiedzieć od razu? Jeśli wiedziałbym, że przeproszenie Smarka... Snape'a jest takie ważne, zrobiłbym to dawno.

- Dla mnie ważne jest to, że zrozumiałeś- uśmiechnęła się delikatnie.

- Więc jaki będzie kolejny krok?- zainteresował się.

Dziewczyna spojrzała na niego oceniająco, po czym odezwała się cicho.

- Na razie nie macie nic do roboty, teraz liczy się reakcja Severusa. A w między czasie... chyba będę musiała porozmawiać z Remusem.

Kiwnęła głową, po czym ruszyła w stronę Pokoju Wspólnego. James tylko pokręcił głową i poszedł do sypialni.

Czuł się wspaniale zredukowany. Ale! Nawet jeśli był TYM elementem, to czy nie powinien dostać jakiejś większej pochwały?

Syriusz już spał.

^.^.^

Następnego dnia obudził się bardzo wcześnie, a ponieważ nastał weekend, postanowił polatać. Ubrał się w ciszy i już po kilku minutach spacerował przez ośnieżone błonia. Tej nocy padało, a ze względu na porę białe błonia wyglądały jak jednolita masa lukru. Z pewnym żalem zostawiał za sobą ślady, niszcząc tę harmonię, ale nie miał wyboru, bo miotłę zostawił w składziku.

Naprawdę uwielbiał zimę. Oczywiście, wszystko zaczęło się w dzieciństwie, kiedy to ze swoją siostrzyczką bawili się całymi dniami na śniegu. Później, gdy jej choroba się ujawniła i nie mogła wychodzić z łóżka, największą frajdę sprawiało jej wpatrywanie się w płatki śniegu. Po śmierci Amelii, też zaczął to robić. Wyobrażał sobie wtedy, że to ona wiruje w powietrzu, wręcz wyczuwał jej obecność zimą. Ta pora roku go uspokajała. 

W Hogwarcie doszły do tego zabawy- bitwa na śnieżki, lepienie bałwanów, wrzucanie Smerkerusa w zaspy... To wszystko sprawiało mu ogromną przyjemność, ale nie tak jak latanie. To uczucie zamarzania, igiełki wbijające się w twarz, mgiełka wydostająca się z jego ust... 

Szybując, leniwie podziwiał błonia. Dostrzegł chatkę Hagrida, szklarnie, zamarznięte jezioro, Bijącą Wierzbę... a w drodze do niej szedł... Remus z Hermioną? Aż zatrzymał się w powietrzu. Co robili tak rano? Sami? I dlaczego szli do Wrzeszczącej chaty? Coś zaświtało mu w głowie- wczoraj Hermiona wspomniała o rozmowie z Lunatykiem. Tyle, że nie zapowiadało się na normalną pogawędkę. Pokój Wspólny był o tej porze pusty, więc mogli z niego skorzystać. Musiało chodzić o sprawy przyszłości. Ale... Wrzeszcząca Chata?

Był bardzo ciekawy, o co chodziło, ale przecież nie będzie śledził swojego kumpla. Chociaż miał na to nieziemską ochotę.

Wkrótce, by nie kusić losu, udał się do zamku. Słońce wisiało na niebie dużo wyżej niż wtedy, gdy wychodził, więc miał nadzieję, że nie ominęło go śniadanie. Przybliżając się do Hogwartu, widział kolejne osoby bawiące się na błoniach. To raczej nie był dobry znak. Kiedy jednak dotarł do Wielkiej Sali, w tym momencie pustej, nie poczuł żalu. Zawsze pozostawała kuchnia, jednak to nie to samo.

Postanowił najpierw się przebrać i wziąć przy okazji pelerynę-niewidkę. Nie wiadomo, kogo spotka w drodze do kuchni.

Wciąż jednak myślał o Lunatyku. To jasne, że Hermiona miała plan, kiedy tu przybyła, zresztą sama tak powiedziała. Skoro powiedziała im prawdę, to musiała mieć jakiś powód, a to, że ich znała, nie było dobrym argumentem. Lily najwyraźniej też zaliczała się do tego grona, a nie została wtajemniczona. Czyli prawdopodobnie wszyscy byli częścią planu.

Nagle coś w jego umyśle zaskoczyło. Skoro Peter nie został wtajemniczony, nie był częścią planu. Oczywiście, to była tylko teoria, ale i tak podniosło go to na duchu. Glizdogon nie był złym człowiekiem, ale zaczął mieć podejrzenia przez nastawienie Hermiony. Ale ich relacje i sprawy wojny mogły się zupełnie nie łączyć. Evans najwyraźniej cieszyła się sympatią Hermiony, a nie została wtajemniczona. Chyba, że na wczorajszych ploteczkach coś się zmieniło.

Mechanicznie się przebierał i myślał intensywnie. James wypełnił swoje zadanie, wybaczając Snape'owi i żałując swoich czynów, choć jeszcze nie wyznał tego publicznie. Teraz najwyraźniej przyszła kolej na Lunatyka, choć nie była to sprawa nagląca, bo czekali na reakcję Snape'a. Czy to znaczyło, że on też jest wtajemniczony? A co z Syriuszem? Z nim nie pójdzie łatwo Hermionie. 

- Znowu do niej biegniesz?

James aż podskoczył, gdy usłyszał osobę, o której właśnie myślał. Był tak pochłonięty, że nie zauważył Łapy, leżącego na swoim łóżku. Black przyglądał mu się pewnie przez cały czas i źle zinterpretował jego pośpiech.

- Nie- uśmiechnął się.- Latałem od rana i przegapiłem śniadanie. Idziesz ze mną do kuchni?

To, co powiedział, nie było miłe dla Rogacza, ale nie miał powodu, by się złościć. Syriusz się martwił i robił wszystko, co uważał za najlepsze. Zresztą czyste zmieszanie na jego twarzy było tego warte.

- Jasne, nie miałem wcześniej apetytu.

Kiedy wyszli, zapadła niezręczna cisza, a przynajmniej dla Łapy. James natomiast świetnie zdawał sobie sprawę z jego zmieszania, ale dał przyjacielowi chwilę na przemyślenie kolejnego kroku. Osobowość Syriusza była pełna sprzeczności. Gwałtownie reagował na niektóre rewelacje, ale nie miał w zwyczaju śmiertelnie się obrażać, raczej dawał do zrozumienia, że jest niezadowolony. Był raczej typem śmieszka, ale potrafił poważnie wytłumaczyć swoje zdanie. Nie miał także problemów z przepraszaniem, oprócz Snape'a, oczywiście. Jednym słowem, był nieprzewidywalny.

- Lily już cię nie kręci?

James nie wiedział, jak Łapa chciał rozładować napięcie tym tematem, ale rozmów o rudowłosej piękności nigdy dość.

- A dlaczego nie? Wyskoczył jej pryszcz?- zapytał ironicznie.- Albo nie odpowiadaj. Będę sobie wyobrażał jakieś obrzydlistwa, podczas gdy jej twarz pozostanie nieskazitelna.

Syriusz uśmiechnął się na jego słowa, lecz zaraz ponownie spoważniał.

- Interesuje cię tylko jej wygląd?

To pytanie zdecydowanie nie kwalifikowało się jako miłe, ale poczuł jedynie lekką irytację. Potter nie wiedział, do czego zmierza przyjaciel i to było najgorsze.

- Oczywiście, że nie! Lily jest po prostu idealna! Jest odważna jak gryfon, sprytna jak ślizgon, dobra jak puchon i mądra jak krukon.

- Jaką cechę najbardziej w niej lubisz? 

Nie mógł się pozbyć wrażenia, że bierze udział w jakimś teście i z tego powodu zaczął się już poważnie irytować.

- Sam nie wiem, Syriuszu. Ona jest idealna z tym wszystkim, co ma. Jako całość.

- Tak naprawdę jej nie znasz.

Łapa był poważny, lecz na jego słowa Potter instynktownie chciał prychnąć. On nie znał Lily Evans? Był jej cieniem, przed nim nic się nie ukryło. Odwiedził nawet jej mugolski dom! On znał ją najlepiej... ale czy na pewno? Znał jej nawyki, relacje z innymi, nawet jakich kosmetyków używała! Ale co z osobowością? Widział to, co wszyscy- prefekta, kujona, ślicznotkę... Tyle określeń, lecz każde mogło opisywać kogoś innego. Ich rozmowy ograniczały się do prawienia komplementów, pytania o pracę domową bądź finalnego zdenerwowania dziewczyny.

- Śniadanie dla dwóch osób- usłyszał Blacka i ze zdziwieniem dostrzegł wnętrze kuchni.

Skrzaty rzuciły się do garnków, a oni usiedli przy stole. James wyraźnie zbierał się w sobie, by wyrazić własną myśl.

- Masz rację... tak naprawdę jej nie znam. Ale to tylko kwestia czasu!

Syriusz patrzył na niego sceptycznie, chociaż wygiął lekko kąciki ust.

- Zakład, że gdy ją poznasz, przestanie być taka interesująca?

- To jest niemożliwe- Lily Evans została stworzona, żebyśmy byli razem. Ile?- Potter już wyciągał rękę do przyjęcia zakładu.

- Pięćset galeonów- Black uśmiechnął się szeroko.

Nigdy nie zakładali się o tak dużą sumę, chociaż w porównaniu z ich całym złotem to był pikuś.

- Jesteś aż tak pewny swojej wygranej?- spytał James, potrząsając ręką przyjaciela.

- Nigdy nie byłem tak pewny wygranej, a to złoto przyda mi się po wyprowadzce. Skończyłeś już?- wskazał na jego prawie pusty talerz.

piątek, 11 listopada 2016

Zimowa misja cz.2

Ahoj! ♥ Starałam się jak najszybciej napisać rozdział, bo niektórzy z Was wykazali zainteresowanie nową historią. Mam nadzieję, że wraz z kolejnymi rozdziałami będzie także przybywać czytelników. Do zobaczenia! ;)

***

Następnego dnia słońce zawitało do dormitorium gryfonów siódmego roku zbyt wcześnie. James, Syriusz oraz Remus niewiele spali i teraz padali na twarz. Okazało się zresztą, że do śniadania zostało im tylko pięć minut, więc jak najszybciej się ubrali i zeszli na dół. W innych okolicznościach wpadliby po prostu do kuchni, lecz dziś musieli pojawić się Wielkiej Sali.

Nie mogli zostawić Hermiony samej. Znała te tereny, lecz nic więcej. Nadal nie wiedzieli z jak dalekiej przeszłości przybyła, więc równie dobrze mogła być starsza o kilka lat, jak i o kilkadziesiąt. Remus zwrócił im na to uwagę przy ubieraniu, a James się z tym zgadzał. Syriusz był raczej powściągliwy, lecz dał się przekonać.

Powłócząc nogami, weszli do Pokoju Wspólnego. Powitał ich tam tłum gryfonów ze starszych klas, zgromadzonych wokół jednej osóbki. James szybko objął Hermionę w talii i przyciągnął ją bez słowa do siebie, kontynuując marsz.

Dziewczyna parsknęła śmiechem, ale kiwnęła głową w podziękowaniu.

- Wyspaliście się?

Ich ponure miny mówiły same za siebie.

- Co ty w ogóle robiłaś w Pokoju Wspólnym? W nocy wyszłaś z wieży Gryffindoru- zastanowił się Lunatyk.

- Przyszłam po was. Zobaczyłam waszego przyjaciela na śniadaniu- zrobiła zniesmaczoną minę- i pomyślałam, że zaspaliście. Nie przewidziałam jedynie innych gryfonów, którzy po przemówieniu dyrektora Dumbledore'a chcieli mnie bliżej poznać- zarumieniła się.

Nagle na ich oczach zmieniła się w zawstydzoną dziewczynę, uczennicę, której największym zmartwieniem jest wypracowanie na transmutację. Patrząc na nią, nikt nawet nie podejrzewałby, że przybywa z przyszłości.

Widząc kierowane na nią zamyślone spojrzenia, powiedziała:

- Odwykłam już od takiej zwykłej uwagi i ciekawości... Kiedy jestem wśród was, czuję się dobrze, ale tam w Pokoju Wspólnym, wydawało mi się, że powoli mnie osaczają. Moje instynkty dają o sobie znać- uśmiechnęła się smutno i ponownie zobaczyli w niej doświadczoną czarownicę.- W czasach, gdy nie ma reżimu, te odruchy wydają się... śmieszne- zaśmiała się ponuro.

Doszli właśnie do Wielkiej Sali, więc musieli przerwać konwersację o przyszłości. Gdy tylko się pokazali, nagle zapadła cisza, po czym wybuchła fala szeptów. Hermiona wyglądała na pewną siebie, jakby w ogóle nie przeszkadzało jej, że cała szkoła ją obgaduje, lecz Huncwoci widzieli jej spiętą sylwetkę. James wiedział, że gdyby rzucił teraz jakąś klątwę w jej plecy, ona bez problemu by ją odbiła i jeszcze załatwiła go na amen.

Glizdogon szaleńczo do nich machał, lecz dziewczyna nie zwracając na niego uwagi, usiadła przy drugim końcu stołu. Lupin został z nią, ale Syriusz poszedł do Petera, natomiast James był rozdarty. Hermiona popatrzyła na niego z sympatią i powiedziała:

- Nie musisz ze mną zostawać, obaj nie musicie- zwróciła się także do Remusa.- Jestem samowystarczalna, a wasz kumpel będzie bardzo zraniony, jeśli go zostawicie- uśmiechnęła się złośliwie.

Bez odwracania widział, jak Peterowi oklapły uszy. On zawsze szukał aprobaty u niego i Syriusza, a teraz jawnie wybierali pannę zamiast przyjaciela. Kiwnął jej głową i poszedł tam, gdzie jego miejsce.

- Ty nie idziesz?- usłyszał jeszcze, jak spytała zajadającego się Remusa.

On tylko pokręcił głową, więc Hermiona także wzięła się za jedzenie.

- James, przyszedłeś!- wdzięczność w głosie Petera była wręcz namacalna.

Potter uśmiechnął się tylko, lecz poczucie winy zjadało go od środka. Jak mógł nawet myśleć o opuszczeniu przyjaciela? Co się z nim działo...?

Ta dziewczyna go intrygowała, to jasne- była z przyszłości! Poza tym czuł, że obdarzyła go zaufaniem, więc podświadomie starał się być lojalny. Ale zdradzając tym samym przyjaciela? Wcześniej James nie musiał wybierać. Byli tylko Huncwoci i Lily. Evans ciągle go odpychała, ale mimo wszystko mieli z nią dobre stosunki. Czuł podświadomą potrzebę opiekowania się Hermioną, jednak czy to miało kosztować go przyjaźń?
Rogacz popatrzył na nią, gdy rozmawiała z Lupinem. Nie wyglądała na smutną czy opuszczoną. Pokręcił głową- nie mógł poświęcić swojej przyjaźni, bo ona nie lubiła Petera. Pomoże jej w razie potrzeby, ale nie będzie niańką- to należało do obowiązków Remusa.

^.^.^

Pierwsza lekcja- eliksiry. Potter i Black wymienili pełne zadowolenia uśmiechy.

- Będzie trzeba się przypomnieć staruszkowi, dawno nie było spotkania- powiedział Syriusz.

- Dopóki pozwala mi spać na eliksirach, może robić, co mu się żywnie podoba- James przeciągnął się.

- Należycie do Klubu Ślimaka?- zapytała Hermiona, która szła ramię w ramię z Remusem.

- Ja i Syriusz- potwierdził.

- A ty Remusie? Przecież byłeś prefektem i masz znakomite stopnie- zdziwiła się.

- Wygląda na to, że znasz Slughorna tak dobrze jak my, więc wiesz, jak bardzo reputacja liczy się dla naszego profesora. Gdyby przygarnął mnie pod swoje skrzydła, a później na jaw wyszedłby mój status... A przynajmniej tak sobie tłumaczę- odparł gorzko.

Dziewczyna zacisnęła tylko mocniej zęby. Wyglądała na zdenerwowaną i zestresowaną, a nawet... zdeterminowaną. Czyżby chciała walczyć o Remusa? Ile razy już próbowali! Wiedzieli, że Lunatyk naprawdę zasługuje na miejsce w ich elitarnym klubie.

- Lily jest mugolaczką, a jednak jemu to nie przeszkadza. Dlaczego?

Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni, ale Syriusz najszybciej się otrząsnął.

- Skąd wiesz, że Lily należy do Klubu?

- A czy to tajemnica, Syriuszu?- spytała znużonym głosem.- Wyjaśnij mi lepiej, dlaczego nie akceptuje Remusa!

- Hermiono, jesteś mugolaczką, prawda?- zapytał James, a on jedynie skinęła głową.- Nie dorastałaś w naszym świecie i nie zdajesz sobie naprawdę sprawy, jak nasze społeczeństwo jest... hierarchiczne. Tutaj od urodzenia masz nadany status, który nie zależy od ciebie. Nie zawsze zależy to jednak od krwi- dopóki nie zjawił się Sama-Wiesz-Kto uważano to nawet za przestarzałe. Twoje miejsce w hierarchii sytuowane jest sytuacją finansową, wykonywanym zawodem i częściowo pochodzeniem, lecz bardziej pod kątem osiągnięć twoich przodków. Lecz to wszystko się nie liczy, jeśli nie masz w sobie całkowicie czarodziejskiej krwi. Lunatyk jest częściowo magicznym stworzeniem. W wypadku mieszańców istnieje osobna hierarchia... a wilkołaki figurują w niej na szarym końcu- zakończył smętnie.

- Dlaczego akurat na końcu? Z jakich względów?

Hermiona wyglądała na zdeterminowaną, by poznać odpowiedź. Zaraz miała zacząć się lekcja, a poza tym Remus nie czuł się dobrze, gdy rozmawiali na tematy jakkolwiek związane z likantropią, więc Potter przedstawił to raczej zwięźle:

- Wilkołaki nie mają swojej historii, bo to nie jest dziedziczne. Nie mają dorobku, a ich rasa nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu jak na przykład gobliny. Poza tym zagrażają czarodziejom, bo tracą kontrolę. Nie są przy tym wyrafinowane, dumne czy subtelne, wręcz przeciwnie- są ucieleśnieniem bestii, czego czarodzieje nigdy nie będą szanować.

Dziewczyna pokiwała głową, lecz zmarszczone czoło nie powróciło do dawnego stanu. Miał wrażenie, że chciała coś powiedzieć, ale w tej chwili Slughorn zaszczycił ich swoją obecnością.

^.^.^

Potter musiał przyznać, że ta dziewczyna zaskakiwała go na każdym kroku. To, że była mugolaczką trochę wyjaśniało, np. kwestię jej zdolności aktorskich. Umiała kłamać doskonale, a udowodniła to na samym początku lekcji, kiedy przejęzyczyła się w nazwisku profesora, jakby jeszcze przed chwilą nie toczyli zażartej dyskusji o jego gustach, jednak jej język ciała pozostawał wiele do życzenia. W czystokrwistych rodach uczono utrzymywać kontrolę przez cały czas, wręcz bez udziału świadomości, Hermiona natomiast umiała ujarzmić swoje ciało tylko w razie potrzeby.

Zaskoczyła go, gdy usiadła koło Snape'a. Oczywiście było to jedyne wolne miejsce, lecz wcześniej ustalili, że jeden z nich się przesiądzie. Rozmawiali o tym przy niej, jeszcze kiwnęła im głową na zgodę, więc nie było szansy, żeby nie usłyszała. Wychodziło na to, że chciała usiąść koło Snape'a.

Smerkerus. To znaczy Severus. Rogaczowi trudno było zmienić nastawienie co do tego śmiecia. Doskonale wiedział, jaki on jest... Albo ocenił go zbyt pochopnie. Nie było wątpliwości, że Snape nie był święty- również rzucał na nich klątwy, walczył z nimi. Jednak on był sam, a ich czterech. Jednak Potter zawsze myślał, że to sprawiedliwe. Teraz... dopuszczał do siebie OPCJĘ, że to oni go prowokowali. Jak dłużej o tym myślał, zauważył, że już w pociągu zaczepili Smarka... Snape'a. Chodziło tylko o rywalizację między domami i jego... złą aurę. Nie spodobał im się i zaczęli go zaczepiać- to nie było zachowanie godne gryfona, który kończy szkołę i jest świadomy swoich czynów.

Pokręcił głową... Co ta dziewczyna z nim zrobiła?

^.^.^

Jak na razie Hermiona uczęszczała z Potterem na wszystkie zajęcia i zawsze siadała ze Snape'm. Kiedy chłopak widział jego pogardliwe spojrzenia rzucane w jej stronę, miał ochotę przekląć tego ślizgońskiego drania, jednak za każdym razem przypominał sobie zachowanie dziewczyny co do Petera. Jeśli jej coś nie pasowało, wyrażała to jasno i wyraźnie.

Akurat na numerologii James został sam z Remusem, ponieważ zarówno Syriusz jak i Peter nie wybrali tego przedmiotu w trzeciej klasie. On oczywiście też wylegiwałby się w dormitorium, gdyby nie Lily...

- Remus, przemyślałem sprawę- powiedział cicho.

Wilkołak kiwnął głową na znak, że go słucha i lekko ją przekrzywił w niemym pytaniu. Nienawidził rozmawiać w czasie lekcji, ale poszedł na kompromis i używał mowy ciała.

- Snape- mruknął.

Remus wyprostował się nieco na krześle i energicznie pokiwał głową- też o tym myślał. James wziął głęboki oddech.

- Chcę go przeprosić.

Te słowa ledwo przeszły chłopakowi przez gardło, jego ciało buntowało się na to stwierdzenie. Lunatyk aż zapomniał o swoim nieodzywaniu się.

- Serio?- spytał z niedowierzaniem i dopiero, gdy Potter skinął głową, kontynuował.- Jestem z ciebie dumny, James.

W innej sytuacji Rogacz pewnie zareagowałby śmiechem, lecz teraz jedynie kiwnął ponuro głową. Przeprosić swojego wroga, który jest największą szumowiną, jaką się zna, to nie takie byle co. Dodatkowo wiedział, jak zareaguje Syriusz. Mimo wszelkich wyjaśnień Hermiony, nadal uważał, że to Snape go wykończył. Przez lata go nienawidzili, ale to Łapa chciał go zamordować... Może nie do końca świadomie, ale posłał go na śmierć do przemienionego Remusa. Od tego wydarzenia ich obopólna nienawiść się powiększyła. 

- Ale poczekamy, aż Hermiona go zmiękczy.

poniedziałek, 24 października 2016

Zimowa misja cz. 1

Witajcie! Długo nie dodawałam nowych miniaturek, ale oto nadchodzę z nową historią ^^ Nie będzie to jednak miniaturka, ale dłuższa opowieść rozmiarowo podobna do Połówek. Zapraszam :)

***

Zimno. Mokro. Zimno. Mokro. Zimno. Mokro.

Pięknie.

James Potter był uradowany! Nareszcie zima zawitała do Hogwartu. Sypał śnieg, jezioro było zamrożone, a z dachu zwisały sople. James uwielbiał tę porę roku.

Leżał właśnie na parapecie i wpatrywał się w oszronione szyby. Nie był to częsty widok. Wszyscy bliscy, czyli inni huncwoci, przywykli, że jeśli James Potter się w coś wpatruje, a tym czymś nie jest złoty znicz, lusterko oraz Lily Evans, to coś się dzieje.

Dlatego, gdy tylko do dormitorium wszedł Syriusz Black i zobaczył jego zajęcie, od razu zwołał resztę przyjaciół. Na wezwanie Łapy przybiegli od razu. Remus Lupin- czujny, lekko rozbawiony i Peter Pettigrew- rozentuzjazmowany nową aferą. Jednak, gdy zobaczyli swojego przyjaciela wpatrującego się w OKNO, ich miny się zmieniły. Trójka huncwotów popatrzyła na siebie w bezsłownym porozumieniu i po chwili ryknęli na całe gardło:

- JAMES!!!

Chłopak w szoku spadł z parapetu, a zaraz po upadku wyciągnął różdżkę i wycelował ją w przyjaciół. Rozkojarzony rozejrzał się po pomieszczeniu. Dopiero po chwili się otrząsnął i od razu na nich naskoczył:

- CZEMU SIĘ TAK DRZECIE?! O mało was nie przekląłem! Co się dzieje?!

- Zachowywałeś sie dziwnie, myśleliśmy, że coś się stało- odparł Syriusz.

- Jak to dziwnie?! JA NIE ZACHOWYWAŁEM SIĘ DZIWNIE!

- James, uspokój się- wtrącił Lupin, kręcąc karcąco głową.

Chłopak zamknął oczy, odetchnął kilka razy i pokręcił głową. Stali kilka minut w ciszy, aż się odezwał:

- Już w porządku- powiedział cicho.
Usłyszał jak Peter zaklaskał i zachichotał, lecz poza tym pokój wypełniała cisza.  James otworzył oczy.

- Po prostu lubię zimę, ten widok... bardzo mi się podoba. Zawsze z Amelią wpatrywaliśmy się w oszronione szyby.

Chłopcy pokiwali ze zrozumieniem głową. Byli już na siódmym roku, lecz informacji o zmarłej siostrze Pottera mieli niewiele. Amelia Tira Potter zmarła przez chorobę krwi, z którą się urodziła. Miała sześć lat, a James był od niej o trzy lata starszy. Przyjaciele dowiadywali się przez przypadek o różnych sprawach związanych z Amelią, np. co lubiła jeść, co robiła przed snem, itp. James unikał tego tematu, jednak tak, jak w tej chwili, zdradzał im co nieco.

Wszyscy stali w ciszy, a Potter powoli wyzbywał się przykrych myśli. Wkrótce na jego ustach zagościł zawadiacki uśmiech.

- Chodźcie do pokoju wspólnego. W końcu dziewczyny nie wytrzymają beze mnie i co? Nie możemy do tego dopuścić- powiedział, po czym ruszył schodami w dół.

Przyjaciele podążyli za nim. Już na schodach zorientował się, że coś się dzieje. Wszyscy o czymś szeptali i wyglądali, jakby na coś lub na kogoś czekali.

- Wiecie, co się dzieje?- James zmarszczył brwi.

Przyjaciele zdążyli dopiero zejść, lecz tak jak Potter mieli zdezorientowane miny. Oprócz Syriusza.

- Właśnie miałem ci powiedzieć, gdy wszedłem do dormitorium! W szkole pojawiła się nowa dziewczyna i została przydzielona do Gryffindoru. Dyrektor ma ją przedstawić na śniadaniu- zakończył konspiracyjnym szeptem.

- Syriuszu, ty coś wiesz, ty coś wiesz!- zapiszczał uradowany Peter.

- Wiem- odparł nonszalancko Black.- Chodźmy na spacerek, w drodze wam wytłumaczę.

Przeszli przez portret Grubej Damy i, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości od wścibskich uszu, Syriusz zaczął opowiadać:

- Skoczyłem dziś do kuchni po kilka frykasów, oczywiście z niewidką. Idę korytarzem na siódmym piętrze, a tu nagle z jakiejś klasy wychodzi Dumbledore i nieznajoma dziewczyna. Rozmawiają sobie i nagle słyszę: "... tak Hermiono, powiem jej, ale pamiętaj, ty nie możesz nikomu zdradzić przyszłości. Twoje czasy muszą pozostać tajemnicą". Rozumiecie?! Ona jest z przyszłości!- zakończył przejętym szeptem.

Każdy z nich ze zdumieniem wpatrywał się w przyjaciela, jednak w jeszcze większy szok wprawił ich głos dochodzący z lewej strony.

- Nie ładnie tak podsłuchiwać, Łapo.

Potterowi ten głos z nikim się nie kojarzył. Był dziewczęcy, delikatny oraz melodyjny, lecz stanowczy i lekko zarozumiały. Dziwne połączenie. Wszyscy wpatrywali się w siebie z szeroko otwartymi oczami, po czym bez wahania spojrzeli w lewo.

Po chwili spod peleryny niewidki wyłoniła się dziewczyna. Była mniej więcej w ich wieku, choć czubkiem głowy sięgała podbródka Syriusza, Remusa i Jamesa. Wpatrywała się w nich brązowymi oczami, a jej usta wyginały się w uśmiechu. Zęby miała zniewalająco proste. Widoku dopełniały brązowe loki, całe spuszone.

Wpatrywała się w Blacka, wyraźnie czerpiąc satysfakcję z jego zszokowanej miny. Nie mogąc dłużej wytrzymać, roześmiała się i to nie tak jak różne dziewczyny, tylko perliście, uroczo. Po tym podeszła do Łapy i rzuciła mu się na szyję.

- Bardzo za tobą tęskniłam, Syriuszu.

Przyjaciel odwzajemnił uścisk, choć nadal nie wiedział, o co chodzi. Przeniosła spojrzenie na Lunatyka i jej twarz natomiast rozjaśniła się jeszcze bardziej.

- Remus!- jego także uściskała.

Później spojrzała na James'a i wyraźnie się zawahała.

- James...

Ten, nie wiedząc, co takiego zrobił w przyszłości, że dziewczyna się zmieszała, wyciągnął ręce. Ona, z ciągłym wahaniem, podeszła i objęła go. Na Petera się nie rzuciła, więc pomyślał, że go nie zauważyła.

- Jest tu jeszcze jeden...

- Wiem- przerwała mu chłodnym głosem.- Radzę mu się nie zbliżać, inaczej nawet jako szczur nie zdoła mi uciec.

Huncwoci spojrzeli na siebie w zdziwieniu, po czym wrócili do oceniania nowej gryfonki. Ta zarumieniła się lekko i spuściła głowę.

- Napatrzyliście się?- przerwała im rozbawiona.

Syriusz jak zawsze wyrwał się do odpowiedzi:

- Prosimy o wybaczenie, piękna pani, zaskoczyłaś nas niezmiernie- zaczął tonem arystokraty, lecz szybko dokończył normalnym głosem.- Najpierw się zjawiasz, potem się zjawiasz, a na koniec się zjawiasz i się do nas przytulasz i potem zdradzasz sekrety huncwotów! To nie dzieje się zbyt często.

Dziewczyna roześmiała się.

- Zdecydowanie w tych czasach masz lepsze poczucie humoru- odparła.

- Czyli naprawdę pochodzisz z przyszłości?- chciał się upewnić Lupin.

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.

- Lunatyk jak zwykle dociekliwy. Tak, tak pochodzę.

- I nas znasz?

- Tak.

- A jesteś...?

- Syriusz wam jeszcze nie powiedział?- zapytała ze złośliwym uśmiechem.

- Panna Hermiona Granger, jeśli się nie mylę- Black ucałował jej rękę i pokłonił się nisko.

Na gryfonce ten gest nie zrobił żadnego wrażenia. Wpatrywała się w niego z wysoko uniesioną brwią i James miał wrażenie, że kogoś mu przypominała. Pewność zyskał dopiero później.

Peter zaproponował, żeby poszli do pokoju życzeń. Jako gentelman, którym nie był, chciał pokazać Hermionie drogę, więc wziął ją pod rękę. Potter czasami ubolewał nad jego głupotą. Dziewczyna przewróciła go, po czym przyłożyła mu różdżkę do gardła. Glizdogon przemienił się w swoją animagiczną postać i próbował uciec. Jednak gryfonka także o tym pomyślała. Szybko przemieniła się w rysia i niedługo po tym znowu przygniatała Petera. Obydwoje zmienili się z powrotem w ludzi.

- Jeszcze raz mnie dotkniesz, coś do mnie powiesz albo na mnie spojrzysz, zabiję cię słyszysz?- wysyczała.

- Ej, przestań! To nasz przyjaciel! Wiem, że może ci dopiekł w przyszłości, ale...- Syriusz wystąpił w obronie Peetigrewa.

- Dopiekł? Dopiekł? On nie jest wart wycierać nawet brudu z moich butów...

- Smerkerus!- wykrzyknął James.

Nareszcie dotarło do niego, kogo przypominała mu Hermiona. Syczenie, groźby, ironia oraz kpina i jeszcze ta uniesiona brew!

Dziewczyna odepchnęła Glizdogona, po czym podeszła do Rogacza.

- Nie waż się go tak nazywać. Ma na imię Severus.

Huncwoci spojrzeli na siebie. Tego już za wiele!

- Czemu? Jest tylko śmieciem, wycieradłem...

- Z kilku powodów! Remus, Severus Snape wysyła ci eliksir tojadowy od... pięciu lat, co miesiąc!

Wilkołak otworzył szeroko oczy.

- James, twój syn żyje tylko dlatego, że Severus Snape bronił go przez siedem lat, aż w końcu dla niego zginął!

Potter zaniemówił.

- Czy to wam nie wystarcza?!

- Nie- odparł Syriusz z kpiącym uśmiechem.- Co on zrobił dla mnie?

- Och, dla ciebie nic- powiedziała lekceważącym głosem.

Black prychnął i skrzyżował ręce na piersi.

- Tylko, że jeśli byś mu zaufał, to żyłbyś nadal- dodała chłodno.

Po tych słowach zapanowała przerażająca cisza. Huncwoci patrzyli na siebie z szokiem w oczach.

- Nadal będziecie sobie robić z niego kozła ofiarnego? Czterech na jednego? Przemyślcie to sobie, żegnam. Ach, jeszcze jedno- skierowała różdżkę na Petera.- Obliviate. Jeśli powiecie mu cokolwiek, zginiecie w męczarniach- ostrzegła, po czym założyła pelerynę i zniknęła.

Młodzi mężczyźni w milczeniu ruszyli w stronę wyjścia z Hogwartu. Musieli szybko porozmawiać.

Gdy wreszcie znaleźli się we Wrzeszczącej Chacie, każdy zajął swoje ulubione miejsce: James na biurku, Remus na krześle, Peter na miękkim taboreciku, a Syriusz na oparciu zniszczonej sofy. Nikt nie czuł się na siłach, by rozpoczynać rozmowę, oprócz...

- Chłopaki, po co tu przyszliśmy?- zapytał Pettigrew.

Reszta Huncwotów popatrzyła na siebie w zdumieniu. Dopiero na twarzy Lupina rozbłysło zrozumienie.

- A ile pamiętasz, Peter?

Syriusz i James pacnęli się w czoło- zapomnieli o zaklęciu zapomnienia, żenujące. Na twarzy Łapy od razu pojawiła się złość. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie podoba mu się ta sytuacja. Już otwierał usta, by zapewne opowiedzieć o wszystkim Glizdogonowi, gdy Potter wykrzyknął:

- Nie! Syriuszu, nie rób tego.

- Dlaczego?- odparł tonem buntownika.

- Później. Peter, ile pamiętasz?

- No...- zaczął wiercić się na krześle.- Byliśmy dziś z Remusem w pokoju wspólnym, później poszliśmy was szukać, ale was nigdzie nie było, więc...

- Ale co pamiętasz ostatnie?

- Ta dziewczyna z przeszłości, nie wiem jak ona miała, powiedziała, żebym się do niej nie zbliżał. Trochę się poszamotaliśmy, bo ona zmieniła się w rysia, dlatego musiałem uciekać. Trochę rozmawialiście, a jak powiedziałeś, że jest jak Smerkerus, to sobie poszła.

James przetrawił te informacje. Z tego, co wywnioskował, wynikało, że Hermiona usunęła tylko wspomnienia związane z przyszłością. Czy to było sprawiedliwe? Peter był jego przyjacielem od siedmiu lat i nigdy nie ukrywali niczego między sobą, a teraz... Mimo wielkiej chęci opowiedzenia wszystkiego Glizdogonowi, Rogacz czuł, że jeśli ta Hermiona Granger tego zabroniła, to powinien to uszanować.

Miał nieoparte wrażenie, że przez jego kaprysy, coś w przyszłości pójdzie nie tak. Na twarzy Lunatyka widział tę samą walkę. Przyjaciele byli najważniejsi, jednak... Hermiona im ZAUFAŁA. Zdradziła im przyszłość. Jeśli coś zepsują, jego syn może nie istnieć. Potter ciągle nie wiedział, co o tym myśleć. Jednak zdecydować musiał.

- Peter, chodź, musisz się położyć. Ta Granger dała ci popalić. Spokojnie, w razie potrzeby cię obronimy. Nie zwracaj na nią uwagi tak, jak sobie wymyśliła.

Wrócili do dormitorium w dość krótkim czasie, dzięki ukrytym przejściom. Odprowadzili Petera do łóżka, który był wniebowzięty taką eskortą, po czym wrócili do pokoju wspólnego. Poczekali, aż ostatnie osoby wyjdą, po czym skierowali się do swojego ulubionego kąta.

Czerwień pokoju oraz pomarańczowe płomienie buchające z kominka, kojąco wpływały na James'a. Już wiedział, że podjął właściwą decyzję, nie mówiąc o niczym Peterowi. Po chwili ogłosił głośno swoje wnioski. Twarz Syriusza od razu stała się czerwona, jednak Remus pokiwał mu w zrozumieniu.

- James! To nasz PRZYJACIEL! Nie pamiętasz?! Należysz do Gryffindoru, powinieneś być lojalny...!

- Jestem lojalny- przerwał spokojnie Rogacz.- Syriuszu Łapo Huncwocie Black, posłuchaj mnie. Hermiona wyczyściła umysł Petera tylko z informacji o przyszłości. Nie zrobiła nic więcej. Ona nam zaufała. Nie musiała, wręcz nie mogła jej zdradzać i zaufała nam na tyle...

- Ona wyczyściła tylko informacje o Smarku!

- Chyba nie masz zamiaru, go tak nadal nazywać- przerwał zimno Remus.
Popatrzył przenikliwie na Syriusza, marszcząc brwi.

- Raczej że mam! To tylko Smerkerus...

- Nawet po tym, co usłyszałeś?!- zapytał oburzony James.

- Co ona mi takiego powiedziała? Że Wycierus robi jakiś tam eliksir, czy chroni jakieś tam dziecko. A co jeśli kłamała? Nie wierzę, że on jest zdolny do jakiejkolwiek pomocy!

- Łżesz, Syriuszu. Dobrze wiesz, że... Snape pomagał Lily przez te wszystkie lata...

- Aż nazwał ją szlamą- mruknął z przekąsem Black.

- Daj spokój, po prostu nie podoba ci się, co powiedziała Granger!

- Nie prawda.

Wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. W końcu głos zabrał Lupin.

- Łapo, każdy z nas kiedyś umrze...

- Ja nie umrę, ja zostanę zabity!- wybuchł.

- Skąd wiesz?- dociekał Lunatyk.

- Wiem i tyle! I to na pewno on mnie zabije!

- Daj spokój. Lepszej bajeczki nie możesz wymyślić?- usłyszeli znajomy głos.

Hermiona siedziała na oparciu jednego z krzeseł i przyglądała się im z kpiną.

- W takim razie powiedz, kto mnie zabije!

- Ależ proszę, dam ci nawet więcej informacji! Zginiesz w Ministerstwie Magii, w Departamencie Tajemnic. Byłeś taki głupi, że poleciałeś ratować swojego chrześniaka, chociaż Voldemort polował na twoją głowę, a H... twój chrześniak miał do pomocy połowę Zakonu. Snape powiedział ci, żebyś został, lecz ty tylko szukałeś ucieczki z domu swojego rodu. Ach, no i zabiła cię twoja słodka kuzyneczka Bellatriks.

- Bellatriks Black?

- A znasz inną?

Syriusz zamilkł, lecz po chwili znowu się odezwał.

- Nadal nie pasuje mi to, że nic nie mówimy Peterowi.

Granger westchnęła i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ogień. Gdy Lunatyk po raz kolejny uciszył zniecierpliwionego Łapę, w końcu się odwróciła. Na jej twarzy widać było wielkie zmęczenie oraz rozpacz, oczy zaś miała zamknięte. W takim stanie wyglądała, jakby postarzała się co najmniej o piętnaście lat.

- Przyszłość jest straszna. Ten, który miał pokonać Czarnego Pana, zginął z jego ręki. Świat opanowali śmierciożercy. ON już nikogo się nie boi. Szkoła stała się koszarami dla armii. Czarodzieje mugolskiego pochodzenia są zabijani, torturowani, traktowani jak zabawki... nie koniecznie w tej kolejności. O mugolach nie wspomnę. Nikt już nie może go pokonać. Prócz mnie- uśmiechnęła się lekko.- Jestem w przeszłości i MOGĘ zmienić bieg wydarzeń. Tylko to nam pozostało. Oczywiście muszę uważać. Jednak z dyrektorem ustaliliśmy listę... rzeczy, które muszą zostać zrobione. Nic poza nimi, rozumiecie? Na tej liście nie ma nawet poinformowania was o mojej sytuacji, jednak dyrektor zgodził się na taką ewentualność. Jednak wasz przyjaciel to ostatni człowiek, któremu mogłabym powiedzieć. Zresztą wolałabym umrzeć niż to zrobić- spod jej powiek nagle wypłynęły łzy. Starła je szybkim ruchem, lecz nadal nie otworzyła oczu.

- Powiedz nam coś o przyszłości. Naszej przyszłości- szepnął Lupin.

- Jeśli coś wam powiem, przysięgniecie, że nikomu nic nie zdradzicie?- otworzyła oczy i od razu spojrzała na Syriusza.

Wszyscy trzej zgodnie pokiwali głową.

- Dobrze, pytajcie- wypuściła powietrze z płuc.

Huncwoci aż palili się, by zadać jakieś pytanie, lecz Hermiona szybko ich
uciszyła.

- Po kolei, Lupin ty pierwszy. Masz trzy pytania- jej głos zabrzmiał tak samo, jak przed kilkoma godzinami. Lekko zarozumiale i zdecydowanie, lecz z nutką rozbawienia.

- Dlaczego... on przysyłał mi eliksir?

Panna Granger skrzywiła się malowniczo.

- W pierwszym roku dyrektor go zmusił. W następnych dwóch wasze stosunki nieco się ociepliły, wybaczył ci dawne wybryki... w pewnym stopniu. Nadal nie był miły, jak to on, jednak ten podarunek mówił wszystko o jego stosunku do ciebie.

Wytłumaczyła to najlepiej, jak potrafiła. Remus z ożywieniem pokiwał głową, lecz dwójka pozostałych mężczyzn marszczyła brwi w niezrozumieniu. Nie był miły, ale go lubił? Czy w końcu nadal nie lubił?

- Czy będę w Zakonie Feniksa?

- Oczywiście.

- A...- jego głos lekko zadrżał.- Czy... czy ja założyłem rodzinę?

Na usta Hermiony wpłynął uśmiech. Położyła mu rękę na kolanie i powiedziała:

- Tak. Masz wspaniałą żonę oraz uroczego synka.

Jamesowi ten uśmiech wydał się bardzo smutny, jednak Lupin tego nie zauważył. Wypuścił ze świstem powietrze i uśmiechnął się szeroko, uderzając nerwowo pięścią w drugą rękę.
Nagle dziewczyna spojrzała na Rogacza.

- James, twoja kolej.

- A ja?!- zawołał buntowniczo Black.

- Tobie udzieliłam już wystarczająco informacji, nie uważasz?

- Nie uważam- odpowiedział hardo.

- Syriuszu- szepnął karcąco Remus.

Łapa nieco oklapł i zamilkł. Natomiast Potter zaczął zadawać pytania:

- Dlaczego ochraniał mojego syna?

Hermiona skrzywiła się gorzej niż poprzednio.

- To było słuszne. Tak... mógł... Nie, nie mogę powiedzieć więcej.

Mężczyzna nie stracił humoru.

- Czy mój syn często wpadał w tarapaty?

Ku zdziwieniu wszystkich, dziewczyna zaczęła się śmiać.

-H... twój syn? Powinien mieć na drugie imię "kłopot" a nie "James".

Rogacz uśmiechnął się szeroko.

- Kim jest moja żona?

- Inne pytanie, proszę.

Tym razem pokazał swoje niezadowolenie, jednak szybko jego twarz rozjaśniła się ponownie w uśmiechu.

- Dobrze, więc... Jaki był największy wynalazek Huncwotów?

- Mapa huncwotów- odparła bez wahania.

Wśród wyżej wspomnianych wybuchło wielkie poruszenie.

- Wypaliła?!

- Naprawdę?!

- Jak ona wygląda?!

- Ile ludzi ją widziało?!

- Jest wystrzałowa?!

- Ile jest tajnych przejść?!

- Zaraz! Stop! To znaczy... że jeszcze jej nie stworzyliście?

- Wiedziałem, że nam się uda!- zawołał Syriusz.

Już miał ruszać do Petera, gdy Hermiona zawołała:

- Panie Black! Halo! Przypominam, że zostały panu trzy pytania!

- Jak wyglądała mapa?- zapytał podekscytowany Łapa.

Panna Granger westchnęła.

- Jak zwykły arkusz papieru. Później miała wszystkie piętra i pokazywała kropki z imionami oraz nazwiskami ludzi, którzy przebywali na terenie Hogwartu.

- A jakim zaklęciem ją otwierałaś?

- Trzeba było tylko powiedzieć: "Przysięgam, że knuję coś niedobrego.", żeby zamknąć "Koniec psot". Syriuszu, naprawdę nie chcesz się czegoś dowiedzieć o swojej przyszłości?

- No dobrze... mam swój motocykl?

- Oczywiście. I to jeszcze ulepszony! Bardzo dobrze się spisał- powiedziała z rozczuleniem.

- Nie opowiesz nam o żadnych konkretnych faktach, prawda?- zapytał Remus.

Dziewczyna popatrzyła na nich z czułością i, jakby się opamiętując, potrząsnęła głową.

- Nie, nie mogę. Na dziś chyba wystarczy, muszę iść. Dziękuję wam, że nie zdradzicie mojej tajemnicy.

Pocałowała każdego z nich w policzek, po czym ruszyła do portretu Grubej Damy.

- Ale gdzie ty idziesz? Sypialnie są tam- Łapa wskazał schody i uśmiechnął się ironicznie.

- Tak, wiem, gdzie są sypialnie, mieszkałam tam przez siedem lat- odparła złośliwie.

- To gdzie ty idziesz?- spytał James.

- Do mojej sypialni. I nie, nawet nie pytajcie. To moja słodka tajemnica- roześmiała się radośnie i Potter stwierdził, że powinna częściej to robić.

- Hermiono?- Syriusz się zawahał.- Możemy powiedzieć to Peterowi?

James rozumiał jego rozterkę. Obiecał Granger, że nikomu nie powie, a jego honor nie pozwalał na złamanie słowa, jednak Peter był jego przyjacielem, przed którym, do tego dnia, nie miał tajemnic. To, że raz coś przed nim ukrył, nie znaczyło, że zrobił to z przyjemnością.

Dziewczyna zastanowiła się chwilę, po czym powiedziała z łagodnym wyrazem twarzy:

- Nie mówcie tylko o tym, co powiedziałam ogólnie o przyszłości, o tym, że Remus będzie w Zakonie i to chyba wszystko... chociaż nie. Nie mów mu też, jak zginąłeś, dobrze?

- Dobrze- zaakceptował warunki.

- Dobranoc- odpowiedziała z uśmiechem, po czym zniknęła w ciemności korytarza.

James mało spał tej nocy- musiał przetrawić wszystkie informacje. Będzie miał syna! Będzie miał żonę! Sm... Snape okazał się dobry... Jego syn na drugie imię miał James, a na pierwsze coś na "H" i był pewien, że to właśnie on będzie tym chrześniakiem Syriusza! Tyle dobrych informacji, jednak...

Dlaczego Hermiona była taka przejęta, gdy mówiła o Peterze? Co on mógł zrobić, że nawet "dyrektor" mu nie ufał? Nie mógł pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś bardzo złego. Zresztą nie tylko on nie mógł zasnąć. Rogacz nie słyszał zwyczajnego chrapania Remusa, a z łóżka Łapy ciągle dochodziły jakieś szelesty. Czy oni też poczuli, że coś w tej sprawie śmierdzi? Jednak myśl o Hermionie jakoś mu pomagała. Nie znał się na ludziach, jednak w jej zachowaniu nie widział fałszu. Ufam tej dziewczynie- ta myśl ukołysała go do snu.

sobota, 16 lipca 2016

Dziecko wojny

Witajcie! Dzisiaj krótko- mam dla Was miniaturkę, która dla wielu z Was będzie niezrozumiała, naciągana i ogólnie denna. Jednak pisałam ją po przeczytaniu kilkunastu ff Tomarry, gdzie zły i mądry Harry po prostu występował. Do wątku odkrycia przez mugoli zainspirował mnie "Syn śmierci", którego gorąco polecam ;) Miniaturka została przede wszystkim napisana na konkurs dla Stowarzyszenia Harry'ego Pottera. Zapraszam tych niezrażonych do czytania! :)

Czy może istnieć świat gorszy od tego, w którym żyjemy? Pod władzą Voldemorta, ukrywając się jak szczury, opłakując nie umarłych, lecz żywych, którzy muszą to znosić? Do pewnego czasu myślałem, że nie, przecież nie może istnieć wróg gorszy od niego. W końcu to on pokonał Albusa Dumbledore'a, jakby ten był nic nieznaczącym robakiem. Ja żyję tylko dzięki moim przyjaciołom. Kiedy Albusa zabrakło, priorytetem wszystkich stało się chronienie mnie- w końcu byłem ich ostatnią nadzieją. Czułem się winny, że ja muszę się ukrywać, kiedy oni giną za mnie każdego dnia, lecz dopóki nie miałem sposobu, by go pokonać, musiałem siedzieć cicho.

W końcu jednak nastał ten czas i wiedziałem, co zrobić, by uwolnić świat od mordercy wszechczasów. Jeśli nie mogłem pokonać go t e r a z, to musiałem zrobić to w przeszłości. Na szczęście miałem przy sobie Hermionę i możliwość podróżowania. Z magią wszystko było łatwiejsze, ale i tak długo zajęło mi znalezienie artefaktu, który przeniósłby mnie w czasie. 

Był to mały przedmiot, sygnet, który bez problemu mieścił się w kieszeni. Taka błahostka miała uratować Czarodziejski Świat- to wręcz nie mieściło się w głowie. Sygnet miał jednak jedno ograniczenie, mógł przenieść tylko jedną osobę. Moi przyjaciele bardzo długo protestowali przed tym, żebym to ja miał się przenieść się w czasie, ale wytłumaczyłem im, że nie bez powodu mnie ukrywają. W końcu to JA miałem zabić Voldemorta, obojętnie w jakich czasach. Ostatecznie mnie puścili, ale przy pożegnaniu wyglądali, jakby właśnie dostali informację o moim pogrzebie. Jednak dla mnie liczył się tylko sygnet.

Wiedziałem dokładnie, co zrobić- miałem założyć pierścień i pomyśleć, o ile lat ma mnie przenieść. Uznałem, że sto lat wstecz będzie wystarczającą ilością czasu, abym dostosował się do społeczeństwa i zdobył tyle doświadczenia, abym bez problemu mógł zabić noworodka, który jeszcze nic nie zrobił. Poza tym musiałem go znaleźć. Plan był bardzo dobry i pewnie wszystko poszłoby gładko, gdyby nie jeden fakt... pierścień przenosił w przyszłość.

I tu pojawił się problem. Wiedziałem, że przeniosłem się sto lat do przodu od razu po wylądowaniu. Wyglądałem inaczej od tamtych ludzi, bardziej jak wieśniak, a nie wybawca Czarodziejskiego Świata. Na ironię wylądowałem w mugolskim Londynie. W latających samochodach nie było ani trochę magii, a telefony w dłoniach zostały wszczepione za pomocą jakiś ostrych, mugolskich narzędzi. Miałem nadzieję, że znajdę kogoś, kto poinformuje mnie o zmianach, jakie zaszły od moich czasów. Czy zwyciężyliśmy? A może Voldemort do dzisiaj dzierży władzę?

Najlepszym rozwiązaniem było aportowanie się do Ministerstwa, lecz nie wiedziałem, kto teraz rządzi krajem. Może nadal musiałem się martwić listem gończym? Postanowiłem powęszyć wśród prostych ludzi. Kojarzyłem mniej więcej drogę do Dziurawego Kotła, więc jak najszybciej się tam udałem. Oczywiście, mogłem się aportować, ale zbyt dużo ludzi się tutaj kręciło. Prawdopodobnie ta decyzja uratowała mi życie.

Otóż, gdy tylko przybyłem na miejsce, wszelkie moje nadzieje dotyczące minimalnych zmian zostały zmiażdżone. Tak jak Dziurawy Kocioł, a przynajmniej domyślałem się, że to on jedynie po położeniu. Stary budynek został zrównany z ziemią i już nie umożliwiał przejścia na ulicę Pokątną. Rozejrzałem się niemal machinalnie, choć wiedziałem, że mugole nie mogą zobaczyć tego miejsca, lecz ponownie mnie zszokowali. Patrzyli tam, pokazywali sobie ruiny palcami, rozmawiali przy nich. Jak...? Ja nie wyczuwałem żadnej różnicy. Dopiero później dostrzegłem jeden dziwnie płaski blok na gruzach i domyśliłem się, że to jakaś tablica. Podszedłem spokojnym, wręcz spacerowym krokiem na bezpieczną odległość i zacząłem czytać, nadal jednak trzymając dłoń na różdżce.

Magia zostanie zwyciężona!
Pamiątkowy pomnik bitwy pod Londynem, prowadzonej z obcymi jednostkami i ostatecznej kapitulacji Voldemorta.

Wpatrywałem się długo w te słowa, ale i tak nie uspokoiłem szalonych myśli. Voldemort skapitulował? To było spełnienie marzeń, ale wraz z nim została pokonana magia. Co więcej, jeśli dobrze zrozumiałem, to mugole ją zniszczyli.

Nie mieściło mi się to w głowie. Przecież zawsze byliśmy ponad nimi. Sam z doświadczenia wiedziałem, że żyjąc z magią, pozostaje niewiele niemożliwych.
Co w takim razie działo się z czarodziejami? Zabili ich? A może po prostu się przenieśli, podczas gdy mugole myśleli, że ich już nie ma? Nie wiedziałem, jak zdobyć te informacje. Nie chciałem ryzykować, aportując się w magiczne miejsca, więc postanowiłem popytać mugoli.

Zauważyłem blisko mnie mężczyznę, który również przyglądał się tablicy. Podszedłem do niego i nagle... nie wiedziałem, co mam dalej zrobić. Postanowiłem mimo wszystko się odezwać.

- Przepraszam.

Mężczyzna spojrzał na mnie z ciekawością.

- Przyjechałem dopiero niedawno i... czy wie pan, co tu się stało?

To nie było najlepsze posunięcie, jeśli wojna z Voldemortem była rozpowszechniona na cały świat. A prawdopodobnie była, sądząc z nagle zamkniętej twarzy człowieka.

- A skąd pan przyjechał, jeśli można wiedzieć?

- Byłem... na Atlantyku. Tak! W łodzi podwodnej. Jestem badaczem- dodałem pewniejszym głosem.

O ile łodzie podwodne jeszcze istnieją, na brodę Merlina!

- Moja rodzina, która mieszka w Anglii nie mogła się ze mną komunikować i jedynie przy zaopatrywaniu docierały do mnie strzępki informacji, z których trudno było mi cokolwiek poskładać.

- Więc nie był pan z Armii?- spytał nadal nieufnie mężczyzna i zmierzył mnie wzrokiem.- Czy nie był pan w odpowiednim wieku? Nie widzę u pana przejawów kalectwa.

- Jestem głuchy- wypaliłem.- To znaczy... teraz to już czysto technicznie. Niedawno wczepili mi implant.

No dawaj! Łyknij to!

Mężczyzna jednak nadal nie przejawiał chęci do rozmowy i straciłem cierpliwość.

- Jeśli nie chce mi pan nic powiedzieć, to proszę chociaż nie marnować czasu. Od kilku lat nie widziałem rodziny, ale co robię, gdy wysiadam na ląd? Spowiadam się ze swojego życia. Do widzenia- pożegnałem go ostrym spojrzeniem.

Miałem nadzieję, że moje zmyślone informacje zostaną przyjęte bez sprzeciwu albo chociaż żeby pasowały do tych czasów. Badacz Atlantyku, też mi coś. Jednak najwyraźniej zadziałało, bo mugol zawołał:

- Proszę mi wybaczyć, po prostu rzadko mamy tu obcych od czasu Bitwy, raczej wszyscy trzymają się swoich kwartałów. Oczywiście, rozumiem pana sytuację- dodał szybko.- A wracając do pańskiego pytania- te ruiny stanowią symbol Nowego Świata, utworzonego po pokonaniu obcych. To wtedy ich pokonaliśmy i wykorzeniliśmy magię na dobre- prychnął.- To nawet zabawne, że kiedyś słowo magia kojarzyła nam się z wróżkami i czarami, a teraz nazywamy tak technologię Obcych.

- Jak ona działała? Nigdy nie widziałem żadnego ataku.

- Opracowali różdżki, które wraz z połączeniem wewnątrz wysyłają impulsy o określonej częstotliwości. To niewyobrażalne, co można dzięki temu zdziałać... Można nawet zabić... przede wszystkim zabić- dodał szeptem.

- Wiem, straciłem tak rodziców- uśmiechnąłem się smutno.- Teraz jedynie wujostwo mi pozostało. I dlatego nie mogę sobie wyobrazić, jak zdołaliśmy odeprzeć ten atak...

Złap przynętę... Pochwyć... Muszę to wiedzieć!

- Tak, mnie też fascynuje ta technologia. My, Ziemianie, zdołaliśmy rozgryźć zabawki Obcych i obrócić je przeciwko nim. Sam przez długi czas nie mogłem w to uwierzyć, ale w końcu zobaczyłem to na własne oczy.

Stop. Rozgryźli magię?! Jak to możliwe?! To wyjaśniało chociaż trochę naszą sytuację.

- Dużo straciliśmy, ale odnieśliśmy zwycięstwo- westchnąłem.- Tylko czy ta cena była tego warta? Straciłem kuzyna, był w Armii.

- Tak jak mój syn- westchnął mężczyzna.- Dobrze, że za to zapłacili. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym na ulicy spotkał obcego...

Już miałem spytać, co właściwie się stało z "obcymi", lecz przechodzeń dokończył zdanie, a mnie otoczyła ciemność.

- ... chyba to- wyszeptał.

Tak, zostałem rozpoznany. Przeżyłem, lecz porwał mnie Łowca. To były bolesne tygodnie, ale wiele się dowiedziałem. Mugole nie byli tak ślepi, jak nam się wydawało, a premier pokorny jak poprzednicy. Coś złego się działo w jego świecie, coś n a d n a t u r a l n e g o i on doskonale wiedział co, więc nie zamierzał siedzieć cicho. 

Kiedy czarodzieje nawzajem się wybijali, mugole opracowywali broń. Broń, jakiej świat dotąd nie widział. Za pomocą określonych częstotliwości mogli robić wszystko, co im się wyśniło. Podnosili rzeczy, niszczyli je, a nawet naprawiali. Tak też wytłumaczyli sobie naszą magię, magię Obcych. Byliśmy dla nich przybyszami z kosmosu, którzy starali się zawładnąć światem. Chociaż samo założenie wydawało się być śmieszne, nasz upadek mówił sam za siebie.

- Masz dość?

Łowca z przyjemnością udzielał mi informacji, wiedział, że to bolało. Oczywiście, troszkę przesadzałem, płacząc, ale czego się nie robi dla dobra sprawy.

- Przestań- wyszeptałem, mocniej wciskając szpilkę w swoją dłoń.

- Wyłapaliśmy was tak jak hycel łapie bezdomne psy! Podoba ci się twoja klatka?- zarechotał.

Faktycznie, byłem w swego rodzaju klatce. Bo największym osiągnięciem mugoli nie było odkrycie częstotliwości na zabijanie, nie... oni musieli znaleźć częstotliwość, która zamykała magię. Nie wiedziałem, jak to działa, ale to w jakiś sposób r o z p r a s z a ł o naszą moc. Okropne uczucie.

- Jesteście potworami- przekułem kolejny wrażliwy punkt i zaszlochałem.

- My? To WY wysadzaliście nasze domy, mordowaliście krewnych. Myślisz, że robiłbym to, co robię, gdy mój syn był teraz ze mną? Gdyby nie Obcy, on by żył!

Mój Łowca był lekko... niezrównoważony, stracił syna w jednej z bitew. Boleśnie mnie za to karał, przeważnie posługując się Bronią. Oczywiście musiałem trafić na zawodowca. Ustawiał częstotliwość torturującą i utrzymywał ją, aż nie mdlałem... dobra, aż udawałem, że mdleję.

- Wiesz, gdybyś nie był Obcym, też wcieliliby cię do Armii. Zginąłbyś jak wszyscy oni. Mój Kyle miał łeb, za parę lat stałby się jakimś sławnym badaczem. Ale on umarł, bo postanowiliście podbić Ziemię!

Tak, Armia. Chyba powinienem czuć do niej nienawiść, w końcu to ona zwyciężyła ostatecznie Czarodziejski Świat. Jednak kiedy myślę o tych wszystkich młodych ludziach... moich rówieśnikach. Ja czułem ciężar obowiązku, odkąd tylko dowiedziałem się, że jestem czarodziejem, ale oni? Wojna zrujnowała ich życie, o d e b r a ł a życie. Mimo wszystko im współczułem. Również gdy uciekałem i ogłuszałem Łowcę, nie miałem mu za złe niczego, co zrobił. Sam też chciałem stawiać czoła złu, właśnie dlatego przeniosłem się w czasie.

Ten świat nie był mój, ale postanowiłem uwolnić czarodziejów. W świecie, gdzie magia została zakazana, stało się to niemal niemożliwe. Niemal. Ale ja byłem Chłopcem-Który-Przeżył-I-Ponownie-Nie-Miał-Zamiaru-Umrzeć. 

Zajęło mi to wiele lat, ale w końcu przeniknąłem do rządu. Dostałem się do klatek i wypuściłem moich pobratymców. Byli szczęśliwi, znowu widzieli we mnie Wybawcę, chociaż nikt z nich nie mógł mnie pamiętać. Kazałem im się ukryć, ale czekać na moje wezwanie. Razem mieliśmy odbić nasz świat. Dałem im nadzieję na dalsze życie i wierzyłem, że to wystarczy.

Dlaczego to wszystko robiłem? Mogłem wrócić i rozwiązać problem, zanim się właściwie utworzył... Pierścień pozostał na moim palcu przez te wszystkie lata i nie raz miałem ochotę go użyć, ale wtedy przypominałem sobie o ludziach, dla których straszliwe rządy Voldemorta nie miały znaczenia. Liczyło się tu i teraz, pokładali we mnie nadzieję tak jak moi przyjaciele… Prawda jest taka, że tamtych zawiodłem- dowiedziałem się, że atak nastąpił niedługo przed moim odejściem. Gdybym wrócił, nie mógłbym nic zdziałać. A jakoś musiałem zaspokoić mój kompleks bohatera...

W najbardziej strzeżonej klatce znalazłem Voldemorta. Nie zdziwiło mnie to, miał horkruksy i nie mógł umrzeć. Nawet zabawna był jego mina, kiedy mnie zobaczył.

- Potter?- zachowywał się jakby los ofiarował mu... no, mnie.

Nie zabiłem go, ale dałem wybór. Albo wieczność bez magii, albo rebelia pod moją władzą. Zgodził się na to drugie. Chyba nigdy nie podejrzewał, że nieśmiertelność obróci się przeciwko niemu. Lord Voldemort schwytany... Byłem świadomy, że może mnie zabić przy pierwszej okazji, ale znałem go na tyle, by wiedzieć, że bardziej będzie pragnął zemsty. To nawet przerażające, w jakim stopniu zdążyłem poznać umysł psychopaty.

Tak, trafiłem do świata gorszego od mojego. Świata, gdzie zabrano nam nasze jestestwo. Świata, gdzie magia została zakazana, a my staliśmy się najeźdźcami. Również w tym świecie sprzymierzyłem się ze swoim wrogiem. Walczyłem w nowej wojnie, z nowym wrogiem, mając świadomość, że mogę umrzeć, ale było warto. 

Pokonaliśmy mugoli i odnowiliśmy nasz Czarodziejski Świat, Voldemort zajął się rządem, a ja... spotkałem kobietę.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Czarny chleb i czarna kawa

 Witam :3 Oto kolejna bezpairingowa miniaturka. Mam nadzieję, że już niedługo ponownie się spotkamy, zapraszam :) Ostrzegam o częściowym braku kanonu.

Jedzie pociąg, złe wagony

Słyszałem charakterystyczny stukot jadącego pociągu. Nie pamiętam, żebym do niego wsiadał, ale to możliwe. Byłem zbyt zaślepiony rozpaczą i wściekłością, by wyrwać się aurorom. Co ze mną zrobią? Gdzie mnie wiozą? Te wagony są złe. Nie tylko z powodu braku w nich czegokolwiek. Siedziałem na podłodze, obezwładniony i wpatrywałem się w czubki własnych butów. Jednak za nimi widziałem wiele symboli- graffiti zrobione przez poprzednich podróżnych, jak by to określili mugole. Jednak wśród nich wybijał się jeden, zajmował bowiem prawie całą przestrzeń. Wizerunek ponuraka- śmierci. Zazwyczaj nie wierzyłem w takie bzdety, lecz w pociągu wyczuwałem tak złą aurę, a chłód wstrząsał tak gwałtownie moim ciałem, że nie miałem wątpliwości, że to właśnie mnie czeka.

Do więzienia wiozą mnie

Wreszcie ktoś przyszedł- auror, którego kojarzyłem z pracy. Jednak z całej jego postawy emanowała taka nienawiść, jakiej jeszcze nie doświadczyłem. Byłem lubianym gościem, ba, należałem do elity. Zazwyczaj w każdym środowisku odnajdywałem kilku frajerów, którzy nie dostrzegali mojego uroku osobistego, jednak z ich strony spotykałem się z niechęcią i pogardą. Nawet Snape nigdy tak na mnie nie patrzył.

- Co się dzieje? Gdzie jestem i dokąd mnie wieziecie?

Zadawanie tych pytań nie było chyba dobrym pomysłem, ale zorientowałem się dopiero po fakcie.

- Jak śmiesz się odzywać, ty szumowino? Oczywiście, że jedziesz do Azkabanu. Dwunastu mugoli, Pettigrew, Potterowie... A może uważasz, że jesteś niewinny?

Nie wiedziałem, o czym on do mnie mówi. Potterowie? Peter? Mugole? Jednak jednego się dowiedziałem, zmierzałem do więzienia. Do Azkabanu, najgorszego miejsca na świecie.

Świat ma tylko cztery strony

Starałem się wykombinować jakąś drogę ucieczki, ale nie wiedziałem, gdzie konkretnie się znajduję. Poza tym byłem obezwładniony, a nade mną stał strażnik i śledził każdy ruch mojej głowy. W końcu jednak musiał nadejść czas, gdy podróż dobiegnie końca i wyjdziemy na otwartą przestrzeń. Co wtedy?
Mogłem uciec na Grimmauld Place, mojego rodzinnego domu. Był dobrze ukryty, jednak nadal rezydowała w nim moja pokręcona mamuśka i jej równie pokręcony skrzat. Musiałem znaleźć inne wyjście.
Dom Jamesa i Lily? Gdy ostatnio go widziałem, nie był zdatny do zamieszkania, jednym słowem. Zniszczony, z wielką dziurą w ścianie na piętrze. I ciała. Tylko Harry przeżył... Jednak w razie czego, mogłem znaleźć tam schronienie.
Mieszkanie Lupina?
Za czasów Hogwartu ufaliśmy sobie bezgranicznie, jednak w czasie wojny to się znacznie zmieniło. Miałem wątpliwości, czy jest lojalny wobec Zakonu Feniksa. Nawet jeśli się kontrolował, to jego wilkołacze wnętrze dawało o sobie znać przy każdej pełni i przez kilka kolejnych dni. W zwyczajach tych stworzeń jest walka, więc czy Remus nie chciałby kolaborować z wrogiem, by zdobyć więcej ofiar? Tego nie wiedziałem, ale wolałem ostrożnie wybierać sobie przyjaciół. On chyba nie miał takiego problemu, więc tam też znalazłbym schronienie.
Ostatnim przystankiem był Hogwart. Dumbledore na pewno przyjąłby mnie pod swoje skrzydła, tym bardziej po stracie Jamesa i Lily w naszych szeregach. Byłem zbyt dobrym wojownikiem, żeby wyrzucić mnie na ulicę prosto w łapy aurorów. Trudno jednak kryć się przed wymiarem sprawiedliwości, który niesłusznie mnie ścigał. Mimo to musiałem- dla osieroconego Harry'ego.
Pozostawały mi więc cztery strony, w które mogłem pójść.

A w tym świecie nie ma mnie

Dojechaliśmy do celu, a moja nadzieja znikła bezpowrotnie. Tylko kilka razy doświadczyłem mrożącego wpływu dementorów, gdy pilnowałem więźniów na sali sądowej, ale umiałem go rozpoznać bezbłędnie. Nagle cała nadzieja wyparowała, a do głowy zaczęły przychodzić najczarniejsze myśli. Nie miałem szans na ucieczkę, gdy w pobliżu kręcili się dementorzy, a zresztą auror chyba miał zamiar mnie lewitować. Tak, moje podejrzenia okazały się prawdą. Mężczyzna rzucił na mnie zaklęcie i przelewitował do łodzi. Płynęliśmy przez nieznane mi wody, a istoty mroku krążyły nad nami w powietrzu. W końcu dopłynęliśmy do jakiejś wysepki i auror mnie uwolnił, po czym zniknął w łodzi. A ja poczułem się, jakbym już nie był na Ziemi.

Gdy swe oczy otworzyłem

Prawie od razu przechwycił mnie inny człowiek. Popychając i szturchając, w końcu doprowadził mnie do celi. Byłem zobojętniały na to wszystko. Minąłem wiele cel, gdzie siedzieli ludzie, których sam zamknąłem, a do których miałem dołączyć. Strażnik zatrzasnął kraty i rzucił na nie zaklęcia, o których nigdy nie słyszałem. Następnie skierował różdżkę na mnie:

- Finite Incantatem.

Poczułem, jak otępienie znika, a mnie wypełnia paląca wściekłość. James... zginął przez Petera. Ten piekielny szczur ich zdradził! Tak, wyłożył mu to wszystko, a on... Merlinie, dwunastu mugoli. Zabiję go, zabiję, zabiję, zabiję!!!

- Witamy w piekle, Black.

Nawet nie zorientowałem się, kiedy zamknąłem oczy. Lecz zanim je jeszcze otworzyłem, wyczułem, jak istoty ciemności się do mnie zbliżają. Uchyliłem powieki. Nie myliłem się, przed moją celą stali dwaj dementorzy.

Wielki żal ogarnął mnie

Rzucili na mnie Zaklęcie Oswojenia, jak na jakieś zwierzę. Teraz widziałem wszystko jasno- ciało kochanego Jamesa, który tyle razy uśmiechał się z triumfem do pokonanej śmierci, kochaną Lily, tę cudowną Evans, która zawsze starała się odgonić mnie od nieodpowiednich dziewczyn, zdradziecki Peter, który zawsze był słaby, ale który nigdy nie zdradził przyjaciół i zawsze lojalny Remus, który nie zrobił nic źle, a nawet ja nie mogłem powstrzymać się od oceniania go. Co się z nami wszystkimi stało? Wylądowałem w najgorszym więzieniu świata przez najlepszego kumpla. Zdradził nas. Powiedział wszystko naszemu najgorszemu wrogowi, bo był słaby. Bo przyjaciele nie byli dla niego tak ważni jak dla mnie. A potem... potem, zamiast odpokutować i przyznać się do winy, ponownie zdradził. Merlinie, on zabił ludzi. Dwunastu bezbronnych mugoli było ceną za jego wolność. I nie cofnął się przed tym. Gdzie się podział Peter? Co się z nami wszystkimi stało?

Po policzkach łzy spłynęły

Wiedziałem, że to przez dementorów siedziałem w miejscu i nic nie robiłem. Ten ich zbawienny wpływ. Prawdą jednak było też to, że nie pozbyłem się swojej złości. Przytłumili ją i wepchnęli w najdalszy kąt mojej duszy, ale nadal ją czułem. Zbawienna złość. Słyszałem krzyki i płacz, przekleństwa, śmiechy. Ale to było normalne. Po chwili ja również się rozpłakałem. Co było normalne? Że facet, którego znasz od dziecka, gotuje ci taki los? Zabija z zimną krwią? Nadal miałem przed oczami widok najlepszych przyjaciół leżących na podłodze bez ruchu, bez życia. A wszystko... przez niego. I przeze mnie. Gdyby nie mój pomysł, Lily i James uczyniliby mnie strażnikiem tajemnicy. A ja głupi odmówiłem, bo myślałem, że Voldemort weźmie mnie w obroty. I ZGINĄŁBYM ZA NICH! A nie jak ten tchórz... z zimną krwią... tych parę słów...

Zrozumiałem wtedy że

Siedziałem i płakałem, lecz powoli oswajałem się ze stratą bliskich. Co ja mówię? Udało mi się to tylko dlatego, że przysiągłem zemstę na Peterze. Musiałem się stąd wydostać. Nie wiedziałem, ile upłynęło czasu. Dla mnie były to wieki, ale zapewne nie minęło więcej niż kilka dni. Ciągle byłem człowiekiem i miałem swoje potrzeby- musiałem jeść, by żyć. Dotąd nie otrzymałem żadnego pokarmu. Chcieli mnie ukatrupić za pomocą głodówki? Muszę żyć, by uciec i zemścić się na Peterze! W tym samym momencie do głowy przyszła mi myśl, która zmroziła krew w żyłach, co było niewątpliwie zbawiennym wpływem dementorów. Nikt jeszcze nie uciekł z Azkabanu. I wtedy zrozumiałem, że mnie również się to nie uda.

Czarny chleb i czarna kawa

Zaśnięcie w Azkabanie wydaje się niemożliwe, lecz kiedyś ciało musi odpocząć. Po kilku nieprzespanych nocach mój umysł zaprotestował i po prostu się wyłączył. Po części cieszyłem się z tego, bo mogłem oderwać się od złych myśli. Dodatkowo te kilka godzin przybliżało mnie do końca wyroku. Dobre sobie. Gdy tylko zasnąłem, otoczyło mnie zimno i strach. Widziałem Jamesa, który bronił się przed Peterem i dodatkowo płakał. Wołał do mnie, wypowiadał moje imię, pragnął pomocy, lecz gdy już podjąłem decyzję, żeby do niego podejść, Glizdogon zwrócił na mnie swoje oczy. Były czerwone jak u białych szczurów, lecz wiała z nich taka nienawiść i pogarda, jaka nigdy nie zagościła w najbardziej zepsutej części duszy żadnego człowieka, a co dopiero takiego zwierzęcia. Cofnąłem się błyskawicznie, lecz mimo to Peter zawołał do mnie:

- Odsuń się, Syriuszu! To ja jestem Strażnikiem Tajemnicy!

Mimo że z tego zdania nic nie wynikało, mnie przeleciał strach, jakby przyjaciel wypowiedział najbardziej przerażającą groźbę. Tak zresztą działają sny, lecz wtedy oczywiście nie byłem świadomy, że jestem daleki od przytomności umysłu. Po prostu uciekłem jak tchórz, a krzyki Jamesa prześladowały mnie jeszcze długo. Dopiero gdy się poślizgnąłem i upadłem na twarde podłoże, uświadomiłem sobie, że nie słyszę już okropnego wołania. Natychmiast poczułem ulgę, lecz moje spojrzenie padło na podłogę i mało co nie zwymiotowałem. Krew, wszędzie krew. Kogo? Lily i innych dwunastu osób, których miałem na sumieniu. Leżeli na kupie, rozebrani i okaleczeni. Na szczęście wtedy się obudziłem.

Wciągnąłem haust powietrza, lecz nie zrobiło mi się lepiej. Przy moich kratach stało pięciu dementorów i wywierało na mnie swój zbawienny wpływ. Starałem się uspokoić, bo wiedziałem, że mój koniec niepokojąco szybko się zbliża. Zemsta. Przypomniałem sobie sen i poczułem wściekłość- na Jamesa za to, że był słaby, na Petera za to, że nas zdradził, i wreszcie na siebie za to, że stchórzyłem. Zimno zaczęło ustępować i gdy otworzyłem oczy, przy mojej celi stało tylko dwoje mrocznych strażników.
Ze zdziwieniem zauważyłem na podłodze tacę z jedzeniem i od razu się na nią rzuciłem. Napój- kawa, tak, czarna, zimna, okropna, jednak dająca choć trochę energii. Chleb również czarny, suchy, jednak zjadliwy i wypełniający żołądek. Dlaczego dostałem to teraz? Nie zastanawiałem się nad tym i po prostu jadłem.

Opętani samotnością

Przez kolejnych kilka dni nie zasypiałem, nie dostałem już jedzenia. Starałem się wytrzymać, wspominając dawne dzieje, jednak nie mogłem się na niczym skupić. Miałem niekiedy wrażenie, że słyszę na korytarzu ciężkie kroki kata, lecz gdy wstawałem, one cichły. Kilka razy nawet słyszałem płacz dziecka i mógłbym przysiąc, że był prawdziwy. Odkąd urodził się Harry takie kwilenie wyłapywałem natychmiast. Ono nie cichło- wręcz przeciwnie. Wiedziałem, że to tylko wytwór mojej wyobraźni, zbawienny wpływ dementorów lub halucynacje wywołane brakiem snu, a może nawet wszystkie trzy opcje, ale nie pomagało mi to. Byłem sam i nikt nie mógł mi pomóc, sam musiałem stawić czoło swoim demonom jak inni więźniowie. Niby po obu moich stronach ktoś zamieszkiwał cele, lecz ja czułem się, jakbym został wyizolowany. Dławiłem się samotnością i nie mogłem się od niej uwolnić.

Myślą swą szukają szczęścia

Nie da się bronić przed istotami ciemności bez różdżki chyba, że jest się Dumbledorem lub Voldemortem. Nie ma sensu stawiać oporu umysłowego, lecz ja próbowałem. Miałem o tyle dobrze, że moja chęć zemsty wraz z moim ognistym temperamentem tworzyła mieszankę wybuchową. Czułem, że dementorzy zaczepiają mi w głowie złe myśli, lecz wtedy zawsze przywoływałem obraz Petera oraz Jamesa, a złość wracała. To był mój sposób na oparcie się depresji i przez jakiś czas działało tak dobrze, że przy mojej celi stał tylko jeden demon ciemności. Wiedziałem, że nie pocieszę się długo swoim zwycięstwem. Moje ciało zbyt długo nie dostawało ode mnie snu i w końcu będę musiał ulec, a wtedy zlecą się całe chmary dementorów. Na razie jednak korzystałem i zacząłem wspominać te dobre chwile, co rusz przypominając sobie Petera jako poczciwego człowieka, by po minucie je stracić.

Które zwie się wolnością

Przez ten czas, gdy mój jeden strażnik gdzieś się ulotnił, nie rozmyślałem tylko nad szczęśliwymi chwilami. O nie, nie próżnowałem. W końcu musiałem uciec z tego cholernego Azkabanu! Na początek cicho przeszukałem całą celę, lecz w sianie nic nie znalazłem. Serio? Żadnego metalu, spinki, a nawet igły? Choroba. Zbadałem także zamek, lecz niespodzianka! Nie było tam nic. Faktycznie, jak przez mgłę pamiętam, jak auror rzucał na drzwi zaklęcia, ale nie mogłem sobie przypomnieć jakie. Trudno i tak bez różdżki bym ich nie złamał. Następnie sprawdziłem ściany oraz podłogę. Jedyna kamienna ściana, jaką miałem, była w niepokojąco dobrym stanie- żadnych pęknięć ani odłamków, natomiast dwie zakratowane nie miały żadnej wyrwy. Nie mogłem się też przez nie przecisnąć, chociaż nie wiem, czy w jakiś sposób by mi to pomogło. Ostatecznie mogłem kopać tunel... jeśli dostarczyliby mi mugolską koparkę, chociaż i tak nie wiem, czy dałaby radę. Podłoże było solidne i nawet gdybym miał jakieś narzędzie, nie mógłbym się nim posłużyć. Siedziałem już w więzieniach i nigdy ucieczka nie była prosta, więc, mimo lekkiego rozczarowania, nie zniechęciłem się. Poszedłem w końcu spać.

Zapach murów, widok krat

Miałem rację, koszmarne koszmary nie ustąpiły. Na szczęście nie pogorszyły się. Tym razem śniło mi się, że nie mogłem uciec z Azkabanu, chociaż drzwi stały otworem, a dementorów nigdzie nie było. Jednak bałem się przekroczyć próg. Na gacie Merlina, ale ja trzęsłem portkami w tych snach! Obyło się na szczęście bez krwi, ale tym razem pojawił się Harry. Wiedziałem, że to on, chociaż nie widziałem jego twarzy. Kołysany był przez jednego z dementorów, który przy każdym ruchu wysysał mu kolejną część duszy. Nagle istota mroku rozłożyła ramiona i dziecko jakby w zwolnionym tempie zaczęło spadać, a ja, choć chciałem, nie mogłem go złapać. Upadło i usłyszałem trzask kości. Złamało kark, chociaż już wcześniej zostało pozbawione duszy. Właśnie wtedy się obudziłem i na początku nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Wciągnąłem mocno powietrze i rozejrzałem się szybko. Tak, charakterystyczny zapach murów i widok krat wskazywał na więzienie, natomiast chłód dementorów na Azkaban.

Wietrze ponieś moją pieśń

Dostałem jedzenie! Od razu wsunąłem swoją porcję i nabrałem sił. Położyłem się i w końcu pozwoliłem swoim myślom płynąć. Słuchałem swoich współtowarzyszy podróży na tamten świat i po paru minutach zorientowałem się, że więzień z celi obok śpiewa. Wśród wrzasków i szlochów ten dźwięk wydawał się wręcz balsamem na obolałe ciało. Mężczyzna pewnie wybitnie nie śpiewał, ale mimo wszystko poruszyło mnie. Szczególnie słowa. Ten więzień musiał być bardzo mądrym człowiekiem, by napisać coś takiego. Kiedy ucichł, chciałem prosić, by zaśpiewał raz jeszcze, ale związane gardło mi na to nie pozwoliło. Tak bardzo bałem się pokazać słabość... Po chwili zorientowałem się, że nadal słyszę jego głos. To coś brzmiało jak litania do nieznanej mi siły, powtarzające się zdanie: "Wietrze ponieś moją pieśń".

Pieśń goryczy i rozpaczy

Współwięzień rozpalił we mnie nadzieję, co okazało się zgubne. Teraz chciałem tylko go słuchać, zainspirował mnie. Ja sam nigdy nie pisałem, choć zdarzało mi się śpiewać dla zabawy. Fałszowałem niesamowicie i wrażliwy na dźwięki Peter zawsze protestował. Na myśl o nim ponownie wezbrała się we mnie fala złości. Postanowiłem, że dopóki siły mnie nie opuszczą, a ja nie zdążę uciec, napiszę własną piosenkę. Piosenkę o zdradzie, goryczy i rozpaczy.

Moja matko jest mi źle

Fakt, że chciałem zająć czymś swój umysł, wyraźnie nie spodobał się dementorom. Przy mojej celi ponownie gościło dwóch strażników, ale ich obecność właściwie mi pomagała. Pozbawiali mnie nadziei i o tym właśnie pisałem. A właściwie starałem się, w końcu wpływ dementorów tylko w cudzysłowie był zbawienny. Nie miałem pewności, ile spędziłem już czasu w Azkabanie, ale dwie przespane noce to za mało, by pomóc ciału się wyleczyć. Tak samo było z jedzeniem- nie mogłem długo przeżyć w tym stanie. Miałem świadomość, że musiano rzucić na mnie jakiś czar, bo inaczej dawno byłbym martwy. Nie dodawało mi to otuchy i coraz gorzej się czułem. Chwilami dostawałem napadu drgawek, innym razem wymiotowałem- na sucho, oczywiście. Gdy podjąłem się pisania piosenki, wstąpiła we mnie nadzieja i tym samym odsłoniła na bok moją tarczę. Dementorzy od razu to wykorzystali, a tym samym pomagali mi, lecz z drugiej strony bardzo osłabiali. Już nie mogłem się zasłonić wściekłością, bo wyparowała pod wpływem nadziei. Byłem skończony, a wszystko pogarszał fakt, że moja matka miała rację- nadzieja była matką głupich. Dzięki, mamo.

Młodsza siostra zapytała

Mijało coraz więcej czasu, a ja traciłem coraz więcej sił. Wbiłem sobie do głowy, że nie mogę zasnąć, bo już się nie obudzę, a dementorzy skrzętnie to wykorzystywali. Czy tak właśnie wyglądało staczanie się w objęcia szaleństwa? Już nie słyszałem śpiewu współwięźnia- do moich uszu docierały tylko błagania o pomoc. Czy była to gra moich oprawców? Nie wiedziałem, ale przerażało mnie to. Dodatkowo wspomnienie o matce przywołało inne, niechciane myśli. Czy pamiętali o mnie? Moja matka pewnie była zadowolona- wreszcie dostałem to, na co zasłużyłem. A Regulus? Rozstaliśmy się w gniewie, gdy dowiedziałem się, że przyłączył się do Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Może jednak poczuł coś na podobieństwo żalu? A Remus? Biedny, kochany Remus? Czy wie, kto naprawdę za tym wszystkim stoi? Nie. Wspomnienie tamtego dnia było tak bolesne, że pamiętałem je ze wszystkimi szczegółami. Krzyczałem na Petera, a wtedy on wysadził uliczkę, tym samym zabił dwunastu mugoli, upozorował swoją śmierć przez odcięcie palca i uciekł. A winę zwalił na mnie. Niemal od razu pojawili się aurorzy, więc nic nie mogłem zrobić. Dlatego śmiałem się jak opętany. Bo gdybym tego nie zrobił, musiałbym płakać. Odczuwałem, jak morderca mojego przyjaciela ucieka w postaci szczura i nic nie mogłem na to poradzić. Więc nie, Remus nie wiedział o mojej niewinności. Tak bardzo żałowałem Lunatyka- uważał swoich dwóch przyjaciół za zamarłych, a ostatniego za zdrajcę. Pewnie o mnie myślał, ale nie w kryteriach, w których bym chciał. Nie pozostał mi chyba nikt więcej...
Nagła myśl przeszyła mi czaszkę.

- Andromeda*- wypowiedziałem zachrypniętym od braku używania głosem.

Mamo, gdzie braciszek mój?

Wpadłem jak pierwszy lepszy. Głupio i nieodwracalnie. Po jaką chorobę zacząłem wspominać?! Powinienem obmyślać drogę ucieczki! Ale nie. Ja musiałem wspomnieć Andromedę, jedyną życzliwą mi osobę w rodzinie. Wiedziałem przecież, że dementorzy wysysają dobre wspomnienia, co więcej- doświadczyłem tego. Wszystkie dobre cechy, jakie widziałem w Jamesie zniknęły. Dlaczego? Bo dałem je jak na tacy istotom ciemności. Oczywiście, czasami nie dało się wytrzymać i musiałem przypominać sobie, że takie coś jak dobro jeszcze istnieje. Później mi to zabierano, ale wcześniej zostało wykorzystane w dobrym celu- utrzymaniu mnie przy zdrowych zmysłach. Z Andromedą wpadłem i to właśnie była moja chwila kryzysowa. Mieliśmy bardzo mocną więź, częściowo przez wspólne dorastanie. Dodatkowo znaleźliśmy w sobie oparcie po moim wydziedziczeniu. Rozumiała mnie, ponieważ sama nie trwała w niechęci do mugoli jak jej pozostałe siostry, gorzej- w tajemnicy spotykała się z jednym. Kiedyś, gdy jeszcze byłem w łaskach, przychodziła do nas często i pytała: "Gdzie mój braciszek?". Później przyjęło się to przy moich znajomych. A teraz? Odpowiedzią będzie więzienie, więc czy zada to pytanie? Odważy się? A ja? Mam prawo nazywać się dalej jej braciszkiem?

Brat Twój w ciemnej celi siedzi

Przy mojej celi stało już czterech dementorów, a ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Byłem na siebie wściekły, ale to już nie wystarczało. Postanowiłem iść spać, poddałem się. Byłem tchórzem! Ale przede wszystkim nie miałem pomysłu, jak się stąd wyrwać. Przeszukałem całą celę i chociaż nie widziałem nic w tej ciemności, to byłem pewien, że nic tam nie ma. Miałem jeszcze jeden pomysł, ale postanowiłem go sprawdzić, gdy się obudzę. Jeśli się obudzę...

- Syriuszu, nie podążaj za światłem, tutaj go nie ma- powiedziałem to na głos, by lepiej dotarło do mojej podświadomości, po czym zasnąłem.

Odsiaduje wyrok swój

Nie umarłem! Zamiast radosnego okrzyku zdobyłem się tylko na zdziwiony wyraz twarzy posłany między otaczającą mnie chmarę dementorów. Trząsłem się i głośno oddychałem, ale żyłem. Odruchowo chciałem wznieść mój mur, jednak wściekłość zmniejszyła się pod wpływem nadziei. Przyłapałem się na tym, że szukam jedzenia. Tak, w końcu doszedłem do tego, że posiłki otrzymuję po dawce snu. Z oszczędności? W nagrodę? Nie wiedziałem, ale w tamtym momencie mało mnie to obchodziło, bowiem jedzenia nie było. Spodziewałem się, że ogarniająca mnie rozpacz szybko przekroczy granicę mojego własnego smutku, lecz ku mojemu zdziwieniu prawie nie wyczułem zbawiennego wpływu. Moje prawie znaczyło tyle, co odejście od zmysłów nieprzyzwyczajonego do tego człowieka. Holender, przyzwyczaiłem się do dementorów... Spojrzałem na kraty i, faktycznie, zobaczyłem tylko jednego upiora, który w dodatku znajdował się w oddaleniu. Natomiast przed moją celą stał człowiek.

- Panie Black, możemy porozmawiać? Przyszedłem, by omówić pana wyrok- już zapomniałem, że takie dźwięki istnieją.

Teraz? Teraz przyszedł? Widziałem tylko zarys człowieka, ale już wiedziałem, że to typowy polityk- kłamca i dureń. W dodatku... mój wyrok. Oczywiście, wiedziałem, że siedzę tu przez zbrodnię Petera i że wszyscy za sprawcę uważają mnie, ale inaczej jest to usłyszeć od tego pięknego głosu.

- A ma pan coś do jedzenia?- zmierzyłem go wzrokiem.

- Coś się znajdzie- chyba się uśmiechnął.

- W takim razie jasne- wzruszyłem ramionami i wstałem.

Czarny chleb i czarna kawa

Zakuli mnie ponownie w kajdany i otworzyli celę. Wcześniej nie zobaczyłem pomagierów, którzy robili to z największą zręcznością, gdy Pan Polityk stał w bezpiecznej odległości. O tak, bał się mnie, ale na razie nie chciałem dawać mu podstaw do takiego myślenia. Był mi potrzebny. Dlatego bez sprzeciwu dawałem sobą pomiatać i wyprowadzić z celi. Ze zdziwieniem nie zauważyłem nigdzie dementorów, chociaż nikt nie wywołał patronusa. Jakim cudem? Ta wiedza by mi się przydała, ale nie zamierzałem pytać. Koncentrowałem się na przemierzaniu kolejnych korytarzy i zapamiętywaniu skrętów. Nigdy nie byłem dobry w pamięciówkach, wolałem kierować się instynktem, dlatego już po kilku zakrętach straciłem orientację. Nie przejmowałem się jednak, bo rozruszane kości wydawały przyjemne trzaski. Szliśmy kilka minut, gdy Pan Polityk otworzył drzwi, a mnie oszołomiło światło.

Czułem, jak ktoś sadza mnie na krześle i wkłada w rękę naczynie. Powąchałem- kawa. Uśmiechnąłem się. Czarna oczywiście. Wypiłem trochę, by zwilżyć zaschnięte gardło, ale nie pozwoliłem sobie na nic więcej- spodziewałem się, że zaraz dostanę chleb. I nie myliłem się. Czarny. Z przyjemnością się w niego wgryzłem i już się nie oszczędzałem, jadłem jak zwierzę, co chwila popijając kawą. Wszystko to robiłem z przymkniętymi oczyma. Tak, żeby przyzwyczaić się do światła, ale żeby mnie ponownie nie poraziło.

Opętani samotnością

W końcu moje oczy przyzwyczaiły się do światła. Nie dziwiłem się, spędziłem tyle czasu w ciemnościach, że niemal zapomniałem, jak wygląda blask pochodni. Było ich bardzo wiele- czułem ich ciepło. Siedziałem na krześle, przy stole. Przede mną leżał najprawdziwszy talerz i szklanka. Taki luksus za rozmowę? Wiedziałem, że to abstrakcyjne. Luksus? Zwykli ludzie za murami nazywali to inaczej- nędza. Lecz ja nie byłem zwykłym człowiekiem... czy ja w ogóle byłem jeszcze człowiekiem? Nie zezwierzęciłem się? James często żartował, że kiedyś się zatracę i pozostanę psem, a wtedy on będzie mnie trenował... ze strachem od razu skasowałem tę myśl, bojąc się zbawiennego wpływu dementorów... ale ich nie było. Zostałem sam. I to było cudowne.

Myślą swą szukają szczęścia

Mogłem przypomnieć sobie wszystko, mogłem jasno myśleć! Byłem rozgrzany, rozgorączkowany wręcz! Nadal ssało mnie w żołądku, a gnaty niebezpiecznie strzelały, ale kto by o tym myślał, kiedy możesz myśleć o w s z y s t k i m i n n y m?! Na początku przeczesywałem swój umysł z prędkością światła, bojąc się, że zaraz zostanę ponownie wrzucony do zimnej celi. Jednak gdy zobaczyłem, że nikt nie przychodzi, zacząłem się delektować spokojem i tymczasową wolnością. Wspaniale było znowu poczuć tę gotowość do działania.

Które zwie się wolnością

Zerwałem się z krzesła i zacząłem przeszukiwać pomieszczenie, lecz za każdym razem, gdy zbliżałem się do ściany, płomienie z pochodni gwałtownie się zwiększały. Nie zrażałem się i w jednej chwili rzuciłem się na podłogę, jednocześnie wspominając wszystkie moje pobyty w wiezieniach oraz akcje aurorskie. Miałem nadzieję znaleźć coś w tej oazie spokoju, lecz nawet ona nie sprostała moim oczekiwaniom- podłoże nie było pokryte nawet sianem. Nie miałem tam czego szukać. Gdy już zacząłem rezygnować mój wzrok wpadł na coś błyszczącego... coś odbijało blask ognia. Kawałek szkła. W momencie, gdy go podniosłem, drzwi się otworzyły.

Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem

Do pokoju wszedł pan Polityk, a ja z pokorną miną usiadłem na krześle. Gdy patrzyłem, jak rozkłada papiery, urósł we mnie irracjonalny strach związany z tym, co zrobiłem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że przecież to nie ja. Przez nagłe zapewnienie dobrych warunków robiłem się senny i mąciło mi się w głowie. Z największą starannością schowałem znalezisko do kieszeni, mając nadzieję, że nie zostanę przeszukany.

- Panie Black.

Ocknąłem się i wbiłem spojrzenie w mężczyznę. Najwyraźniej już wszystko uporządkował, ponieważ usiadł na krześle.

- Został pan zesłany do Azkabanu w związku z działalnością śmierciożerczą, zabójstwem Lily oraz Jamesa Potterów, Petera Pettigrew i dwunastu mugoli. W związku z tymi oskarżeniami Ministerstwo skazało pana na dożywotnią karę.

- Ale to nie ja! To Peter! To on wydał Potterów Sam-Wiesz-Komu! I to on zabił tych mugoli!

- To nieprawda, panie Black- jego spokojny głos doprowadzał mnie do szału.- Proszę usiąść.

Nawet nie zauważyłem, że podniosłem się z krzesła. Posłusznie usiadłem i wbiłem zdenerwowany wzrok w tę podróbę faceta.

- Był pan jednym z popleczników śmierciożerców tak jak cała pana rodzina...

- Nie! Ja nie podążałem za moją rodziną, należałem do Gryffindoru i nie miałem nic do mugoli!

- B y ł pan śmierciożercą- jego głos nienaturalnie nie zmieniał tonu.

W co ten facet pogrywa? Po raz kolejny chciałem odpowiedzieć przecząco, lecz z moich ust wydobyło się inne słowo:

- Tak.

Zszokowało mnie to. Wpatrywałem się w oszołomieniu w Pana Polityka, który w tym momencie pisał coś na pergaminie, jakby moja odpowiedź go nie zaskoczyła. Co takiego mogło być w jedzeniu, żeby usta nie kontaktowały się z mózgiem?

- Był pan Strażnikiem Tajemnicy Potterów?

Nie chciałem, żeby poprzednia sytuacja się powtórzyła, więc tylko pokręciłem głową. Mężczyzna znowu napisał coś na pergaminie.

- Wydał pan ich?

Ponownie pokręciłem głową. Chciałem krzyczeć, że to nie ja, że w s z y s t k i e m u winny jest Peter, ale nie mogłem. Nie dlatego, że ktoś mi zakazał, nie dlatego, że nie chciałem, ale dlatego, że musiałem zachować milczenie. Ministerstwo znalazło kolejny sposób, by mnie kontrolować. To była tak przerażająca perspektywa, że zacząłem się histerycznie śmiać. Pan Polityk nie zdobył się natomiast na żadną reakcję.

Chciałem śpiewać, brak mi tchu

Na nic się zdały moje próby zaprzeczania. Po kilku minutach, a może godzinach Pan Polityk przeczytał swoje zapiski.

- Syriusz Black jest winny zarzucanych mu przestępstw. Kara dożywocia, na jaką skazało go Szanowne Ministerstwo Magii, jest miarodajna do dokonanych przez niego czynów czynów. Więzień składał swoje zeznania dobrowolnie i jest świadomy wyroku.

Mnie opadła szczęka. Miałem nosa do tego faceta- łgarz i przekręt, byle wspiąć się na kolejne stopnie, nie ważne, kto będzie mu służył za podnóżek. Przesłuchanie Blacka i zdobycie jego zeznań- to na pewno mu nie zaszkodzi. Nikt nie dowie się, że to wszystko kłamstwo.

Nie powiedziałem nic, lecz nie ze strachu. Czegokolwiek bym nie powiedział, nie zmieni to mojego losu. Zginę tutaj jak wszyscy inni. Z radością przywitałem mój mur, moją wściekłość, a nadzieję pożegnałem kopniakiem. Nie wyjdę stąd już nigdy.

Dementorzy nie nękali mnie jeszcze przez długie godziny. Mogłem się założyć, że to produkt uboczny spotkania z Panem Politykiem, prawdę mówiąc, jeden z najlepszych. Z nową energią wziąłem się za pisanie piosenki- plany ucieczki porzuciłem. Już widzę moich Huncwotów, ich miny, gdyby wiedzieli, co robię w więzieniu. Sam parsknąłem śmiechem, jednak w głębi wiedziałem, że tylko to mi pozostało.
Słowa przychodziły i odchodziły, ale przez te kilka godzin udało mi się ukończyć piosenkę. To zadziwiające, jak wiele miałem energii, gdy dementorzy się do mnie nie zbliżali, bo oczywiście czułem ich lekki wpływ. Całe więzienie jest nimi przesiąknięte.

Wziąłem głęboki wdech, skończyłem. Musiałem teraz zaśpiewać, dać znak, że mnie nie złamali. Pocieszyć mojego sąsiada, o ile jeszcze tam jest. Jeszcze raz spojrzałem na słowa- szkło z Płonącego Pokoju bardzo się przydało- i wypuściłem powietrze. Moje oczy w jednej chwili zwilgotniały, ale wiedziałem, że to dobra reakcja. Bo prawda jest taka, że moja piosenka nikogo nie podniesie na duchu, zawierała bowiem tę brutalną prawdę, której nie chciałem przez długi czas przyjąć do siebie. Jak byśmy nie zaczynali, tutaj skończymy. Nie ważne, czy się nawrócimy, czy pożałujemy swoich czynów, bo nikogo to nie obchodzi. Nie mogłem nabrać tchu...

Moje serce mi wydarli

W następnych dniach czułem się gorzej niż kiedykolwiek wcześniej w całym moim życiu. Prawdopodobnie dopiero teraz zacząłem odczuwać prawdziwy wpływ dementorów. Wcześniej chronił mnie gniew na Petera, później walczyłem nadzieją, a teraz nie pozostało już nic. Oczywiście, wściekałem się na Pana Polityka oraz całe zasrane Ministerstwo, ale widziałem już swoją porażkę, c z u ł e m ją.

Dlatego się poddałem. Pozbawili mnie nadziei, ale zabrali również gniew. Po co miałem się denerwować na kogokolwiek, tkwiąc na zawsze w więzieniu? Ogołocili mnie ze wszystkiego, ale przede wszystkim z uczuć. Kim był gryfon bez uczuć? Roślinką be serca.

Serca mego nie ma już

To wydaje mi się nawet śmieszne. Wszystko zawsze wskazywało na to, że nie pasuję do otoczenia. W rodzinie byłem czarną owcą, w szkole zostałem Huncwotem, w pracy należałem do elity... lecz w więzieniu adaptowałem się niesamowicie dobrze i nie wyróżniałem się niczym wśród innych. Może nie wszyscy na początku walczą, może też wyzbywają się nadziei od razu, ale i tak wszyscy kończą tak samo. Umierają na pryczach, w swoim własnym smrodzie, błagając o śmierć.

Załamywałem się powoli, czułem to. Po tym jak mój kokon bezpieczeństwa zniknął, zbawienny wpływ dementorów stał się dotkliwszy. Nie miałem nic do roboty- plany ucieczki, piosenka- wszystko już było za mną. Wiedziałem, że winę za mój stan ponosi Pan Polityk. Czy to nie był idealny pretekst do zemsty? Owszem, w dodatku mogło mnie to wyrwać z obłędu, w który wpadałem, tyle że ja tej zemsty miałem nigdy nie dokonać. Nigdy nie wychylić nosa z celi.

Czy to ten sam Syriusz Black, który siedział tu przed tygodniem? Zdecydowanie nie. Nie czułem się sobą- zabrakło mi odwagi, której zawsze miałem pod dostatkiem. Gdybym nie widział na własne oczy, powiedziałbym, że wyrwali mi moje serce, tyle że nigdzie nie mogłem dostrzec dziury...

Chciałem tylko mówić prawdę

Kolejna zabawna rzecz? Matka już w drugiej rzeczy miała rację. To zdarzyło się jeszcze w moim dzieciństwie, gdy spojrzenie na świat dopiero się kształtowało, ale już zaczęło odróżniać dobro od zła. Początkowo kierowałem się logiką- jak ja podstawię komuś nogę, on może podstawić ją mnie. Lecz później zacząłem zauważać, że to złe. Nie znaczy to, że zaprzestawałem psot- co to, to nie! Jednak byłem świadomy.

Pewnego razu powiedziałem mojej ciotce, że ma brzydką sukienkę i wywołało to niezłą burzę. Zaobserwowałem, że kłamstwo tak jak podstawianie nogi jest złe, ale więcej zabawy zyskiwałem przy prawdzie. Dlatego nie mogłem zrozumieć, dlaczego matka się zawstydziła i zaczęła przepraszać. Przecież nie zrobiłem nic złego- wręcz przeciwnie! Dopiero po solidnym laniu dowiedziałem się, że z prawdą u boku nigdzie nie zajdę w życiu. Dlaczego to musiało się sprawdzić właśnie tutaj? Chciałem tylko mówić prawdę, bronić sprawiedliwości, być tym dobrym. Nie udało się.

Lecz zamknięto usta mi

Może to nie była moja wina? Przecież s t a r a ł e m się podążać ścieżką prawości, jednak Pan Polityk mnie z niej zepchnął. Czy to jednak nie wskazywało, że zło wygrywa? Mamuśka miała rację, stając za Czarnym Panem? Nie, przecież Harry w jakiś sposób go pokonał... ale my ponieśliśmy dotkliwsze straty. Mimo że graliśmy fair. A być może dlatego, że graliśmy fair. Cały mój świat zaczął się wywracać do góry nogami. Być może to ja myślałem źle, może w opinii społeczeństwa to my jesteśmy ci źli... Nie, nie oszalałem aż tak.

Chciałem komuś podać rękę

Wyciągałem zbyt ogólne wnioski. To nie tak, że nasze uczynki są złe z natury- to nasze zamiary czynią je takimi. Sama chęć czynienia dobra jest pozytywna, lecz nieudolna próba jej zrealizowana nie musi już taka być. Ja na przykład chciałem pomóc moim przyjaciołom. Sam byłem gotów nosić na sobie brzemię Strażnika Tajemnicy, lecz dla ich dobra przekazałem je Peterowi.

Bez żadnych przeszkód wspominałem Jamesa w ostatnich jego dniach. Był odważny, ale bał się o swoją rodzinę. Stał się nerwowy, stracił na wadze, wszędzie widział niebezpieczeństwo... jedynie gdy miał ich na oku, mógł odetchnąć. Jego poorana zmartwieniami twarz sprawiała mi ból, bo chciałem wyciągnąć do niego rękę, ale dla jego dobra pozwoliłem na to komuś innemu.

Teraz ręce są we krwi

Czy było warto? Nie. Powstrzymywałem się od snu, bo wiedziałem, że tym razem n a p r a w d ę umrę. Byłem świadomy, że mój koniec mimo tego zbliża się wielkimi krokami. Nie chciałem umierać! Ale zasłużyłem na to- doszedłem do wniosku, że oni wszyscy mieli rację. To ja zawiniłem. Przeze mnie Potterowie nie żyją, a trzynastu mugoli wącha kwiatki od spodu. Moim obowiązkiem była pomoc przyjacielowi, lecz mnie zachciało się działać logicznie. Od kiedy ja ruszam najpierw głową?! Mogłem się domyślić, że coś jest nie tak! Instynkt podpowiadał mi, żebym czuwał przy nim jak pies. Lojalność leży w naturze tych zwierząt i nie powinienem ignorować tej potrzeby.

Oni wszyscy mieli rację- moje ręce są splamione krwią.

Wtem do celi klawisz wpada

Stałem się leniwy i ociężały, nie wstawałem nawet z pryczy. Udało mi się zasnąć jeszcze jeden raz, choć, jak sam uważam, cudem się wybudziłem. Nie chciałem umierać, ale egzystencja też mi zbrzydła. Nie miałem żadnej motywacji ani wiary w ucieczkę. Aż do sytuacji, gdy przeglądałem szczęśliwe wspomnienia z Jamesem. Wstąpiła we mnie nowa energia, która pociągnęła za sobą coś głębszego.

Wcześniej starałem się nie tracić wspomnień, ale teraz było mi wszystko jedno. Delektowałem się słońcem, śmiechem i poczuciem bezpieczeństwa, mimo że w następnej chwili dementorzy mi to zabierali. Szeptali do ucha okropne rzeczy... w które bardzo szybko wierzyłem. Miałem jedynie wrażenie, że to fałsz, ale wrażenie nie dawało mi pewności...

Przypominałem sobie kolejne sytuacje, co i rusz napotykając się na zabawy w postaciach animagów. Tęskniłem za tym równie mocno jak za słońcem. Ale co gdybym... teraz się przemienił? Ten pomysł mnie rozbudził. Zacząłem się zastanawiać, czy to możliwe z taką depresją. Spróbowałem i, faktycznie, udało mi się! Przez chwilę poczułem się jak nowo narodzony. Stałem na czterech łapach i patrzyłem na swoją celę psimi oczami. Delektowałem się tą chwilą. Miałem wrażenie, że świat stoi przede mną otworem, choć patrzyłem na zakratowane drzwi. To chyba przez zmniejszony wpływ dementorów...

Słaniałem się lekko na łapach, lecz podszedłem do krat. W tej postaci wydawały mi się jeszcze większe, jednak ja nadal czułem, że mogę przez nie przejść. Wiedziałem, że zostały zabezpieczone również magią, lecz mimo to przełożyłem jedną łapę przez jedną z przerw.

Niemal w tej samej chwili rozległ się przeraźliwie głośny dźwięk, nawet jak na moje ludzkie uszy. Nie mogłem tego znosić i jednocześnie utrzymywać animagicznej postaci, więc przemieniłem się. Zmiana w zwierzę wymagała wiele pokładów energii i padłem jak długi. Moje zakończeni nerwowe dopiero przyzwyczajały się do nowego ciała, więc nawet nie poczułem bólu.

Na szczęście przemieniłem się w porę, ponieważ tuż po tym do mojej celi przyszedł strażnik. I jakie by to nie było zaskoczenie, to nie podniosłem głowy.

I zaczyna więźnia bić

Słyszałem, jak otwierał kraty. Wszedł do celi i patrzył na mnie chwilę, po czym przewrócił mnie na plecy... ręcznie. Otworzyłem oczy i zlustrowałem go wzrokiem- nie miał różdżki. Dopiero później zauważyłem drugiego strażnika stojącego przy wejściu, który dzierżył niby pospolity patyk.

- Syriusz Black, kogo innego mogliśmy się spodziewać? Chciałeś uciec? Z Azkabanu?- w jego głosie słyszałem drwinę, lecz nie odezwałem się.- Wiem, że mnie słyszysz, tylko cię sparaliżowało. Myślisz, że jedyne więzienie czarodziejskiej Anglii, nie będzie miało zabezpieczeń?

Sparaliżowało? Nie, czułem tylko zmęczenie wynikające z przemiany. Może skutki miały dopiero nadejść? A może... zaklęcia nie działają na zwierzęta? Moje rozmyślania przerwał świst powietrza i potworny ból. To strażnik dzierżył bat i uśmiechał się wściekle.

- Rzadko mam okazję ukarać takich sukinsynów jak ty, zazwyczaj jak tchórze nie wyściubiają nosa ze swoich cel. Na szczęście bywają czasami tacy nieudacznicy, którzy nawet tego nie umieją zrobić.

Uderzył mnie dokładnie szesnaście razy, piętnaście ciosów za wszystkie moje "ofiary" i jeden dla utrwalenia. Bolało jak diabli, a krew lała się ze mnie strumieniami. Tak miał wyglądać koniec? Zostawili mnie bym się wykrwawił i tyle? Właśnie wtedy, gdy ponownie poddałem się nadziei.

Młody więzień na twarz pada

Gdy mój kat wyszedł, starałem się doczołgać do mojej pryczy, ale zatrzymałem się w połowie drogi. Nie miałem siły... Wiedziałem, że umieram. Potrzebowałem pomocy medycznej. Z mojego gardła wyrwało się parsknięcie. W Azkabanie takie coś nie istnieje. Czułem za sobą obecność dementorów. Było ich dużo. Za dużo, bym mógł się pocieszyć. Przynajmniej zostawiłem coś po sobie. Piosenka pozostanie długo w tych murach. Moje ciało oplatał ból. Był ostry jak światło. Śmiałem się. Świat barwił się na czerwono. Trudno było oddychać. Powoli się dusiłem. Plułem czerwonym. James lubił czerwony. Padłem. Tęskniłem...

Serce mu przestaje bić

Dementorzy, gdy tylko ich ofiara padła, odpłynęli do innych więźniów. Nikt nie interesował się wynędzniałym mężczyzną, leżącym na ziemi. Nie wyczuwalna była żadna zmiana. Płacz i krzyki nadal niosły się echem po budynku na końcu świata. Jedynie dementorzy zauważyli śmierć odchodzącą z kolejnym łupem. Nie robiła hałasu, nie tym razem. Nie zatrzymywała się na dłużej, Azkaban zawsze był jej stałym przystankiem. Wróci tu. Na przykład po nowego więźnia, który zostanie przydzielony do celi Syriusza Blacka. Tego, który odkryje słowa wyskrobane w skale. Odkryje ich sens. Odczuje śmierć zanim ona zdąży się po niego zjawić. Bo przeczyta piosenkę. Zaśpiewa gorzkie słowa, nie mogąc dopasować ich do żadnej melodii.

Jedzie pociąg, złe wagony,
Do więzienia wiozą mnie.
Świat ma tylko cztery strony,
A w tym świecie nie ma mnie.


Gdy swe oczy otworzyłem
Wielki żal ogarnął mnie.
Po policzkach łzy spłynęły,
Zrozumiałem wtedy, że...


Czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Zapach murów, widok krat,
wietrze ponieś moją pieśń
Pieśń goryczy i rozpaczy,
moja matko jest mi źle


Młodsza siostra zapytała:
"Mamo, gdzie braciszek mój?"
Brat Twój w ciemnej celi siedzi!
Odsiaduje wyrok swój.


Czarny czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem
Chciałem śpiewać, brak mi tchu
Serce moje mi wydarli
Serca mego nie ma już


Chciałem tylko mówić prawdę,
Lecz zamknęli usta mi
Chciałem komuś podać ręce
Teraz ręce są we krwi


Czarny czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Wtem do celi klawisz wpada,
I zaczyna więźnia bić.
Młody więzień na twarz pada,
Serce mu przestaje bić.


I nadejdzie chwila błoga
Śmierć zabierze oddech mój,
Moje ciało stąd wyniosą
A pod celą będą znów


Inny czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Będzie płakał.
Rozmyślał.
Śmiał się.
Zaśnie.
Po czym przywita czarny chleb i czarną kawę jak starych przyjaciół.

* Andromeda Black w książce była starsza od Syriusza, jednak na potrzeby opowiadania odmłodziłam ją :)
Piosenka pod tytułem "Czarny chleb i czarna kawa" zespołu Strachy na Lachy.