poniedziałek, 18 stycznia 2016

... bo dwie połówki tworzą całość.~Cz.10



Ta dam! Koniec!Ostatnia część! :D Powiem Wam, że niezwykle trudno było mi to dokończyć, co tylko potwierdza moją decyzję o pisaniu miniaturek, jednak dokonałam tego :D Jako następnego postu możecie spodziewać się miniaturek, prawdopodobnie Snarry. Proszę Was, byście skomentowali tą ostatnią część, żebym wiedziała, co właściwe myślicie o takich formach i snily w moim wykonaniu ;)

Drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się tak nagle, że Lily podskoczyła. Od razu pomyślała o niebezpieczeństwie, lecz odprężyła się, gdy zobaczyła Harry'ego. Wcześniej zdecydowanie poprawił jej humor i odgonił złe myśli. Uśmiechnęła się w jego stronę, czekając na relację z rozmowy między nim a Severusem, lecz nic takiego nie nastąpiło. Harry milczał. Ale jak to? Nie znała go, z bólem musiała to przyznać, ale z listów Seva oraz z własnych obserwacji wiedziała, że mały jest bardzo gadatliwy. Co musiało się stać, że nagle zamilkł?

Przyjrzała mu się uważniej i stwierdziła, że nawet wygląda inaczej. Jego źrenice były rozszerzone, zbladł, a ciało drżało. Nie było uśmiechu, wręcz przeciwnie- w zielonych oczach zaczęły zbierać się łzy. Co musiało się stać, żeby zaszła taka zmiana? Coś z Severusem?

Dopadła do niego szybko i spojrzała mu w oczy. Delikatnie położyła mu dłonie na ramionach i zaczęła kojącym głosem:

- Harry, kochanie, co się stało?

Jednak on nie odpowiedział.

- Coś z twoim tatą? Co powiedział, maleńki? Nie przejmuj się, jak było to coś niemiłego- twój tatuś na pewno nie miał tego na myśli.

Nadal nic.

- Powiesz mi? Proszę, bardzo się o ciebie martwię, kochanie.

- Jesteś moją mamą.

To zdecydowanie nie było pytanie. Jak się dowiedział? Strzelał tak jak w przypadku Melanie? Nie, to Severus mu powiedział- pomyślała zszokowana. To dlatego przyszedł tutaj w takim stanie. Musiało wydarzyć się coś, co przechyliło czarę.

- Tak, jestem- wyszeptała, uśmiechając się z czułością.

Spodziewała się teraz pytań typu "Dlaczego cię nie było?". Jak na nie odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć siedmioletniemu dziecku, że najgroźniejszy czarnoksiężnik ówczesnych czasów na niego czyha, dlatego oddała go do ojca, a sama zmieniła nazwisko i wyczyściła pamięć jego siostrze?

Jednak on milczał. Widocznie to był dla niego wielki wstrząs- nie dziwiła się zresztą. Tak długo czekała na tę chwilę, ale zawsze myślała, że Severus będzie z nimi. Wiedziała, że chciał przy tym uczestniczyć- pokazał to całym sobą, gdy weszli do jego komnat. Co takiego się stało? Nie rozumiała tej sytuacji...

- Pamiętałaś o mnie?

Ciche pytanie przerwało ciszę i sprawiło, że łzy popłynęły po jej policzkach. Nie mogła się nadziwić, jak dużo ostatnio płakała...

- Oczywiście, kochanie... Nie widziałam cię przez długi czas, ale to nie znaczy, że o tobie zapomniałam- zastanowiła się przez chwilkę.- Wiesz, tam, gdzie mieszkałam, miałeś swój pokój- malec otworzył szeroko oczy- i zawsze, gdy koło niego przechodziłam, myślałam o tobie. Przed snem chodziłam popatrzeć na Melanie, a później do twojego pokoju, by wyobrazić sobie, jak kładę cię do snu i całuję na dobranoc...

- Płakałaś przeze mnie?- chłopiec delikatnie starł łzy z policzka kobiety i wpatrywał się w nią z niepewnością.

-Oczywiście, że nie! Byłam bardzo smutna, ale z powodu tego, że nie mogłam z wami być. Tęskniłam za czasami, gdy ty i Melanie bawiliście się na dywanie czy na placu zabaw, gdy byliśmy razem...

- To ja znałem ciebie i Melanie?- po raz kolejny go zaskoczono.

- Tak, po prostu byłeś za mały, by to pamiętać. Ty i Melanie macie mnóstwo zdjęć z dziecięcych lat...

- Ale to znaczy...- zmarszczył czoło.

- Że Melanie jest twoją siostrą- dokończyła z uśmiechem.

Harry zaniemówił, co w dzisiejszym dniu zdarzyło mu się już niepokojąco wiele razy. Jednak po chwili jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu.

- Fajnie! Mamo, a tak w ogóle to, jak ty masz na imię?

Tak dobrze to przyjął? I od razu zaczął nazywać ją mamą? Nie, za tym prawdopodobnie kryło się coś innego... Jak ma na to odpowiedzieć? Przyznać się do Lily czy Evangeliny? Była jedną i drugą!

- Evangelina. Evangelina Fortt- odpowiedział niski głos.

Odwróciła się w samą porę, by zobaczyć Harry'ego zawieszającego się na szyi Severusa. Choć długo go nie widziała, umiała rozpoznać jego minę- podjął jakąś decyzję i jednocześnie był czymś zirytowany.

- Tak, na imię mam Evangelina- uśmiechnęła się słabo.

Profesor dotychczas wpatrywał się w Harry'ego, analizując jego minę i gesty, lecz na dźwięk jej głosu, zwrócił czarne tunele na kobietę. Widziała, że gdy ich spojrzenia się spotkały, jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Wiedziała, co zobaczył- strach. Tak, Lily się bała. Bała się tej podjętej decyzji, bała się powodu jego zirytowania, bała się odrzucenia przez Harry'ego, bała się o Melanie, bała się konsekwencji jej czynu, bała się reakcji James'a na jej odejście, bała się samotności, bała się nowego życia, bała się tego wszystkiego i rozsadzało ją to od środka.

- Harry, zaprowadzimy twoją mamę do naszych komnat?- spytał cicho, nadal się w nią wpatrując.

- Tak!- chłopiec z entuzjazmem przytaknął ojcu i skoczył na równe nogi.- Ja poprowadzę!- oświadczył ze śmiejącymi się oczyma i wybiegł ze Skrzydła Szpitalnego.

W pomieszczeniu zapadła cisza i ani Severus, ani Evangelina się nie poruszyli. Profesor wiedział, że jego ukochana się boi, widział ten paniczny strach w jej oczach. Co wywołało taki stan? Czy rozmowa z Harry'm poszła źle? Tę opcję od razu odrzucił- jego syn, jak na taką sytuację, był w wyśmienitym nastroju.
Chciał jej jakoś pomóc, ale nie umiał się wyzbyć oporów. Ledwo poradził sobie z czułościami odnośnie chłopca- pamiętał, jak jeszcze kilka miesięcy temu podarował mu miotłę i nie mógł znieść przytulanek pierworodnego. Teraz przychodziło mu to dość łatwo, jednak pracował nad sobą przez długi czas, by to osiągnąć. Nie umiał zburzyć tych murów od tak! Nawet dla ukochanej.

Dlatego zrobił to, co potrafił. To, czego nauczyła go jeszcze w szkole. Podszedł do Evangeliny i delikatnie wziął ją za rękę. Wyczuwał na sobie jej zdziwiony wzrok, jednak udawał niewzruszonego.

- Chodźmy, musisz obejrzeć nasze komnaty.

Nie umknęło jej to słowo- "nasze". Chciał ją pocieszyć i dobrze o tym wiedziała. Robił to jak zawsze nieporadnie, lecz po swojemu, tak jak to lubiła.

- Powiedz mi najpierw, jaką decyzję podjąłeś.

Severus wpatrywał się w nią przez kilka sekund, aż w końcu zaczął mówić:

- Na początek musisz wiedzieć, że nie byłaś zagrożona ze strony Lucjusza. Szukał on partnerki dla mnie, szlamy, jak to ujął, która zastąpiłaby mi ciebie. Któregoś dnia przyszedł do mnie z kobietą- była cała we krwi, niezdolna nic zrobić. I nagle Lucjusz przypomniał sobie o moich surowych zasadach niedzielenia się. Zabił ją, zanim zdążyłem coś zrobić- mówił z obojętną miną, a Lily wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma.- Jak możesz się spodziewać, kobieta miała rude włosy i była mugolskiego pochodzenia. To dlatego szukał cię w domu James'a- pasowałaś do opisu. Lucjusz wspomniał też coś o potomstwie tamtej kobiety, dlatego kazałem Albusowi je odnaleźć. Okazało się, że naprawdę miała dziecko, dziewczynkę, które teraz zostało sierotą. Wylądowała w domu dziecka, lecz dowiedzieliśmy się, że ma w sobie magię. To przeze mnie jej matka nie żyje, dlatego postanowiłem, że ją adoptuję. Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne, jednak ja swojego nie zmienię.

- Sev, nawet bym cię o to nie prosiła... To... piękne. Przemyślałeś wszystko? Oczywiście, że tak. Pewnie dręczy cię sprawa pieniędzy. Nie martw się, pewien pomysł chodzi mi po głowie już od jakiegoś czasu. Oczywiście adoptuję ją z tobą i będę jej matką zastępczą.

- Nie proszę cię o nic- powiedział zimnym tonem.

- Wiem o tym. Ja tego po prostu chcę. Chodźmy, chciałabym zobaczyć nasze komnaty- zaakcentowała przedostatnie słowo i uśmiechnęła się, wychodząc.

^.^.^

Niełatwo było położyć Lily spać. Po krótkim wybuchu entuzjazmu od razu chciała wrócić do córki- oczywiście nie dziwił jej się, jednak gdy czas trwania wizyty przedłużył się do sześciu godzin, interweniował. Harry pomógł mu w dużym stopniu. Wykorzystał swój urok i wymógł na matce obietnicę, że tę "pierwszą noc" spędzą razem.

Naprawdę dziwił się postawie chłopca. Tak, jasne, jego syn był ponad przeciętnie inteligentny, ale żeby tak wpasować się w sytuację? Bez żadnych fochów? Żadnych pytań o powód rozstania? Żadnego buntu? Nie dość, że słuchał się jej bez kiwnięcia palcem to jeszcze uwielbiał bezgranicznie. Gdyby Harry był młodszy, to jeszcze by to uszło, ale w tym wieku już trochę rozumiał i jego zachowanie odstawało od normy.

Miał czas na te rozmyślania dzięki spokojnej nocy. Dzieciaki nie szwendały się dziś po korytarzach i w duchu im podziękował. Nie to, że sobie nie radził z tą sytuacją- co to, to nie. Severus Snape musiał po prostu wszystko poukładać w głowie, by nie popełnić żadnego błędu. Na przykład takiego jak z Melanie.

Nie powinno było do tego dojść. Nie powinien dopuścić do tego, by Harry szwendał się po lochach, a co dopiero do ataku Lucjusza. Zdawał sobie sprawę, że to on zawinił. Nie to, że jakoś specjalnie przejął się dziewczyną. To, że była córką Lily, nie czyniło z niej nikogo wyjątkowego. Traktował ją może lepiej niż innych gryfonów, ale na poziomie ślizgonów. Dla niego była po prostu ofiarą.

Wiedział, że musi zmienić do niej swój stosunek, ma jej przecież zastąpić ojca. Zobowiązał się do tego, przyjmując Evangelinę pod swój dach. Zrobili już jako takie postępy- nie nienawidzili się i ufali sobie... minimalnie. Na razie nie miał nic do roboty, przecież sam nie ociepli ich stosunków. Nie sądził też, żeby odwiedzanie jej w Skrzydle Szpitalnym coś dało, więc przeszedł obojętnie koło pomieszczenia.

Wbrew przypuszczeń Albusa to ona stanowiła dla niego większy problem. Sierotki nie znał, poza tym była to dopiero dziewczynka i mugolaczka. Musi wyciągnąć do niej pomocną dłoń, natomiast w przypadku Melanie to nie wystarczy. Czeka ich dużo zmian: z wroga w przyjaciela, z nauczyciela w rodzica, ze znajomego w bliską osobę.

Miał tylko nadzieję...

- Panie profesorze?

Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos, więc odwrócił się w stronę, z której dochodził. Jego właściciela zdecydowanie nie spodziewał się tu spotkać. Ventus Gamp szedł w jego stronę ze zdecydowaną miną i wcale nie przejmował się, że trwa cisza nocna, a jego nie powinno tu być.

- Panie Gamp, co pan tutaj robi? Trwa już cisza nocna.

- Zbytnio mnie to nie obchodzi. Przyszedłem do pana w sprawie Melanie Fortt. Odkąd wróciła, bardzo dziwnie się zachowywała, coś ją trapiło i gdy szliśmy na obiad, nagle ni stąd ni zowąd wypowiedziała pana nazwisko i poleciała nie wiadomo gdzie. Od tej pory jej szukam- nigdzie jej nie ma i nie wróciła na noc do dormitorium. Pan ma z tym coś wspólnego, więc jeśli pan coś wie, proszę mi powiedzieć- zakończył dobitnie.

Severus przez chwilę zachował milczenie i pomyślał nad odpowiedzią. Mógł skłamać, czym przyczyniłby się do jeszcze większej paniki ślizgona oraz prawdopodobnie nieprzespanej nocy, lecz mógł powiedzieć skrawek prawdy i zaprowadzić chłopaka do skrzydła szpitalnego. Jednak wybór drugiej opcji wiązał się z ryzykiem odkrycia przykrywki. Trudno, da mu ultimatum.

- Tak, wiem, gdzie jest panna Fortt i mogę cię do niej zaprowadzić pod kilkoma warunkami- poczekał na słowa sprzeciwu, lecz gdy się ich nie doczekał, kontynuował.- Po pierwsze, nie będziesz pytał ani mnie, ani jej o nic. Ani gdzie była, ani co się stało- nic. Po drugie, zapomnisz o moim związku z tą sprawa. Po trzecie, nikomu nic nie powiesz. Czy to jasne?- zmrużył oczy.

- Tak. Spełnię wszystkie warunki, tylko niech pan mnie do niej zaprowadzi.

Severus z uniesioną brwią patrzył, jak chłopak prawie go błaga. Cóż, błagający ślizgon to nie taki normalny widok, ale skoro zgodził się na warunki, nie miał nic do powiedzenia. Kiwnął głową i ruszył ponownie na górę.

Może dziewczyna doceni mój gest?- zadał sobie pytanie, lecz zaraz zaprzeczył takiej możliwości. Gdyby subtelność pokazała się i przedstawiła, gryfoni i tak by jej nie zauważyli.

^.^.^

Zaczęła się wybudzać, nie było to jednak przyjemne. Od razu poczuła ból i mdłości, które w ciągu kilku sekund zmieniły się w wymioty. Przechyliła się za krawędź łóżka i zwróciła swoją zawartość żołądka. Ktoś podłożył jej miskę i przytrzymał włosy, lecz nie miała siły się nad tym zastanawiać. Próbowała sobie przypomnieć, co znowu zrobiła, że wylądowała w łóżku, jednak bardzo trudno było jej zmusić swój mózg do myślenia. Pamiętała ból oraz krew... Harry'ego... tak, młody tam był. Nic innego nie przychodziło jej do głowy. Pamiętała jeszcze, że wcześniej już się przebudziła, lecz zaraz urwał jej się film.

Z udręką podniosła powieki i z zadowoleniem przywitała ciemność. Musiała być jeszcze noc. Wiedziała, że teraz powinna iść spać i zasnąć "normalnie", lecz trapiło ją pytanie, jak się tu znalazła. Odzyskiwała coraz więcej przytomności rozumu i zaczynała się niepokoić.

- Witaj, słoneczko.

Powoli przesunęła swoją głowę w kierunku, z którego dobiegał głos, lecz i tak jej kark strzelał niemiłosiernie. Spodziewała się zobaczyć mamę lub madame Pomfrey, jednak przypuszczenia okazały się błędem. Otóż, na krzesełku siedział mocno rozczochrany, niewyspany oraz szeroko uśmiechnięty Ventus.

- Ventus...- zaskrzeczała, dzięki czemu otrzymała kilka łyczków wody.- Co ty tutaj robisz? Jest noc- wyszeptała.

- I co w związku z tym?

- Powinieneś spać...

- I to właśnie robiłem- mimo uśmiechu widziała w jego oczach troskę.- Jak się czujesz?

- Jakby... ktoś starał się mnie wcisnąć w pudełko o wiele za małe na takie cielsko... boli mnie wszystko... Co się właściwie stało?

- Nie pamiętasz?- usłyszała nieskrywane zdumienie.

- Nie, mam tylko pustkę w głowie.

- Cóż... właściwie to ja też nie wiem, co się stało. Zachowywałaś się dziwnie, rozmawialiśmy, gdy nagle stanęłaś i powiedziałaś: "Snape".

- Snape? A co ma z tym wspólnego Snape?

- Myślałem, że ty mi powiesz, ale... Nie powiedziałaś już nic więcej i poleciałaś gdzieś. Długo nie wracałaś, więc poszedłem do profesora, bo byłem pewien, że on ma coś z tym wspólnego.

- I miał?

- Tak, ale pozwolił mi tutaj przyjść pod kilkoma warunkami.

- Jakimi?- spytała zaciekawiona.

- Mam o nic nie pytać, zapomnieć o rozmowie z nim i w ogóle o tej całej sprawie- odpowiedział, gestykulując.- Napisałem do twoich rodziców, żeby się nie martwili...

- Mama- dziewczyna szeroko otworzyła oczy.

Ventus obejrzał się, lecz nikogo nie zobaczył. Gdy powrócił spojrzeniem do Forttówny, zobaczył w jej oczach łzy. Szybko do niej podszedł i złapał jej dłonie w swoje.

- Mel, co się stało? Co z tym wszystkim ma wspólnego twoja mama? Proszę, odpowiedz!

Pokręciła głową i opuściła powieki.

- Nie, Ventusie, obiecałeś, że nie będziesz pytał.

Chłopak cofnął się o krok i wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

- A więc pamiętasz? I nie powiesz mi nic?

- Nie mogę.

Tak naprawdę pamięć wróciła jej tylko częściowo. Sam wypadek pozostawał dla niej zagadką, lecz pamiętała, jak poszła do Snape'a, by ostrzec mamę przed Lucjuszem Malfoyem. Czy nic jej się nie stało? Może to przez mężczyznę trafiła do Skrzydła i gdy wszyscy zajmowali się nią, on zabrał mamę? Strach odbierał jej dech, czuła, jak przygniata ją jego ciężar.

Ventus starał się ją uspokoić, choć jeszcze przed chwilą był zły. Co innego drobne sekrety, a takie zagrażające życiu! Przecież Melanie wiedziała, że on jej nie wyda, ale najwyraźniej to za mało. Starał się ją pocieszyć, ale miał wrażenie, ż tak naprawdę dziewczyna go nie słucha.

- Co to za hałasy?

Dopiero ten głos wybudził Forttównę z letargu i wywołał na jej twarzy uśmiech. Ventus odwrócił się, dzięki czemu ujrzał kobietę, prawdopodobnie matkę Melanie. Miały podobne rysy twarzy oraz taki sam kolor oczu. Pani Fortt ubrana była w mugolskie ubrania i bardzo swobodnie czuła się w środowisku czarodziejskim, co potwierdzało to, co już wcześniej wiedział o jej statusie krwi. Jednocześnie kogoś jeszcze mu przypominała.

- Witam, Evangelina Fortt, mama Melanie.

- Ventus Gamp, jej...- zawiesił głos, nie wiedząc, co powiedzieć.

- Chłopak?- kobieta uśmiechnęła się.- Od dawna chciałam Cię poznać.

- Ja również... Czy wie pani, co się stało?

Dwie pary oczu wpatrywały się w byłą gryfonkę, lecz ona uśmiechnęła się lekceważąco.

- Zwykły wypadek z eliksirami. Kochanie, pamiętasz, jak poszłaś do Severusa?

Dziewczyna niepewnie pokręciła głową.

- Pomagałyśmy mu ważyć... dość niebezpieczny eliksir, nieważne jaki. Przyjechałam specjalnie w tym celu i Severus zgodził się byś robiła go z nami. Niestety zdarzył się nieoczekiwany wypadek i przez nas mikstura wybuchła na ciebie- kobieta miała łzy w oczach.

- Nie martw się mamo, wyliżę się- dziewczyna uśmiechnęła się słabo, bo wiedziała, że ta historia to kłamstwo.

- Dlaczego profesor Snape zabronił mi pytać?

- Powiedzmy, że nasza obecność nie do końca była legalna- wzruszyła ramionami, gdy Ventus uważnie się w nią wpatrywał.- Na szczęście twoje obrażenia nie zagrażają życiu- uśmiechnęła się delikatnie.

- Ile jeszcze poleżę?

- Do momentu, gdy już nic nie będzie cię bolało- pogłaskała ją po policzku.- Ale najpierw coś zjesz, a propos, panie Gamp, śniadanie się zaraz skończy, więc radzę się pośpieszyć.

Chłopak tylko skinął głową, po czym pocałował swoją dziewczynę w policzek.

- Wpadnę do ciebie później.

Kiwnął jeszcze głową kobiecie i wyszedł z pomieszczenia.

- Podejrzewa coś- stwierdziła Evangelina.

- Tak- potwierdziła córka ze smutkiem.- Co tak naprawdę się wydarzyło? Pamiętam, że poszłam do profesora Snape'a, żeby go ostrzec przed Lucjuszem Malfoy'em...

- On tam czekał, słoneczko, i starał się wyciągnąć z ciebie informacje. Nie dałaś się- uśmiechnęła się niewesoło- dlatego cię zaatakował. Później przyszliśmy z Severusem do komnat i...

- Uratowaliście mnie- dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową.

- Nie, to ty uratowałaś nas. Wziął na zakładnika Harry'ego, o tobie nie wiedzieliśmy, dopóki nie usłyszeliśmy twoich krzyków. Malfoy już do mnie celował, gdy nagle upadł z rękojeścią wystającą z pleców... Dzięki tobie żyjemy- uścisnęła mocno jej rękę.

- Za... zabiłam go?- jej głos zadrżał, a oczy wypełniły się łzami.

- Postąpiłaś słusznie, Melanie, i nie wmawiaj sobie niczego innego. On był potworem, który dopuścił się wielu zbrodni. To on nas wydał, przez niego setki, a może tysiące, rodzin zostało zamordowanych lub pozbawionych ich członków. Ratowałaś nas, mnie i w tamtej chwili nic innego się nie liczyło, rozumiesz?- jej głos był zadziwiająco stanowczy.

Dziewczyna pokiwała głową, choć nie do końca wierzyła matce. Ona, gryfonka, zabiła człowieka? Zadała cios w plecy? Gdzie jej honor i szlachetność?

- Mel...- głos kobiety stał się delikatniejszy- wiem, co czujesz, ale skup się na chwilkę. Pamiętasz, jak weszłaś do domu i zobaczyłaś ojca pijanego?- poczekała, aż córka pokiwa głową.- Kazałaś mi się wyprowadzić, żeby nic mi się nie stało. Powiedziałaś wtedy, że on nie jest już twoim ojcem, bo on nigdy by mnie nie skrzywdził. Teraz ja mówię podobnie- Malfoy wyzbył się człowieczeństwa już wiele lat temu i póki nie zmienił swojego myślenia, mieliśmy prawo traktować go jak wroga.

- Czyli wszystkim moim wrogom mam wbijać nóż w plecy?

- Nie mówię, że zabójstwo to dobry sposób, kotku, tylko, że takie rzeczy zdarzają się, gdy dwoje ludzi staje po przeciwnych stronach barykady. Odpowiedziałaś atakiem na atak, nic więcej.

- On mnie nie zabił!!!- krzyknęła z goryczą.

Wszystko, o czym mówiła jej mama, miało w sens, lecz tylko w teorii. Nie chciała nigdy zabijać. W ten sposób pozbawiła kogoś rodziny, marzeń, przyszłości... życia, do cholery!

Na twarz Evangeliny wstąpił smutek.

- Nie zabił... ale okaleczył na całe życie- podwinęła koszulę nocną córki, ukazując bandaże w okolicach podbrzusza.- Było tyle krwi, Melanie... Myśleliśmy, że zranił cię w brzuch, rany były tak rozległe. Dopiero później, gdy już cię opatrzyliśmy, okazało się, że celował gdzie indziej. Kochanie... na pewno pozostaną ci blizny, ale nie wiemy, jak to wpłynie na twój układ rozrodczy...

Do Melanie nie docierała ta informacja, nie mogła jej przetworzyć. Popatrzyła raz jeszcze na bandaże, po czym zwróciła swoje pełne przerażenia oczy na matkę.

- Co to znaczy?- jej głos był przepełniony paniką.

Kobieta westchnęła ciężko, lecz to nie pozwoliło jej się uspokoić i w oczach ukazały się pierwsze łzy. Popatrzyła prosto w oczy swojej córce, po czym wyszeptała:

- Nie wiemy, czy będziesz mogła mieć dzieci.

To nią wstrząsnęło. Jak to? Tyle myślała o dzieciach, odkąd poznała Harry'ego. Chciała je mieć w przyszłości, nawet marzyła, żeby ich ojcem był Ventus. Wyobrażała sobie, że kiedyś uspokoi własne dzieci, tak jak to zrobiła kiedyś z bratem. Marzyła, żeby na pytanie "Czy jesteś moją mamą?" odpowiedzieć "tak". I nagle to... miało po prostu... zniknąć?

- To nic pewnego. Nie wiemy, co Lucjusz dokładnie uszkodził ani jak to wpłynie na twój organizm. Nie możemy niestety wykluczać najgorszego.

- Nie możemy- zgodziła się martwym głosem.

Nagle myśli o zabójstwie zeszły na drugi plan.

^.^.^

- Melanie?- obudził ją głośny głosik.

Niechętnie rozchyliła powieki i spojrzała na winowajcę, jednak gdy zobaczyła radosne oczy, na jej usta wstąpił ospały uśmiech.

- Hej, Harry. Co się stało?

- Jesteś moją siostrą, wiesz?!

To pytanie obudziło ją na dobre. Popatrzyła szeroko otwartymi oczami na radosnego chłopca. W co on gra?

- Co?- tylko tyle zdołała wydukać.

- Naprawdę! Mama mi powiedziała!

- Jaka mama?- spytała słabo, choć domyślała się odpowiedzi.

- Moja i twoja, Evangelina Fortt!- uśmiech nie schodził z ust malca.

- A ta...- zauważyła głupio.

Czyli nie wiedział o Potterach, tyle dobrego. Dlaczego mu powiedzieli? Nie to, że się nie cieszyła, ale tyle rewelacji na raz... Nie myśl o tym, obiecałaś. Racja, wczorajszego dnia przyrzekła sobie, że nie będzie poświęcać wiele czasu sprawie dzieci... lecz gdy teraz o tym pomyślała, smutek znów zburzył jej dobry humor. Trudno pogodzić się z czymś tak strasznym. Każda kobieta marzy kiedyś o dziecku, rodzinie, ma nadzieje na jej założenie, natomiast ona... powoli ją traciła.

- Nie cieszysz się?- smutny głosik przedostał się do jej ponurych rozmyślań.

Harry wpatrywał się w nią zielonymi oczami, które kiedyś mogłyby należeć do jej dzieci. Jednak u jej brata widziała strach i ból, pomieszane z zawodem, czego często nie doświadczała. Zorientowała się, że to przez nią malec cierpiał i poczuła się jeszcze gorzej, lecz postarała się, żeby na jej twarzy ukazał się uśmiech.

- Oczywiście, że się cieszę, słoneczko. Zawsze chciałam mieć takiego mądrego i pomysłowego braciszka- potarła palcem jego nos.- Jestem tylko zmęczona...

- Ale dopiero spałaś- zdziwił się chłopiec, choć część humoru już do niego wróciła.

- To przez te eliksiry, leczą mnie, ale wysysają mnóstwo energii.

- Aha... A ja myślałem, że martwisz się tym panem, co nas zaatakował- zmarszczył brwi.

- Dlaczego tak myślisz?- zamarła.

- Widziałem- powiedział, jakby to było oczywiste.

Jasne, dla niego było- po prostu zobaczył to w jej myślach.

- Tak, Harry, to też. Nie pamiętam tego ataku i nikt nie wie, dlaczego. Martwi mnie to wszystko...

- Też bym chciał nie pamiętać- mruknął chłopiec.

- Harry, czy mógłbyś mi powiedzieć, jak się wtedy zachowywałam?- spytała ostrożnie.

- Nie- pokręcił głową.- Ale mogę ci pokazać- wyciągnął do niej rękę, a ona niepewnie ją ujęła.

Nie wiedziała, co on chce zrobić, a myśl, że to siedmioletni chłopiec, wcale nie pomagała.

Nagle Harry zniknął, a jego postać zastąpiła ona sama. Weszła właśnie do komnat Snape'ów i zanim cokolwiek powiedziała, rzucono w nią zaklęciem. Na szczęście zdążyła uskoczyć, lecz drugi promień trafił ją bez problemu i została związana. Na swojej twarzy widziała panikę i lekkie oszołomienie. Oglądanie tego było jak pojedynek, który sprawiał jednocześnie tyle samo bólu co przyjemności. Nagle oczy jej sobowtóra spotkały się z jej oczami.

- Harry, uciekaj!

Harry? Spoglądam w jego wspomnienia. W tej chwili jestem nim. Zrozumiała i z większym przejęciem śledziła sytuację. Pojawił się prawdopodobnie Malfoy, po czym zaczęło się przesłuchanie. Kim jesteś, co tutaj robisz, jaki masz związek z "Severusem"... Na nic nie odpowiedziała i po chwili zaczęła krzyczeć. Nigdy nawet nie przypuszczała, że jest w stanie wydać z siebie takie dźwięki, a oglądanie tego było po prostu przerażające. Widok zamazywał się, a dźwięk słabł momentami i wkrótce zorientowała się, że to przez stan emocjonalny jej brata- płakał i szlochał, lecz nadal dzielnie na nią patrzył.

- Odpowiesz teraz na moje pytania?- zimny głos ponownie zabrzmiał jej w uszach.

Jej przeszła wersja spojrzała ponownie w oczy Harry'ego, po czym powiedziała głosem wypranym z emocji:

- Wal się.

Wiedziała, że tak się stanie, chociaż tego nie pamiętała. Czym bardziej skupi swoją uwagę na sobie, tym mniej Harry ucierpi. Próbowała się mentalnie przygotować na kolejne krzyki, lecz nic nie nastąpiło. Akurat w momencie, gdy otworzyła oczy, padły słowa zaklęcia, a jej stara wersja przeturlała się, umykając przed fioletowym promieniem. Gryfonka wiedziała, że ucieczka na niewiele się zda i prawdopodobnie jej sobowtór doszedł do tego samego wniosku, ponieważ, zamiast na napastnika, patrzył na brata. Drugie zaklęcie trafiło w cel, lecz żaden dźwięk nie opuścił ust dziewczyny. Trzęsła się niemiłosiernie, rzucało nią na wszystkie strony, lecz ona nadal utrzymywała kontakt wzrokowy z malcem. Jej nowsza wersja była pełna podziwu dla siebie samej, zanim jeszcze usłyszała swój głos.

- Harry, nie płacz. Musisz... być silny. Dla taty. On bę... będzie smu... mu... mutny. Ty musisz go... pocieszyć. I powiedz mu... żeby moja... mama... się nie smuciła

Mówiłam do niego w myślach, chociaż ból musiał być nie do zniesienia. Obraz troszkę się wyostrzył, co znaczyło tyle, że Harry przestał płakać choć częściowo.

Oczami chłopca nadal widziała siebie wstrząsaną falami bólu i jednocześnie słyszała swój głos, który szeptał słowa pocieszenia. Nagle jednak widok zasłonił blond włosy czarodziej, z którego różdżki wydostawał się fioletowy promień. Podchodził do niej z przerażającym uśmiechem i sztyletem w drugiej dłoni.

- Wszystko będzie dob... rze- to były jej ostatnie słowa.

Czarodziej już nad nią klęczał i z chorą fascynacją oglądał spazmatycznie rzucającą się dziewczynę. Przestał rzucać zaklęcie, lecz nie dał odetchnąć Melanie i zatopił czubek sztyletu w jej ciele. Trysnęła krew, płakała i jęczała, ale nie krzyczała. Wkrótce straciła przytomność. Niedługo po tym usłyszeli profesora Snape'a wołającego syna i Malfoy wziął go za zakładnika, zostawiając dziewczynę na pastwę losu.

Nagle zobaczyła Harry'ego. Ponownie byli w Skrzydle Szpitalnym, leżała w łóżku. Po jej policzkach toczyły się łzy. Nadal tego nie pamiętała, nie mogła uwierzyć, że ona to przeżyła.

- Harry...- jej głos był słaby i płaczliwy.

On też nie wyglądał najlepiej- cały się trząsł i ostatkami sił powstrzymywał się przed płaczem.

- Chodź tu do mnie, położymy się razem.

Gdy już spełnił jej prośbę, wzięła Harry'ego w ramiona i mocno przytuliła, mimo protestów jej ciała. Czuła, że musi jakoś wynagrodzić bratu ponowny ból i strach, a sama łaknęła ciepła drugiego ciała.

- Przepraszam, że przeze mnie musiałeś przejść przez to jeszcze raz.

- To był prezent dla ciebie. Porobiły ci się dziury w mózgu, a ja chciałem je trochę zmniejszyć- wtulił się mocniej w siostrę.

- Jestem ci za to bardzo wdzięczna, kochanie.

- Melanie?

- Tak, Harry?

- Tak robią bracia, prawda?

- Tak, Harry.

^.^.^

- Albusie?

Przez te wszystkie lata nic nie zmieniło się w gabinecie dyrektora. Samego Dumbledore'a widywała parę razy w ciągu tych kilku lat- zawsze zjawiał się w chwilach kryzysu James'a, a czasami informował ich o ważnych sprawach dotyczących Czarnego Pana. Między innymi na jednym z takich spotkań oddała Harry'ego. Zawsze czuła w nim wsparcie i chęć pomocy, ale on też czegoś oczekiwał. Czegoś, czego ona nie może mu już dłużej zapewniać.

- Wejdź, moja droga, czekałem na ciebie- powitał ją z uśmiechem.

- Severus już z tobą o tym rozmawiał, ale sama chciałam z tobą pomówić. Chodzi o to, że już nie wrócę do James'a. Nie wytrzymam jego kolejnych napadów, zmiennych humorów i tych chwil, kiedy daje mi dowody swojej miłości, a ja nie mogę odwdzięczyć się tym samym. Kocham go i to uczucie zawsze ze mną pozostanie tak jak wspomnienia naszych wspólnych chwil, jednak to nie jest właściwe! Prawdziwą miłością mojego życia jest Severus i to przy nim powinnam trwać, a James... powinien znaleźć swoją prawdziwą drugą połówkę.

- Rozumiem, moja droga, ale czy na pewno tego pragniesz? Pamiętam dzień waszego ślubu, byłaś wtedy taka szczęśliwa, a o Severusie nawet nie chciałaś słyszeć...- wspominał z melancholią.

- Jestem pewna. Tu nie chodzi o to, który jest lepszy, a który gorszy. Nawet gdyby Severus... był po stronie wroga, moje serce pamiętałoby go jako dobrego i ukochanego. Za bardzo różnimy się z James'em, mamy inne wartości i pasje... to nie mogło się udać.

- Masz rację- niespodziewany głos włączył się do rozmowy.

Lily obróciła się gwałtownie w fotelu i zobaczyła... swojego męża. Wyglądał jak nie on- oczywiście, nałóg wyssał z niego piękno, którym często się chwalił, i nadał nerwowość ruchom, lecz nie o to jej chodziło. James stał przy drzwiach, zupełnie nie wiedząc, co zrobić. Wyglądał na bezradnego i nieśmiałego wręcz. Gdzie się podział szukający gryfonów i jeden z czwórki Huncwotów? Ta zmiana aż poraziła Lily.

- James...

- Nie, Eva, Reginald, nie James. Już nigdy nie będę James'em i powinienem dawno to zrozumieć. Gdy tutaj szedłem, miałem w plany A, B, C, D i nawet jakiś zalążek planu E, by przekonać cię do powrotu. Nadal nie chcę, żebyś mnie opuszczała, bo było nam... nie, raczej to mnie było dobrze z tobą. Rzecz w tym, Liluś, że ty chyba naprawdę kochasz tego... Snape'a- odrzekł ze zrezygnowaniem.- Wiem, że powiedziałem mnóstwo okropnych rzeczy i ja tak serio nie myślę, ale wiem też, że on nigdy by ci tego nie powiedział.

- James... Reg, co się stało?- była zszokowana.

Mężczyzna cicho się zaśmiał, lecz jego oczy pozostały smutne.

- Byłem egoistą, zresztą nawet teraz nim jestem, taki już się urodziłem. Ale jestem też gryfonem, który oprócz siły i odwagi wyróżnia się szlachetnością. Ja ten honor straciłem już dawno, oskarżając ciebie za wszystkie porażki. Ty siedzisz teraz na fotelu i słuchasz ze spokojem, chcesz nawet zaprzeczyć, a ja na twoim miejscu... gdybyś ty wyrządziła mi tyle krzywd, nie miałbym nawet krzty wyrozumiałości i prawdopodobnie nikt by mnie nie powstrzymał przed wymierzeniem ci kary. Miałaś rację z tym, że za wiele nas różni, dlatego...- jego głos zadrżał- chcę ci dać wolność.

Nagle jej prawa ręka zaczęła się rozgrzewać, więc spojrzała na nią niespokojnie. Nie wiedziała, co jej mąż znowu wymyślił, ale domyślała się, że to jego sprawka. Pomału dłoń zaczęła parzyć, choć na jej oko wszystko wyglądało normalnie. Syknęła z bólu i zaskomlała, gdy temperatura wzrosła o kolejne stopnie Celsjusza. Rzeczywistość powoli ją opuszczała, ale jej umysł zarejestrował jeszcze krzyk James'a i cichy głos, mówiący, by zdjęła obrączkę.

Tak zrobiła i uczucie gorąca ustąpiło, ból zniknął. Lily chciała ogarnąć jakoś sytuację, ale wszystko było zamazane. Po chwili zorientowała się, że to przez łzy- otarła oczy ręką i rozejrzała się.

Nadal siedziała w fotelu na przeciwko dyrektora. On natomiast siedział spokojnie i przyglądał jej się z zaciekawieniem. Zwróciła oczy na swoje ręce oraz na obrączkę ściśniętą przez lewą dłoń. Kończyny wyglądały normalnie, nie były nawet czerwone. Próbowała założyć pierścionek na palec, lecz ten protestował. Co ON znowu wymyślił? Obróciła się i stanęła twarzą w twarz z James'em.

- Co z robiłeś? Dlaczego moja ręka się rozgrzała i musiałam zdjąć obrączkę? Dlaczego nie mogę jej z powrotem założyć?

Kawałki układanki zaczynały się ze sobą łączyć, lecz rozwiązanie wydawało się tak abstrakcyjne, że nawet nie brała go pod uwagę.

- Co ty znowu wymyśliłeś?- wyjęczała.

- Dałem ci wolność, zostałaś zwolniona z przysięgi małżeńskiej...- smutek wypełniał jego głos.

- Dlaczego to zrobiłeś?- spytała ze zdumieniem.- Dlaczego nawet nie zapytałeś mnie o zdanie? Ja się nie liczę?!

- Liluś... gdybyś tego nie chciała, zaklęcie by nie zadziałało.

Drżał na całym ciele i parę chwil zajęło jej zrozumienie, że jej... były mąż wstrzymuje szloch. Wstała i przytuliła się do niego mocno.

- To stara magia- kontynuował.- Chciałem, żeby nie zadziałało, żeby okazało się, że nadal mnie kochasz...

- Kocham, wiesz, że tak!- zaprotestowała.

- Ale Jego kochasz bardziej, to jego obrączka powinna tkwić na twoim palcu. Wiesz, że zawsze będę, gdybyś potrzebowała pomocy?

- Dlaczego to brzmi jak pożegnanie?- w jej oczach wezbrały się łzy i mocniej się do niego przytuliła.

Przez tyle lat tęskniła za Severusem, znosiła humory swojego męża, znosiła jego zasady, kłóciła się z nim zażarcie, przez ostatnie miesiące tyle przez niego wycierpiała i tyle razy chciała się go pozbyć, lecz gdy nagle miała taką możliwość, nie chciała z niej skorzystać. Przypomniała sobie te wszystkie dobre chwile, przepełnione szczęściem... Mimo że czasami naprawdę go nienawidziła, to częściej obdarzała miłością.

- Bo to jest pożegnanie- pocałował ją w czoło.- Powiedz ode mnie naszej córce, że ją kocham i że zawsze będę jej ojcem.

- Sam możesz jej to powiedzieć.

- Nie, niech teraz odpoczywa. Zobaczymy się, gdy będzie gotowa.

- Ona jest gotowa! Tęskni za tobą, ma wrażenie, że od kilku miesięcy jest sierotą. James, musisz...

- Nie. Tworzysz teraz rodzinę ze Snape'm i to on musi się postarać o zaufanie naszej córki jako rodzic. My... wchodzimy teraz w nieco inny poziom.

I wyszedł. Tak po prostu wszedł do kominka i zniknął. Dupek! Jak zwykle musiał wszystko zepsuć. Przez chwilę czuła takie rwanie w środku, jakby to jej serce nie chciało znieść utraty męża, ale gdy ten zaczął paplać o roli Severusa jako rodzica, myślała, że szlag ją trafi. Jak zwykle cała odpowiedzialność spadła na jej... ukochanego. Wiedziała, że sobie poradzi, ale postawa James'a była wręcz karygodna. Wyczuwała od niego strach i nie dziwiła mu się, ale żeby tak łatwo się temu poddał? Dopiero co z bólem ją uwolnił i zawodził, jak to on by chciał, by byli razem, a z córką nie chce odbudować kontaktu? Jasne, przecież oświadczenie "on jest twoim ojcem" na pewno ją pocieszy.

Z ponurych rozmyślań wyrwał ją chichot- zapomniała, że nadal przebywa w gabinecie dyrektora. Dumbledore spoglądał na nią z rozbawieniem, jakby doskonale wiedział, na kogo tak klnie. Zarumieniła się lekko pod siłą jego spojrzenia.

- To go przerosło. Czuje się przegrany, stracił rodzinę i wie, że już jej nie odzyska. Dostrzegł swoje wady, postarał się je pohamować, by was odzyskać. Jednak świat znowu zawalił mu się na głowę, gdy tutaj przyszedł- zobaczył, że naprawdę nie chcesz wracać, a przecież nigdy się nie uskarżałaś. Próbował ratować waszą relację, ale jednocześnie stracił z tobą ostatnią więź. Na Melanie nie starczyło mu już sił.

- Rozumiem to, jednak... uch, to po prostu niesprawiedliwe, że porzucił naszą córkę, jakby była tylko dodatkowym balastem!

- Daj mu czas, Melanie też go potrzebuje- powiedział z wyrozumiałym uśmiechem.

- Dobrze, zostawmy to tak, jak jest- odparła zrezygnowana.- Albusie, przyszłam tutaj też w innej sprawie.

- Tak?

- Chodzi o tę dziewczynkę. Chcę adoptować ją z Severusem, ale poza tym muszę jakoś zarabiać. Chciałabym nauczać tutaj, w Hogwarcie.

- Oczywiście znajdzie się dla ciebie miejsce, ale czy kamuflaż zostanie zachowany?

- Tak, Lily Potter na zawsze została pogrzebana- powiedziała ze zdecydowaniem.

Starzec zamyślił się na chwilę, gładząc swoją siwą brodę. To nie będzie prosta akcja, pozostaje tyle niewiadomych... Jednak Evangelina sobie poradzi.

- Dobrze- uśmiechnął się.- Witamy na pokładzie profesor Evans.

- Evans?- uśmiech zamarł jej na ustach.

- Skoro Reginald zwolnił cię z przysięgi małżeńskiej, powróciłaś do nazwiska panieńskiego.

- Ale mogę zostać rozpoznana!- zaprotestowała.

- Och, nie każdy wiedział, że Lily Evans ma siostrę, ponieważ Evangelina nie utrzymywała z nią kontaktu i nie uczyła się w Hogwarcie.

- Zgaduję, że mam zmienić wygląd?- westchnęła.

- Jak uważasz, moja droga- jego oczy wesoło zabłysły.

- Czego będę uczyła?

- A co powiesz na mugoloznastwo?

- Idealnie.

To może się udać.

^.^.^

Tata wezwał Harry'ego na rozmowę. Nie było to częste, lecz chłopiec wiedział, że nie ma się czego bać. Zachowywał się bardzo dobrze- nie płakał ani nie krzyczał, pocieszał mamę, pomagał tacie o nią dbać i jeszcze stał się pomocnym bratem. Nie udałoby mu się to bez jego mocy, która rozwijała się coraz bardziej.
Prawdopodobnie, gdyby dowiedział się, że Evangelina Fortt jest jego mamą i nie umiałby posługiwać się legilimencją, nie przyjąłby tego z takim spokojem. Miał tysiące pytań, ale gdy uderzył go strach mamy, postanowił ich nie zadawać. Poza tym cieszył się, że ją odzyskał.

Radośnie przyjął także wieść, że Melanie jest jego siostrą. To go zaskoczyło, lecz nie narzekał- od dawna czuł, że gryfonka stała się kimś więcej. Kiedy ją odwiedził, słyszał smutek emanujący z myśli Melanie, dlatego postanowił pokazać to wspomnienie. Na początku ten pomysł nawet jemu wydał się nieprawdopodobny, ale gdy podjął decyzję, doskonale wiedział, co ma zrobić. Dziewczyna, choć płakała po wizji, była mu wdzięczna, słyszał, że cieszy się z takiego brata.

Stanął przed gabinetem i zapukał. Zwykle tego nie robił, tylko po prostu ładował się do pokoju bez pozwolenia, ale teraz uznał, że wypada pokazać maniery przed poważną rozmową. Usłyszał wołanie ojca i wszedł do jaskini profesora Snape'a.

Ten pokój od zawsze go fascynował- Harry po prostu czuł, że oddawał jego ojca w każdym calu. Po pierwsze, ciemności. Wpływały na to przede wszystkim czarne meble, czarne ściany, czarny dywan oraz brak okien. Tata zawsze ubierał się w tym kolorze, ale jemu ten pokój przypominał raczej ojcowskie oczy- ciemne jak tunele, w które można było przez przypadek wpaść i się zagubić. Czasami błyszczały w nich emocje, ale zawsze trwało to krótko, co przypominało mu świece rozświetlające gabinet. Pokój przypominał mu ojca także poprzez porządek. W większej części domu zawsze leżały zabawki, co często doprowadzało ojca do szewskiej pasji- kochał ład i porządek, choć sama jego osoba była pełna chaosu. Tutaj wszystko miało swoje miejsce, nic nie leżało na wierzchu bez przyczyny. Nawet prace do sprawdzania leżały w równych rządkach na biurku. Oprócz tego w pokoju znajdywała się masa książek o eliksirach, bez których jego ojciec nie byłby tym samym profesorem. W całości ten gabinet tworzył obraz Severusa Snape'a.
Właśnie ten mężczyzna stał teraz na środku swojego królestwa i wpatrywał się w swojego syna. Ten łatwo mógłby wedrzeć się do jego głowy, by poznać sprawę, w jakiej został tutaj wezwany, ale nie chciał tego robić. Widział lekko nieobecny wzrok ojca, co znaczyło, że szuka słów, by coś mu przekazać. Chciał dać mu tę szansę, w końcu nie mógł też pozwolić, by jego wysiłki poszły na marne.

- Harry, usiądź- głęboki głos ojca w końcu rozbrzmiał.

W gabinecie zawsze stało ulubiony fotel taty oraz dodatkowe krzesło dla gościa. Teraz to drugie zniknęło, więc dziecko rozejrzało się bezradnie i w końcu usiadło na podłodze. Na oblicze mężczyzny wpłynął lekki uśmiech, a jego głos nieco złagodniał.

- Na krześle, chłopcze.

Harry natychmiast wstał i ostrożnym krokiem podszedł do krzesła. Nie wyglądało wyjątkowo, ale to było ulubione miejsce jego taty. Nie mógł w nim od tak usiąść...

- Ale to twoje krzesło- powiedział cicho.

- Dlatego mam pełne prawo pozwolić ci na nim usiąść, potraktuj to jako prezent.

W końcu chłopiec zasiadł na wyjątkowym krześle i czekał na jakieś pioruny, które wysadzą go w powietrze jak na obrazkach wujka Albusa, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Nawet nic innego się nie wydarzyło. Młody Snape'a poczuł się nieco zawiedziony, lecz jego ojciec chyba tego nie zauważył.

- Posłuchaj, synu, w ostatnim czasie bardzo dużo się działo, wiele informacji dotarło do twoich uszu, lecz niestety to jeszcze nie koniec- widząc przestraszony wzrok syna, przyklęknął do niego.- Może zaczniemy od początku. Poznałeś swoją mamę i dowiedziałeś się, że Melanie jest twoją siostrą. Masz pojęcie, że przyrodnią?

Chłopiec ściągnął brwi.

- Przyrodnią? Ona bardzo lubi naturę?

- Nie, chodzi o to, że ty i Melanie macie jedną mamę, ale innych ojców. Ja jestem twoim ojcem, a Melanie ma swojego.

Maluch wydawał się być naprawdę zszokowany- widocznie wcześniej nie myślał o tych kwestiach.

- Twoja mama i siostra pokłóciły się z tym mężczyzną. Teraz to my jesteśmy ich rodziną i będą tutaj mieszkać.

- Tata Melanie też?- zapytał z lekkim strachem.

- Oczywiście, że nie- odparł sucho.- Nasza czwórka będzie tworzyć rodzinę jak na twoim obrazku.

Na taką wiadomość Harry wyraźnie się ucieszył, ale poczuł też niepokój, bo mina ojca nie wskazywała na nic dobrego.

- Posłuchaj, jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa. Ten pan, który tutaj był, już wcześniej tu przyszedł. Nie było cię wtedy- skłamał.- Przywiózł ze sobą zakładnika i bardzo go skrzywdził, a ja nie mogłem go uratować...

- I co się z nim stało?

- To była kobieta. I umarła-dodał po chwili.

Harry spojrzał na niego zaskoczony, ale nie przerażony. Kiedyś już przeprowadzali rozmowę o śmierci, więc chłopiec wiedział, że czeka to każdego i absolutnie nie jest straszne.

- Chodzi o to, że ta pani miała córeczkę, która teraz została sama, bo nie miała innej rodziny. Dlatego zdecydowałem, że pomożemy jej i... przyjmiemy ją do swojej rodziny.

- I będę miał drugą siostrę?- zdziwił się.

- Tak.

- To bajecznie!- wstał z krzesła i przytulił się do ojca.

^.^.^

Ten dzień zapowiadał się dobrze- obudziła się w objęciach Severusa, zrobiła Harry'emu śniadanie i szła odebrać Melanie ze skrzydła szpitalnego.

Nadal nie mogła przywyknąć do takiej ilości dotyku, który przez tak wiele lat był zakazany. A nawet się nie pocałowali! Wiedziała, że Severus by jej nie odtrącił, gdyby zrobiła pierwszy krok, ale podobała jej się jego ostrożność wobec niej, więc postanowiła zachowywać się tak samo. Mieszkała z nim już dwa tygodnie i jedyne na co się zdobył to chodzenie za rękę oraz gładzenie po policzku. Widziała, że się starał i to było tak inne od zawsze śmiałych pieszczot Jamesa... Sama nie mogła się powstrzymać od pocałunku w policzek i przytulania się do niego całymi dniami, ale dobrze to przyjmował. Jedynie w nocy wychodziły na jaw jego skrywane uczucia, gdy w trakcie snu przyciągał ją stanowczo do siebie i zaborczo obejmował.

Natomiast Harry ciągle zadziwiał ją swoją słodyczą. Nigdy nie spotkała takiego dziecka. Nie płakał, nie żądał niczego, nie miał napadów złości. Być może był taki dlatego, że wychowywał się bez towarzystwa innych dzieci oraz pod okiem Severusa. Mężczyzna stanowił wzór do naśladowania pod wieloma względami, gdy przebywał w komnatach. Bała się chwili, w której malec przyjdzie do szkoły i zobaczy ojca zupełnie innego, gorszego. Na razie jednak postanowiła się tym nie martwić.

Szła po Melanie, by w końcu odebrać ją ze szpitala, więc nic nie mogło zakłócić jej radości. Na szczęście obyło się bez żadnych powikłań, a rany ładnie się goiły. Nijak nie mogli sprawdzić, czy narządy zostały uszkodzone, jednak byli dobrej myśli. Przynajmniej ona, bo jej córka pogrążała się w lekkiej depresji. Zarówno Evangelina jak i Ventus starali się jej pomóc, ale prawdziwym wybawicielem był Harry. Tak jak kiedyś rozwiewał złe myśli, więc wszyscy mieli nadzieję, że po powrocie do komnat Melanie odżyje.

Jedynym cieniem był chłopak jej córki. Nie raz czuła na sobie jego przenikliwe spojrzenie, w którym często kryła się także podejrzliwość. Nie przeszkadzałoby jej to, gdyby nie był ślizgonem albo raczej ślizgonem z krwi i kości. Starała się z nim współpracować, ale sama przed sobą musiała przyznać, że dostawała niemiłych dreszczy na myśl o nim.

- Pani Fortt?

O wilku mowa. Postarała się, by na jej twarzy widniał uśmiech.

- Pani Evans- poprawiła go.

Przytaknął i ruszył za nią korytarzem.

- Właśnie o tym chciałem porozmawiać. Wiem, kim jesteście.

- Mógłbyś przybliżyć?- spytała życzliwie, chociaż serce tłukło jej w piersi.

- Rodziną Potterów, która zginęła podobnież siedem lat temu.

Nie pokazała po sobie przerażenia, a jedynie smutek.

- Masz na myśli moją siostrę Lily?

- To pani jest Lily, pani mąż Jamesem, a Melanie... to Roan.

- Chłopcze, nie wiem, co sobie ubzdurałeś...

- Nic sobie nie ubzdurałem! W Skrzydle Szpitalnym poznałem panią! Mel prosiła mnie o informacje o rodzinie Potterów. Widziałem tam pani zdjęcia.

- Okey, poznałeś Melanie? A gdzie Harry, mój siostrzeniec? Poza tym oni wszyscy nie żyją, ich ciała, a właściwie szczątki zostały pochowane w Dolinie Godryka.

- Nie. Wiem, że to fałsz. Melanie zaczęła domyślać się prawdy i dlatego prosiła o informacje. Nie poznałem jej jako Roan, ale wtedy była dzieckiem. Co do Harry'ego... miałem wizję dotyczącą Mel i jakiegoś chłopca- to dzięki niemu odkryła pani kłamstwa.

- Widzę, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Staram się pomóc Ci racjonalnymi argumentami, lecz do ciebie nic nie dociera. Byłam podobna z wyglądu do siostry, ale poza tym nie chciałam mieć z nią nic wspólnego. I teraz również nie chcę- powiedziała ostro.

- Nie przekona mnie pani. Widziałem ojca Mel na zdjęciach i wiem, że to James. Panią oglądam na żywo i nie wmówi mi pani, że jest tak bardzo podobna do siostry.

- Jesteśmy bliźniaczkami- użyła ostatniej deski ratunku.

- To będzie dobra wymówka, ale nie dla mnie. Melanie opowiadała mi o swojej rodzinie, o tym, że nie miała trudności w przystosowaniu się do Hogwartu, bo jej rodzice tam byli. I oczywiście o znajomości z profesorem Snapem ze szkolnych lat. Lecz pani utrzymuje, że uczęszczała do Beauxbatons... Ja już znam prawdę.

Patrzył na nią bez negatywnych emocji, łagodnie, mówił jak do spłoszonego zwierzęcia. Severus za niego ręczył, ale on mu nie ufała, jednak nie miała już argumentów przeciwko niemu. Od odpowiedzi uratowała ją córka, która odtworzyła drzwi. Jej mina nie mówiła nic dobrego.

- Mel! Właśnie...

- Słyszałam was- przerwała jej.- Pewnie nie od początku, ale pojęłam, o co chodzi. Jednak na razie to zostawimy, za kilka dni ma się zjawić... ta dziewczynka- zakończyła niepewnie.

- Skąd o niej wiesz?- razem z Severusem ustalili, że powiedzą jej o tym po powrocie do komnat.

- Harry nie mówi teraz o niczym innym... Chodźmy do komnat. Do zobaczenia, kochanie- pocałowała Ventusa w policzek i zostawiła go ze zmartwioną miną.

Evangelina wreszcie dostrzegła powód bólu córki. Za dużo się działo, żeby móc to ogarnąć w krótkim czasie, będąc odciętym od bliskich. Ona, Severus i Harry przyzwyczajali się do siebie, a Melanie leżała w szpitalu, ciągle słuchając o ich nowym życiu. Straciła wszystko: dom, ojca, poczucie bezpieczeństwa, a teraz jeszcze przyjeżdżała nowa siostra Harry'ego, jakby jeszcze jego miała utracić. A ona się tym wszystkim cieszyła. Była beznadziejną matką.

- Melanie, liczę na twoją pomoc w szykowaniu pokoju tej dziewczynki i... w wychowaniu jej. Ona dużo przeszła i ma nadzieję znaleźć u nas nowy dom. To jeszcze dziecko i mam nadzieję, że to ty będziesz ją prowadziła. Nie traktuj jej przybycia jak atak na ciebie i twoją więź z Harry'm, tylko jako dar od losu... w razie niepewnej przyszłości.

Trafiła w sedno. Oczy jej córki rozbłysły, a ona sama się wyprostowała. Ciągle martwiła się o to, czy może mieć dzieci, a oto jedno przyjeżdżało do jej domu, jeśli można to tak nazwać. Tak, wychowa ją jak własną córkę i absolutnie nie będzie zazdrosna o Harry'ego. A przynajmniej tak sobie postanowiła.

- Dobrze, chodźmy już.

^.^.^

Ostatnie dni do przyjazdu dziewczynki minęły na załatwianiu formalności i szykowaniu dla niej miejsca. Na szczęście nie musieli nic budować- w zasięgu mieli jeszcze pokój przeznaczony dla Lily. Teraz wystarczyło zmienić wystrój na dziecinny, co w gruncie rzeczy nie było takie proste. Nic nie wiedziały o dziewczynce, a Severus, który posiadał jakąś wiedzę o niej, nie chciał się podzielić, więc Evangelina i Melanie szły na "czuja". Gryfonka wróciła do swojej wieży i uczęszczała na lekcje, lecz po nich wpadała do jej nowego domu. Lily natomiast asystowała profesorce mugoloznawstwa, by w przyszłym roku zająć jej miejsce. Życie właściwie powoli im się układało. Oczywiście nadal pozostały problemy: Czarny Pan na pewno zauważy zniknięcie Malfoy'a, nie wiedzieli, co Ventus zrobi ze zdobytą wiedzą, któryś uczeń w końcu mógł odkryć Harry'ego i przykrywkę Lily, a najważniejsze dziewczynka mogła się nie zaklimatyzować. Jednak wszyscy, nawet Severus, mieli iskierkę nadziei, że zdążą posmakować spokojnego życia.

Wreszcie nadszedł dzień przybycia dziewczynki. Melanie i Evangelina zwolniły się ze swoich obowiązków, by zrobić tort, natomiast Harry kończył swój rysunek. Wszyscy wkrótce czekali tylko na Severusa oraz nowego członka rodziny. W końcu usłyszeli oczekiwany dźwięk otwieranych drzwi i każdego opanowało podniecenie. Harry aż podskakiwał, a Melanie z trudem powstrzymywała się od tego samego. Ze zdziwieniem ujrzeli jednak samotnego Severusa, zdejmującego płaszcz. Na moment każdego ścisnął strach, że się nie udało, gdy mężczyzna przemówił:

- Albus stwierdził, że to on odbierze dziewczynkę, by trochę o nas opowiedzieć. Poza tym podobno ja bym ją wystraszył- mruknął.

Nikt nie miał nawet chwili na roześmianie się z ulgą, gdy drzwi ponownie się otworzył i wszedł przez nie mężczyzna z małą istotką przy boku. Była mniej więcej wzrostu Harry'ego, choć przewyższała go wiekiem o rok. Głowę pokrywała masa gęstych, włosów o kolorze takim samym jak oczy. Widzieli, że jest zestresowana i lekko przestraszona, ale starała się trzymać. Albus niewątpliwie się do tego przyczyniał- jego aura dobroci działała nawet na Severusa.

- I to właśnie twoja nowa rodzina. Zostawiam cię w dobrych rękach- pogłaskał ją po głowie i wyszedł.

Niewątpliwie dziewczynce poziom odwagi zdecydowanie się obniżył wraz ze wzrostem napięcia w korytarzu. Zarówno Evangelina jak i Melanie chciały podejść do nowo przybyłej, gdy niespodziewanie wyręczył ich chłopiec. Podszedł radośnie do rówieśniczki, po czym wyciągnął w jej stronę rękę.

- Jestem Harry. Harry Snape, twój nowy brat- uśmiechnął się zachęcająca.

Dziewczynka po chwili wahania uścisnęła dłoń i odwzajemniła niepewnie uśmiech, przy okazji ukazując swoje długie przednie zęby.

- Hermiona Granger, twoja nowa siostra.


KONIEC.

niedziela, 3 stycznia 2016

Pokonana

Witajcie kochani! Przybywam do Was z krótką, spontaniczną miniaturką i BEZPARINGOWĄ! Jeśli czytaliście moje wcześniejsze teksty, wiecie, że jest to raczej u mnie niespotykane. Pomysł na "Pokonaną" przyszedł mi w Kościele xd
Co do "... bo dwie połówki tworzą całość" ostatnia część jest już prawie skończona i naprawdę długa :D
Chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że znajdziecie mnie także na wattpadzie. BellatriXDosme to ja :D (sama BellatriX była zajęta -.-) Zapraszam ;)

Nie.
Nie możesz tego zrobić. Kim Ty w ogóle jesteś, by odbierać mi wszystko, co kocham? Mój mąż, mój synek... zamordowani. Bestialsko potraktowani. Czym sobie zasłużyli na Twoją nienawiść? Dlaczego nie zauważyłeś ich chęci przeżycia...?
Może zauważyłeś, ale odwróciłeś wzrok?
Może nie chciałeś zauważyć?
A może Cię to po prostu nie obchodziło?
Tak, to do Ciebie podobne. Do potwora, którym jesteś.
Nie mogę ich nawet pochować. Zniszczyłeś ich. Moją rodzinę. Mój skarb.
Nie dałeś mi się nimi nacieszyć.
Jak to się stało, że wygrałeś? Jakim cudem? Tak wiele ludzi było przeciwko Tobie, lecz Ty zwyciężyłeś. Po wojnie nawet się z tego cieszyłam.
Wszyscy z mojego otoczenia byli Tobie przeciwni. Knuliśmy, jak Cię pokonać. Jednak w moje serce wdarło się zwątpienie. Czy na pewno stoimy po zwycięskiej stronie? W naszych planach widziałam coraz więcej luk. Więcej "jeśli". Więcej "gdyby". Więcej "może".
Dlatego w czasie ostatecznego starcia stanęłam po Twojej stronie. Zwyciężyłeś.
Myślałam, że dostałam drugą szansę. Dopatrywałam się nowego świata. Faktycznie, stworzyłeś nowy świat. Dostrzegłam różnicę.
Nowy nie znaczy lepszy. Nikt nie mógł Cię zatrzymać. Więc nie próbowali. Wszyscy nagle byli po twojej stronie. Przyjaciele, znajomi, rodzina. Ale nie ja.
Znowu zmieniłam strony. Widziałam w Twoich ruchach chęć kontrolowania nas. Społeczeństwa. Ludzi. Twoich podwładnych. Niewolników.
Lata mijały, ludzie zaczęli się w końcu buntować. Lecz Ty byłeś na to przygotowany i ogłosiłeś się królem.
Już nie potrzebowałeś rządu ani przepisów. Żadnych praw ani sądu. Bo to Ty wszystko ustalałeś. To Ty byłeś sędzią i żaden wyrok nie mógł zostać odwołany bez Twojej zgody. Dałeś nam te kilka lat spokoju, uśpiłeś naszą czujność. Wiedziałam, że to było zbyt piękne.
Zebrałeś wszystkich swoich dawnych przeciwników jednym ruchem i skazałeś na śmierć. Nie interesowało Cię, że porzucili dawne ideały. Że byli Ci lojalni. Że wtedy musieli ratować swoje rodziny. Że teraz przejrzeli na oczy.
Nic Cię nie interesowało. Nie musiało. Nikt Ci się nie przeciwstawił. Społeczeństwo oglądało rzeź z uśmiechami na twarzach, by tylko nie zamienić się miejscami ze skazańcami. Oszalałeś. Chociaż nie. Już wcześniej byłeś szalony.
Uciekliśmy. Nie było łatwo, ale zdołaliśmy to zrobić. Nie wiedziałam jak, ale wtedy się nad tym nie zastanawiałam.
Jak zwykle byliśmy tylko pionkami w Twoim wielkim planie. Złapałeś nas i zawlokłeś do klatek jak zwierzęta. Powiedziałeś, że czeka nas egzekucja. Pogodziłam się ze śmiercią. Ważne było dla mnie to, że umrzemy razem. Ale Ty przewidziałeś również to.
Ułaskawiłeś mnie na oczach wszystkich i kazałeś mi patrzeć na śmierć mojego synka i męża, po czym poprosiłeś mnie o rękę na znak pokoju z przeszłością.
Nie chciałam się zgodzić. Chciałam dołączyć do mojego męża i synka, ale wiedziałam, że ty mi tego nie dasz. Będziesz mnie trzymał przy życiu tak długo, aż sam nie zdechniesz. Więc powiedziałam tak.
Nienawidzę się za to. Nienawidzę Ciebie. Nienawidzę świata, bo na to pozwolił. Ale przede wszystkim nienawidzę tego słowa. Tak. Tak. Tak. To przebrzydłe tak zrujnowało mi życie. Gdybym nie powiedziała tak, ty zostałbyś zwyciężony. Mogłam powiedzieć nie. Mogłam.
Nie. Nie. Nie.
Powiedziałam, że nie żyjesz, chociaż czułam, że twoje serce biło jak oszalałe. Pytał się, czy umarłeś. Powiedziałam tak. I dlatego teraz już nie nazywam się Malfoy, tylko Potter.
Gwałcisz mnie. Dzień po dniu coraz mocniej. Podnieca Cię to, że patrzę na Ciebie ze wstrętem, ale jednocześnie jęczę. Nienawidzę. Szepczesz mi do ucha, jak wspaniale było oglądać śmierć mojego męża. Jak wspaniale wyglądała zmiażdżona twarz mojego syna. Od początku nas nienawidziłeś. Twoim życiowym celem było zniszczenie Malfoy'ów. Udało Ci się.
Wyniszczyłeś mnie. Nie ruszam się. Podtrzymujesz moje życie tylko dzięki zaklęciom. Patrzę na prezent od ciebie. Lalka, która wygląda jak Ty. Miniaturowy Harry Potter. Znienawidzona twarz, która zamarła w szyderczym uśmiechu. Po komnacie rozchodzi się Twój głos. Nie chcę Cię słuchać, ale nie umiem tego powstrzymać. Ty mówisz jedno zdanie. Powtarzasz je w kółko jak mantrę. Nie dziwię się, że oszalałeś. W kółko to samo.
"Raz śmierciożerca, na zawsze śmierciożerca."