wtorek, 12 kwietnia 2016

Czarny chleb i czarna kawa

 Witam :3 Oto kolejna bezpairingowa miniaturka. Mam nadzieję, że już niedługo ponownie się spotkamy, zapraszam :) Ostrzegam o częściowym braku kanonu.

Jedzie pociąg, złe wagony

Słyszałem charakterystyczny stukot jadącego pociągu. Nie pamiętam, żebym do niego wsiadał, ale to możliwe. Byłem zbyt zaślepiony rozpaczą i wściekłością, by wyrwać się aurorom. Co ze mną zrobią? Gdzie mnie wiozą? Te wagony są złe. Nie tylko z powodu braku w nich czegokolwiek. Siedziałem na podłodze, obezwładniony i wpatrywałem się w czubki własnych butów. Jednak za nimi widziałem wiele symboli- graffiti zrobione przez poprzednich podróżnych, jak by to określili mugole. Jednak wśród nich wybijał się jeden, zajmował bowiem prawie całą przestrzeń. Wizerunek ponuraka- śmierci. Zazwyczaj nie wierzyłem w takie bzdety, lecz w pociągu wyczuwałem tak złą aurę, a chłód wstrząsał tak gwałtownie moim ciałem, że nie miałem wątpliwości, że to właśnie mnie czeka.

Do więzienia wiozą mnie

Wreszcie ktoś przyszedł- auror, którego kojarzyłem z pracy. Jednak z całej jego postawy emanowała taka nienawiść, jakiej jeszcze nie doświadczyłem. Byłem lubianym gościem, ba, należałem do elity. Zazwyczaj w każdym środowisku odnajdywałem kilku frajerów, którzy nie dostrzegali mojego uroku osobistego, jednak z ich strony spotykałem się z niechęcią i pogardą. Nawet Snape nigdy tak na mnie nie patrzył.

- Co się dzieje? Gdzie jestem i dokąd mnie wieziecie?

Zadawanie tych pytań nie było chyba dobrym pomysłem, ale zorientowałem się dopiero po fakcie.

- Jak śmiesz się odzywać, ty szumowino? Oczywiście, że jedziesz do Azkabanu. Dwunastu mugoli, Pettigrew, Potterowie... A może uważasz, że jesteś niewinny?

Nie wiedziałem, o czym on do mnie mówi. Potterowie? Peter? Mugole? Jednak jednego się dowiedziałem, zmierzałem do więzienia. Do Azkabanu, najgorszego miejsca na świecie.

Świat ma tylko cztery strony

Starałem się wykombinować jakąś drogę ucieczki, ale nie wiedziałem, gdzie konkretnie się znajduję. Poza tym byłem obezwładniony, a nade mną stał strażnik i śledził każdy ruch mojej głowy. W końcu jednak musiał nadejść czas, gdy podróż dobiegnie końca i wyjdziemy na otwartą przestrzeń. Co wtedy?
Mogłem uciec na Grimmauld Place, mojego rodzinnego domu. Był dobrze ukryty, jednak nadal rezydowała w nim moja pokręcona mamuśka i jej równie pokręcony skrzat. Musiałem znaleźć inne wyjście.
Dom Jamesa i Lily? Gdy ostatnio go widziałem, nie był zdatny do zamieszkania, jednym słowem. Zniszczony, z wielką dziurą w ścianie na piętrze. I ciała. Tylko Harry przeżył... Jednak w razie czego, mogłem znaleźć tam schronienie.
Mieszkanie Lupina?
Za czasów Hogwartu ufaliśmy sobie bezgranicznie, jednak w czasie wojny to się znacznie zmieniło. Miałem wątpliwości, czy jest lojalny wobec Zakonu Feniksa. Nawet jeśli się kontrolował, to jego wilkołacze wnętrze dawało o sobie znać przy każdej pełni i przez kilka kolejnych dni. W zwyczajach tych stworzeń jest walka, więc czy Remus nie chciałby kolaborować z wrogiem, by zdobyć więcej ofiar? Tego nie wiedziałem, ale wolałem ostrożnie wybierać sobie przyjaciół. On chyba nie miał takiego problemu, więc tam też znalazłbym schronienie.
Ostatnim przystankiem był Hogwart. Dumbledore na pewno przyjąłby mnie pod swoje skrzydła, tym bardziej po stracie Jamesa i Lily w naszych szeregach. Byłem zbyt dobrym wojownikiem, żeby wyrzucić mnie na ulicę prosto w łapy aurorów. Trudno jednak kryć się przed wymiarem sprawiedliwości, który niesłusznie mnie ścigał. Mimo to musiałem- dla osieroconego Harry'ego.
Pozostawały mi więc cztery strony, w które mogłem pójść.

A w tym świecie nie ma mnie

Dojechaliśmy do celu, a moja nadzieja znikła bezpowrotnie. Tylko kilka razy doświadczyłem mrożącego wpływu dementorów, gdy pilnowałem więźniów na sali sądowej, ale umiałem go rozpoznać bezbłędnie. Nagle cała nadzieja wyparowała, a do głowy zaczęły przychodzić najczarniejsze myśli. Nie miałem szans na ucieczkę, gdy w pobliżu kręcili się dementorzy, a zresztą auror chyba miał zamiar mnie lewitować. Tak, moje podejrzenia okazały się prawdą. Mężczyzna rzucił na mnie zaklęcie i przelewitował do łodzi. Płynęliśmy przez nieznane mi wody, a istoty mroku krążyły nad nami w powietrzu. W końcu dopłynęliśmy do jakiejś wysepki i auror mnie uwolnił, po czym zniknął w łodzi. A ja poczułem się, jakbym już nie był na Ziemi.

Gdy swe oczy otworzyłem

Prawie od razu przechwycił mnie inny człowiek. Popychając i szturchając, w końcu doprowadził mnie do celi. Byłem zobojętniały na to wszystko. Minąłem wiele cel, gdzie siedzieli ludzie, których sam zamknąłem, a do których miałem dołączyć. Strażnik zatrzasnął kraty i rzucił na nie zaklęcia, o których nigdy nie słyszałem. Następnie skierował różdżkę na mnie:

- Finite Incantatem.

Poczułem, jak otępienie znika, a mnie wypełnia paląca wściekłość. James... zginął przez Petera. Ten piekielny szczur ich zdradził! Tak, wyłożył mu to wszystko, a on... Merlinie, dwunastu mugoli. Zabiję go, zabiję, zabiję, zabiję!!!

- Witamy w piekle, Black.

Nawet nie zorientowałem się, kiedy zamknąłem oczy. Lecz zanim je jeszcze otworzyłem, wyczułem, jak istoty ciemności się do mnie zbliżają. Uchyliłem powieki. Nie myliłem się, przed moją celą stali dwaj dementorzy.

Wielki żal ogarnął mnie

Rzucili na mnie Zaklęcie Oswojenia, jak na jakieś zwierzę. Teraz widziałem wszystko jasno- ciało kochanego Jamesa, który tyle razy uśmiechał się z triumfem do pokonanej śmierci, kochaną Lily, tę cudowną Evans, która zawsze starała się odgonić mnie od nieodpowiednich dziewczyn, zdradziecki Peter, który zawsze był słaby, ale który nigdy nie zdradził przyjaciół i zawsze lojalny Remus, który nie zrobił nic źle, a nawet ja nie mogłem powstrzymać się od oceniania go. Co się z nami wszystkimi stało? Wylądowałem w najgorszym więzieniu świata przez najlepszego kumpla. Zdradził nas. Powiedział wszystko naszemu najgorszemu wrogowi, bo był słaby. Bo przyjaciele nie byli dla niego tak ważni jak dla mnie. A potem... potem, zamiast odpokutować i przyznać się do winy, ponownie zdradził. Merlinie, on zabił ludzi. Dwunastu bezbronnych mugoli było ceną za jego wolność. I nie cofnął się przed tym. Gdzie się podział Peter? Co się z nami wszystkimi stało?

Po policzkach łzy spłynęły

Wiedziałem, że to przez dementorów siedziałem w miejscu i nic nie robiłem. Ten ich zbawienny wpływ. Prawdą jednak było też to, że nie pozbyłem się swojej złości. Przytłumili ją i wepchnęli w najdalszy kąt mojej duszy, ale nadal ją czułem. Zbawienna złość. Słyszałem krzyki i płacz, przekleństwa, śmiechy. Ale to było normalne. Po chwili ja również się rozpłakałem. Co było normalne? Że facet, którego znasz od dziecka, gotuje ci taki los? Zabija z zimną krwią? Nadal miałem przed oczami widok najlepszych przyjaciół leżących na podłodze bez ruchu, bez życia. A wszystko... przez niego. I przeze mnie. Gdyby nie mój pomysł, Lily i James uczyniliby mnie strażnikiem tajemnicy. A ja głupi odmówiłem, bo myślałem, że Voldemort weźmie mnie w obroty. I ZGINĄŁBYM ZA NICH! A nie jak ten tchórz... z zimną krwią... tych parę słów...

Zrozumiałem wtedy że

Siedziałem i płakałem, lecz powoli oswajałem się ze stratą bliskich. Co ja mówię? Udało mi się to tylko dlatego, że przysiągłem zemstę na Peterze. Musiałem się stąd wydostać. Nie wiedziałem, ile upłynęło czasu. Dla mnie były to wieki, ale zapewne nie minęło więcej niż kilka dni. Ciągle byłem człowiekiem i miałem swoje potrzeby- musiałem jeść, by żyć. Dotąd nie otrzymałem żadnego pokarmu. Chcieli mnie ukatrupić za pomocą głodówki? Muszę żyć, by uciec i zemścić się na Peterze! W tym samym momencie do głowy przyszła mi myśl, która zmroziła krew w żyłach, co było niewątpliwie zbawiennym wpływem dementorów. Nikt jeszcze nie uciekł z Azkabanu. I wtedy zrozumiałem, że mnie również się to nie uda.

Czarny chleb i czarna kawa

Zaśnięcie w Azkabanie wydaje się niemożliwe, lecz kiedyś ciało musi odpocząć. Po kilku nieprzespanych nocach mój umysł zaprotestował i po prostu się wyłączył. Po części cieszyłem się z tego, bo mogłem oderwać się od złych myśli. Dodatkowo te kilka godzin przybliżało mnie do końca wyroku. Dobre sobie. Gdy tylko zasnąłem, otoczyło mnie zimno i strach. Widziałem Jamesa, który bronił się przed Peterem i dodatkowo płakał. Wołał do mnie, wypowiadał moje imię, pragnął pomocy, lecz gdy już podjąłem decyzję, żeby do niego podejść, Glizdogon zwrócił na mnie swoje oczy. Były czerwone jak u białych szczurów, lecz wiała z nich taka nienawiść i pogarda, jaka nigdy nie zagościła w najbardziej zepsutej części duszy żadnego człowieka, a co dopiero takiego zwierzęcia. Cofnąłem się błyskawicznie, lecz mimo to Peter zawołał do mnie:

- Odsuń się, Syriuszu! To ja jestem Strażnikiem Tajemnicy!

Mimo że z tego zdania nic nie wynikało, mnie przeleciał strach, jakby przyjaciel wypowiedział najbardziej przerażającą groźbę. Tak zresztą działają sny, lecz wtedy oczywiście nie byłem świadomy, że jestem daleki od przytomności umysłu. Po prostu uciekłem jak tchórz, a krzyki Jamesa prześladowały mnie jeszcze długo. Dopiero gdy się poślizgnąłem i upadłem na twarde podłoże, uświadomiłem sobie, że nie słyszę już okropnego wołania. Natychmiast poczułem ulgę, lecz moje spojrzenie padło na podłogę i mało co nie zwymiotowałem. Krew, wszędzie krew. Kogo? Lily i innych dwunastu osób, których miałem na sumieniu. Leżeli na kupie, rozebrani i okaleczeni. Na szczęście wtedy się obudziłem.

Wciągnąłem haust powietrza, lecz nie zrobiło mi się lepiej. Przy moich kratach stało pięciu dementorów i wywierało na mnie swój zbawienny wpływ. Starałem się uspokoić, bo wiedziałem, że mój koniec niepokojąco szybko się zbliża. Zemsta. Przypomniałem sobie sen i poczułem wściekłość- na Jamesa za to, że był słaby, na Petera za to, że nas zdradził, i wreszcie na siebie za to, że stchórzyłem. Zimno zaczęło ustępować i gdy otworzyłem oczy, przy mojej celi stało tylko dwoje mrocznych strażników.
Ze zdziwieniem zauważyłem na podłodze tacę z jedzeniem i od razu się na nią rzuciłem. Napój- kawa, tak, czarna, zimna, okropna, jednak dająca choć trochę energii. Chleb również czarny, suchy, jednak zjadliwy i wypełniający żołądek. Dlaczego dostałem to teraz? Nie zastanawiałem się nad tym i po prostu jadłem.

Opętani samotnością

Przez kolejnych kilka dni nie zasypiałem, nie dostałem już jedzenia. Starałem się wytrzymać, wspominając dawne dzieje, jednak nie mogłem się na niczym skupić. Miałem niekiedy wrażenie, że słyszę na korytarzu ciężkie kroki kata, lecz gdy wstawałem, one cichły. Kilka razy nawet słyszałem płacz dziecka i mógłbym przysiąc, że był prawdziwy. Odkąd urodził się Harry takie kwilenie wyłapywałem natychmiast. Ono nie cichło- wręcz przeciwnie. Wiedziałem, że to tylko wytwór mojej wyobraźni, zbawienny wpływ dementorów lub halucynacje wywołane brakiem snu, a może nawet wszystkie trzy opcje, ale nie pomagało mi to. Byłem sam i nikt nie mógł mi pomóc, sam musiałem stawić czoło swoim demonom jak inni więźniowie. Niby po obu moich stronach ktoś zamieszkiwał cele, lecz ja czułem się, jakbym został wyizolowany. Dławiłem się samotnością i nie mogłem się od niej uwolnić.

Myślą swą szukają szczęścia

Nie da się bronić przed istotami ciemności bez różdżki chyba, że jest się Dumbledorem lub Voldemortem. Nie ma sensu stawiać oporu umysłowego, lecz ja próbowałem. Miałem o tyle dobrze, że moja chęć zemsty wraz z moim ognistym temperamentem tworzyła mieszankę wybuchową. Czułem, że dementorzy zaczepiają mi w głowie złe myśli, lecz wtedy zawsze przywoływałem obraz Petera oraz Jamesa, a złość wracała. To był mój sposób na oparcie się depresji i przez jakiś czas działało tak dobrze, że przy mojej celi stał tylko jeden demon ciemności. Wiedziałem, że nie pocieszę się długo swoim zwycięstwem. Moje ciało zbyt długo nie dostawało ode mnie snu i w końcu będę musiał ulec, a wtedy zlecą się całe chmary dementorów. Na razie jednak korzystałem i zacząłem wspominać te dobre chwile, co rusz przypominając sobie Petera jako poczciwego człowieka, by po minucie je stracić.

Które zwie się wolnością

Przez ten czas, gdy mój jeden strażnik gdzieś się ulotnił, nie rozmyślałem tylko nad szczęśliwymi chwilami. O nie, nie próżnowałem. W końcu musiałem uciec z tego cholernego Azkabanu! Na początek cicho przeszukałem całą celę, lecz w sianie nic nie znalazłem. Serio? Żadnego metalu, spinki, a nawet igły? Choroba. Zbadałem także zamek, lecz niespodzianka! Nie było tam nic. Faktycznie, jak przez mgłę pamiętam, jak auror rzucał na drzwi zaklęcia, ale nie mogłem sobie przypomnieć jakie. Trudno i tak bez różdżki bym ich nie złamał. Następnie sprawdziłem ściany oraz podłogę. Jedyna kamienna ściana, jaką miałem, była w niepokojąco dobrym stanie- żadnych pęknięć ani odłamków, natomiast dwie zakratowane nie miały żadnej wyrwy. Nie mogłem się też przez nie przecisnąć, chociaż nie wiem, czy w jakiś sposób by mi to pomogło. Ostatecznie mogłem kopać tunel... jeśli dostarczyliby mi mugolską koparkę, chociaż i tak nie wiem, czy dałaby radę. Podłoże było solidne i nawet gdybym miał jakieś narzędzie, nie mógłbym się nim posłużyć. Siedziałem już w więzieniach i nigdy ucieczka nie była prosta, więc, mimo lekkiego rozczarowania, nie zniechęciłem się. Poszedłem w końcu spać.

Zapach murów, widok krat

Miałem rację, koszmarne koszmary nie ustąpiły. Na szczęście nie pogorszyły się. Tym razem śniło mi się, że nie mogłem uciec z Azkabanu, chociaż drzwi stały otworem, a dementorów nigdzie nie było. Jednak bałem się przekroczyć próg. Na gacie Merlina, ale ja trzęsłem portkami w tych snach! Obyło się na szczęście bez krwi, ale tym razem pojawił się Harry. Wiedziałem, że to on, chociaż nie widziałem jego twarzy. Kołysany był przez jednego z dementorów, który przy każdym ruchu wysysał mu kolejną część duszy. Nagle istota mroku rozłożyła ramiona i dziecko jakby w zwolnionym tempie zaczęło spadać, a ja, choć chciałem, nie mogłem go złapać. Upadło i usłyszałem trzask kości. Złamało kark, chociaż już wcześniej zostało pozbawione duszy. Właśnie wtedy się obudziłem i na początku nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Wciągnąłem mocno powietrze i rozejrzałem się szybko. Tak, charakterystyczny zapach murów i widok krat wskazywał na więzienie, natomiast chłód dementorów na Azkaban.

Wietrze ponieś moją pieśń

Dostałem jedzenie! Od razu wsunąłem swoją porcję i nabrałem sił. Położyłem się i w końcu pozwoliłem swoim myślom płynąć. Słuchałem swoich współtowarzyszy podróży na tamten świat i po paru minutach zorientowałem się, że więzień z celi obok śpiewa. Wśród wrzasków i szlochów ten dźwięk wydawał się wręcz balsamem na obolałe ciało. Mężczyzna pewnie wybitnie nie śpiewał, ale mimo wszystko poruszyło mnie. Szczególnie słowa. Ten więzień musiał być bardzo mądrym człowiekiem, by napisać coś takiego. Kiedy ucichł, chciałem prosić, by zaśpiewał raz jeszcze, ale związane gardło mi na to nie pozwoliło. Tak bardzo bałem się pokazać słabość... Po chwili zorientowałem się, że nadal słyszę jego głos. To coś brzmiało jak litania do nieznanej mi siły, powtarzające się zdanie: "Wietrze ponieś moją pieśń".

Pieśń goryczy i rozpaczy

Współwięzień rozpalił we mnie nadzieję, co okazało się zgubne. Teraz chciałem tylko go słuchać, zainspirował mnie. Ja sam nigdy nie pisałem, choć zdarzało mi się śpiewać dla zabawy. Fałszowałem niesamowicie i wrażliwy na dźwięki Peter zawsze protestował. Na myśl o nim ponownie wezbrała się we mnie fala złości. Postanowiłem, że dopóki siły mnie nie opuszczą, a ja nie zdążę uciec, napiszę własną piosenkę. Piosenkę o zdradzie, goryczy i rozpaczy.

Moja matko jest mi źle

Fakt, że chciałem zająć czymś swój umysł, wyraźnie nie spodobał się dementorom. Przy mojej celi ponownie gościło dwóch strażników, ale ich obecność właściwie mi pomagała. Pozbawiali mnie nadziei i o tym właśnie pisałem. A właściwie starałem się, w końcu wpływ dementorów tylko w cudzysłowie był zbawienny. Nie miałem pewności, ile spędziłem już czasu w Azkabanie, ale dwie przespane noce to za mało, by pomóc ciału się wyleczyć. Tak samo było z jedzeniem- nie mogłem długo przeżyć w tym stanie. Miałem świadomość, że musiano rzucić na mnie jakiś czar, bo inaczej dawno byłbym martwy. Nie dodawało mi to otuchy i coraz gorzej się czułem. Chwilami dostawałem napadu drgawek, innym razem wymiotowałem- na sucho, oczywiście. Gdy podjąłem się pisania piosenki, wstąpiła we mnie nadzieja i tym samym odsłoniła na bok moją tarczę. Dementorzy od razu to wykorzystali, a tym samym pomagali mi, lecz z drugiej strony bardzo osłabiali. Już nie mogłem się zasłonić wściekłością, bo wyparowała pod wpływem nadziei. Byłem skończony, a wszystko pogarszał fakt, że moja matka miała rację- nadzieja była matką głupich. Dzięki, mamo.

Młodsza siostra zapytała

Mijało coraz więcej czasu, a ja traciłem coraz więcej sił. Wbiłem sobie do głowy, że nie mogę zasnąć, bo już się nie obudzę, a dementorzy skrzętnie to wykorzystywali. Czy tak właśnie wyglądało staczanie się w objęcia szaleństwa? Już nie słyszałem śpiewu współwięźnia- do moich uszu docierały tylko błagania o pomoc. Czy była to gra moich oprawców? Nie wiedziałem, ale przerażało mnie to. Dodatkowo wspomnienie o matce przywołało inne, niechciane myśli. Czy pamiętali o mnie? Moja matka pewnie była zadowolona- wreszcie dostałem to, na co zasłużyłem. A Regulus? Rozstaliśmy się w gniewie, gdy dowiedziałem się, że przyłączył się do Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Może jednak poczuł coś na podobieństwo żalu? A Remus? Biedny, kochany Remus? Czy wie, kto naprawdę za tym wszystkim stoi? Nie. Wspomnienie tamtego dnia było tak bolesne, że pamiętałem je ze wszystkimi szczegółami. Krzyczałem na Petera, a wtedy on wysadził uliczkę, tym samym zabił dwunastu mugoli, upozorował swoją śmierć przez odcięcie palca i uciekł. A winę zwalił na mnie. Niemal od razu pojawili się aurorzy, więc nic nie mogłem zrobić. Dlatego śmiałem się jak opętany. Bo gdybym tego nie zrobił, musiałbym płakać. Odczuwałem, jak morderca mojego przyjaciela ucieka w postaci szczura i nic nie mogłem na to poradzić. Więc nie, Remus nie wiedział o mojej niewinności. Tak bardzo żałowałem Lunatyka- uważał swoich dwóch przyjaciół za zamarłych, a ostatniego za zdrajcę. Pewnie o mnie myślał, ale nie w kryteriach, w których bym chciał. Nie pozostał mi chyba nikt więcej...
Nagła myśl przeszyła mi czaszkę.

- Andromeda*- wypowiedziałem zachrypniętym od braku używania głosem.

Mamo, gdzie braciszek mój?

Wpadłem jak pierwszy lepszy. Głupio i nieodwracalnie. Po jaką chorobę zacząłem wspominać?! Powinienem obmyślać drogę ucieczki! Ale nie. Ja musiałem wspomnieć Andromedę, jedyną życzliwą mi osobę w rodzinie. Wiedziałem przecież, że dementorzy wysysają dobre wspomnienia, co więcej- doświadczyłem tego. Wszystkie dobre cechy, jakie widziałem w Jamesie zniknęły. Dlaczego? Bo dałem je jak na tacy istotom ciemności. Oczywiście, czasami nie dało się wytrzymać i musiałem przypominać sobie, że takie coś jak dobro jeszcze istnieje. Później mi to zabierano, ale wcześniej zostało wykorzystane w dobrym celu- utrzymaniu mnie przy zdrowych zmysłach. Z Andromedą wpadłem i to właśnie była moja chwila kryzysowa. Mieliśmy bardzo mocną więź, częściowo przez wspólne dorastanie. Dodatkowo znaleźliśmy w sobie oparcie po moim wydziedziczeniu. Rozumiała mnie, ponieważ sama nie trwała w niechęci do mugoli jak jej pozostałe siostry, gorzej- w tajemnicy spotykała się z jednym. Kiedyś, gdy jeszcze byłem w łaskach, przychodziła do nas często i pytała: "Gdzie mój braciszek?". Później przyjęło się to przy moich znajomych. A teraz? Odpowiedzią będzie więzienie, więc czy zada to pytanie? Odważy się? A ja? Mam prawo nazywać się dalej jej braciszkiem?

Brat Twój w ciemnej celi siedzi

Przy mojej celi stało już czterech dementorów, a ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Byłem na siebie wściekły, ale to już nie wystarczało. Postanowiłem iść spać, poddałem się. Byłem tchórzem! Ale przede wszystkim nie miałem pomysłu, jak się stąd wyrwać. Przeszukałem całą celę i chociaż nie widziałem nic w tej ciemności, to byłem pewien, że nic tam nie ma. Miałem jeszcze jeden pomysł, ale postanowiłem go sprawdzić, gdy się obudzę. Jeśli się obudzę...

- Syriuszu, nie podążaj za światłem, tutaj go nie ma- powiedziałem to na głos, by lepiej dotarło do mojej podświadomości, po czym zasnąłem.

Odsiaduje wyrok swój

Nie umarłem! Zamiast radosnego okrzyku zdobyłem się tylko na zdziwiony wyraz twarzy posłany między otaczającą mnie chmarę dementorów. Trząsłem się i głośno oddychałem, ale żyłem. Odruchowo chciałem wznieść mój mur, jednak wściekłość zmniejszyła się pod wpływem nadziei. Przyłapałem się na tym, że szukam jedzenia. Tak, w końcu doszedłem do tego, że posiłki otrzymuję po dawce snu. Z oszczędności? W nagrodę? Nie wiedziałem, ale w tamtym momencie mało mnie to obchodziło, bowiem jedzenia nie było. Spodziewałem się, że ogarniająca mnie rozpacz szybko przekroczy granicę mojego własnego smutku, lecz ku mojemu zdziwieniu prawie nie wyczułem zbawiennego wpływu. Moje prawie znaczyło tyle, co odejście od zmysłów nieprzyzwyczajonego do tego człowieka. Holender, przyzwyczaiłem się do dementorów... Spojrzałem na kraty i, faktycznie, zobaczyłem tylko jednego upiora, który w dodatku znajdował się w oddaleniu. Natomiast przed moją celą stał człowiek.

- Panie Black, możemy porozmawiać? Przyszedłem, by omówić pana wyrok- już zapomniałem, że takie dźwięki istnieją.

Teraz? Teraz przyszedł? Widziałem tylko zarys człowieka, ale już wiedziałem, że to typowy polityk- kłamca i dureń. W dodatku... mój wyrok. Oczywiście, wiedziałem, że siedzę tu przez zbrodnię Petera i że wszyscy za sprawcę uważają mnie, ale inaczej jest to usłyszeć od tego pięknego głosu.

- A ma pan coś do jedzenia?- zmierzyłem go wzrokiem.

- Coś się znajdzie- chyba się uśmiechnął.

- W takim razie jasne- wzruszyłem ramionami i wstałem.

Czarny chleb i czarna kawa

Zakuli mnie ponownie w kajdany i otworzyli celę. Wcześniej nie zobaczyłem pomagierów, którzy robili to z największą zręcznością, gdy Pan Polityk stał w bezpiecznej odległości. O tak, bał się mnie, ale na razie nie chciałem dawać mu podstaw do takiego myślenia. Był mi potrzebny. Dlatego bez sprzeciwu dawałem sobą pomiatać i wyprowadzić z celi. Ze zdziwieniem nie zauważyłem nigdzie dementorów, chociaż nikt nie wywołał patronusa. Jakim cudem? Ta wiedza by mi się przydała, ale nie zamierzałem pytać. Koncentrowałem się na przemierzaniu kolejnych korytarzy i zapamiętywaniu skrętów. Nigdy nie byłem dobry w pamięciówkach, wolałem kierować się instynktem, dlatego już po kilku zakrętach straciłem orientację. Nie przejmowałem się jednak, bo rozruszane kości wydawały przyjemne trzaski. Szliśmy kilka minut, gdy Pan Polityk otworzył drzwi, a mnie oszołomiło światło.

Czułem, jak ktoś sadza mnie na krześle i wkłada w rękę naczynie. Powąchałem- kawa. Uśmiechnąłem się. Czarna oczywiście. Wypiłem trochę, by zwilżyć zaschnięte gardło, ale nie pozwoliłem sobie na nic więcej- spodziewałem się, że zaraz dostanę chleb. I nie myliłem się. Czarny. Z przyjemnością się w niego wgryzłem i już się nie oszczędzałem, jadłem jak zwierzę, co chwila popijając kawą. Wszystko to robiłem z przymkniętymi oczyma. Tak, żeby przyzwyczaić się do światła, ale żeby mnie ponownie nie poraziło.

Opętani samotnością

W końcu moje oczy przyzwyczaiły się do światła. Nie dziwiłem się, spędziłem tyle czasu w ciemnościach, że niemal zapomniałem, jak wygląda blask pochodni. Było ich bardzo wiele- czułem ich ciepło. Siedziałem na krześle, przy stole. Przede mną leżał najprawdziwszy talerz i szklanka. Taki luksus za rozmowę? Wiedziałem, że to abstrakcyjne. Luksus? Zwykli ludzie za murami nazywali to inaczej- nędza. Lecz ja nie byłem zwykłym człowiekiem... czy ja w ogóle byłem jeszcze człowiekiem? Nie zezwierzęciłem się? James często żartował, że kiedyś się zatracę i pozostanę psem, a wtedy on będzie mnie trenował... ze strachem od razu skasowałem tę myśl, bojąc się zbawiennego wpływu dementorów... ale ich nie było. Zostałem sam. I to było cudowne.

Myślą swą szukają szczęścia

Mogłem przypomnieć sobie wszystko, mogłem jasno myśleć! Byłem rozgrzany, rozgorączkowany wręcz! Nadal ssało mnie w żołądku, a gnaty niebezpiecznie strzelały, ale kto by o tym myślał, kiedy możesz myśleć o w s z y s t k i m i n n y m?! Na początku przeczesywałem swój umysł z prędkością światła, bojąc się, że zaraz zostanę ponownie wrzucony do zimnej celi. Jednak gdy zobaczyłem, że nikt nie przychodzi, zacząłem się delektować spokojem i tymczasową wolnością. Wspaniale było znowu poczuć tę gotowość do działania.

Które zwie się wolnością

Zerwałem się z krzesła i zacząłem przeszukiwać pomieszczenie, lecz za każdym razem, gdy zbliżałem się do ściany, płomienie z pochodni gwałtownie się zwiększały. Nie zrażałem się i w jednej chwili rzuciłem się na podłogę, jednocześnie wspominając wszystkie moje pobyty w wiezieniach oraz akcje aurorskie. Miałem nadzieję znaleźć coś w tej oazie spokoju, lecz nawet ona nie sprostała moim oczekiwaniom- podłoże nie było pokryte nawet sianem. Nie miałem tam czego szukać. Gdy już zacząłem rezygnować mój wzrok wpadł na coś błyszczącego... coś odbijało blask ognia. Kawałek szkła. W momencie, gdy go podniosłem, drzwi się otworzyły.

Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem

Do pokoju wszedł pan Polityk, a ja z pokorną miną usiadłem na krześle. Gdy patrzyłem, jak rozkłada papiery, urósł we mnie irracjonalny strach związany z tym, co zrobiłem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że przecież to nie ja. Przez nagłe zapewnienie dobrych warunków robiłem się senny i mąciło mi się w głowie. Z największą starannością schowałem znalezisko do kieszeni, mając nadzieję, że nie zostanę przeszukany.

- Panie Black.

Ocknąłem się i wbiłem spojrzenie w mężczyznę. Najwyraźniej już wszystko uporządkował, ponieważ usiadł na krześle.

- Został pan zesłany do Azkabanu w związku z działalnością śmierciożerczą, zabójstwem Lily oraz Jamesa Potterów, Petera Pettigrew i dwunastu mugoli. W związku z tymi oskarżeniami Ministerstwo skazało pana na dożywotnią karę.

- Ale to nie ja! To Peter! To on wydał Potterów Sam-Wiesz-Komu! I to on zabił tych mugoli!

- To nieprawda, panie Black- jego spokojny głos doprowadzał mnie do szału.- Proszę usiąść.

Nawet nie zauważyłem, że podniosłem się z krzesła. Posłusznie usiadłem i wbiłem zdenerwowany wzrok w tę podróbę faceta.

- Był pan jednym z popleczników śmierciożerców tak jak cała pana rodzina...

- Nie! Ja nie podążałem za moją rodziną, należałem do Gryffindoru i nie miałem nic do mugoli!

- B y ł pan śmierciożercą- jego głos nienaturalnie nie zmieniał tonu.

W co ten facet pogrywa? Po raz kolejny chciałem odpowiedzieć przecząco, lecz z moich ust wydobyło się inne słowo:

- Tak.

Zszokowało mnie to. Wpatrywałem się w oszołomieniu w Pana Polityka, który w tym momencie pisał coś na pergaminie, jakby moja odpowiedź go nie zaskoczyła. Co takiego mogło być w jedzeniu, żeby usta nie kontaktowały się z mózgiem?

- Był pan Strażnikiem Tajemnicy Potterów?

Nie chciałem, żeby poprzednia sytuacja się powtórzyła, więc tylko pokręciłem głową. Mężczyzna znowu napisał coś na pergaminie.

- Wydał pan ich?

Ponownie pokręciłem głową. Chciałem krzyczeć, że to nie ja, że w s z y s t k i e m u winny jest Peter, ale nie mogłem. Nie dlatego, że ktoś mi zakazał, nie dlatego, że nie chciałem, ale dlatego, że musiałem zachować milczenie. Ministerstwo znalazło kolejny sposób, by mnie kontrolować. To była tak przerażająca perspektywa, że zacząłem się histerycznie śmiać. Pan Polityk nie zdobył się natomiast na żadną reakcję.

Chciałem śpiewać, brak mi tchu

Na nic się zdały moje próby zaprzeczania. Po kilku minutach, a może godzinach Pan Polityk przeczytał swoje zapiski.

- Syriusz Black jest winny zarzucanych mu przestępstw. Kara dożywocia, na jaką skazało go Szanowne Ministerstwo Magii, jest miarodajna do dokonanych przez niego czynów czynów. Więzień składał swoje zeznania dobrowolnie i jest świadomy wyroku.

Mnie opadła szczęka. Miałem nosa do tego faceta- łgarz i przekręt, byle wspiąć się na kolejne stopnie, nie ważne, kto będzie mu służył za podnóżek. Przesłuchanie Blacka i zdobycie jego zeznań- to na pewno mu nie zaszkodzi. Nikt nie dowie się, że to wszystko kłamstwo.

Nie powiedziałem nic, lecz nie ze strachu. Czegokolwiek bym nie powiedział, nie zmieni to mojego losu. Zginę tutaj jak wszyscy inni. Z radością przywitałem mój mur, moją wściekłość, a nadzieję pożegnałem kopniakiem. Nie wyjdę stąd już nigdy.

Dementorzy nie nękali mnie jeszcze przez długie godziny. Mogłem się założyć, że to produkt uboczny spotkania z Panem Politykiem, prawdę mówiąc, jeden z najlepszych. Z nową energią wziąłem się za pisanie piosenki- plany ucieczki porzuciłem. Już widzę moich Huncwotów, ich miny, gdyby wiedzieli, co robię w więzieniu. Sam parsknąłem śmiechem, jednak w głębi wiedziałem, że tylko to mi pozostało.
Słowa przychodziły i odchodziły, ale przez te kilka godzin udało mi się ukończyć piosenkę. To zadziwiające, jak wiele miałem energii, gdy dementorzy się do mnie nie zbliżali, bo oczywiście czułem ich lekki wpływ. Całe więzienie jest nimi przesiąknięte.

Wziąłem głęboki wdech, skończyłem. Musiałem teraz zaśpiewać, dać znak, że mnie nie złamali. Pocieszyć mojego sąsiada, o ile jeszcze tam jest. Jeszcze raz spojrzałem na słowa- szkło z Płonącego Pokoju bardzo się przydało- i wypuściłem powietrze. Moje oczy w jednej chwili zwilgotniały, ale wiedziałem, że to dobra reakcja. Bo prawda jest taka, że moja piosenka nikogo nie podniesie na duchu, zawierała bowiem tę brutalną prawdę, której nie chciałem przez długi czas przyjąć do siebie. Jak byśmy nie zaczynali, tutaj skończymy. Nie ważne, czy się nawrócimy, czy pożałujemy swoich czynów, bo nikogo to nie obchodzi. Nie mogłem nabrać tchu...

Moje serce mi wydarli

W następnych dniach czułem się gorzej niż kiedykolwiek wcześniej w całym moim życiu. Prawdopodobnie dopiero teraz zacząłem odczuwać prawdziwy wpływ dementorów. Wcześniej chronił mnie gniew na Petera, później walczyłem nadzieją, a teraz nie pozostało już nic. Oczywiście, wściekałem się na Pana Polityka oraz całe zasrane Ministerstwo, ale widziałem już swoją porażkę, c z u ł e m ją.

Dlatego się poddałem. Pozbawili mnie nadziei, ale zabrali również gniew. Po co miałem się denerwować na kogokolwiek, tkwiąc na zawsze w więzieniu? Ogołocili mnie ze wszystkiego, ale przede wszystkim z uczuć. Kim był gryfon bez uczuć? Roślinką be serca.

Serca mego nie ma już

To wydaje mi się nawet śmieszne. Wszystko zawsze wskazywało na to, że nie pasuję do otoczenia. W rodzinie byłem czarną owcą, w szkole zostałem Huncwotem, w pracy należałem do elity... lecz w więzieniu adaptowałem się niesamowicie dobrze i nie wyróżniałem się niczym wśród innych. Może nie wszyscy na początku walczą, może też wyzbywają się nadziei od razu, ale i tak wszyscy kończą tak samo. Umierają na pryczach, w swoim własnym smrodzie, błagając o śmierć.

Załamywałem się powoli, czułem to. Po tym jak mój kokon bezpieczeństwa zniknął, zbawienny wpływ dementorów stał się dotkliwszy. Nie miałem nic do roboty- plany ucieczki, piosenka- wszystko już było za mną. Wiedziałem, że winę za mój stan ponosi Pan Polityk. Czy to nie był idealny pretekst do zemsty? Owszem, w dodatku mogło mnie to wyrwać z obłędu, w który wpadałem, tyle że ja tej zemsty miałem nigdy nie dokonać. Nigdy nie wychylić nosa z celi.

Czy to ten sam Syriusz Black, który siedział tu przed tygodniem? Zdecydowanie nie. Nie czułem się sobą- zabrakło mi odwagi, której zawsze miałem pod dostatkiem. Gdybym nie widział na własne oczy, powiedziałbym, że wyrwali mi moje serce, tyle że nigdzie nie mogłem dostrzec dziury...

Chciałem tylko mówić prawdę

Kolejna zabawna rzecz? Matka już w drugiej rzeczy miała rację. To zdarzyło się jeszcze w moim dzieciństwie, gdy spojrzenie na świat dopiero się kształtowało, ale już zaczęło odróżniać dobro od zła. Początkowo kierowałem się logiką- jak ja podstawię komuś nogę, on może podstawić ją mnie. Lecz później zacząłem zauważać, że to złe. Nie znaczy to, że zaprzestawałem psot- co to, to nie! Jednak byłem świadomy.

Pewnego razu powiedziałem mojej ciotce, że ma brzydką sukienkę i wywołało to niezłą burzę. Zaobserwowałem, że kłamstwo tak jak podstawianie nogi jest złe, ale więcej zabawy zyskiwałem przy prawdzie. Dlatego nie mogłem zrozumieć, dlaczego matka się zawstydziła i zaczęła przepraszać. Przecież nie zrobiłem nic złego- wręcz przeciwnie! Dopiero po solidnym laniu dowiedziałem się, że z prawdą u boku nigdzie nie zajdę w życiu. Dlaczego to musiało się sprawdzić właśnie tutaj? Chciałem tylko mówić prawdę, bronić sprawiedliwości, być tym dobrym. Nie udało się.

Lecz zamknięto usta mi

Może to nie była moja wina? Przecież s t a r a ł e m się podążać ścieżką prawości, jednak Pan Polityk mnie z niej zepchnął. Czy to jednak nie wskazywało, że zło wygrywa? Mamuśka miała rację, stając za Czarnym Panem? Nie, przecież Harry w jakiś sposób go pokonał... ale my ponieśliśmy dotkliwsze straty. Mimo że graliśmy fair. A być może dlatego, że graliśmy fair. Cały mój świat zaczął się wywracać do góry nogami. Być może to ja myślałem źle, może w opinii społeczeństwa to my jesteśmy ci źli... Nie, nie oszalałem aż tak.

Chciałem komuś podać rękę

Wyciągałem zbyt ogólne wnioski. To nie tak, że nasze uczynki są złe z natury- to nasze zamiary czynią je takimi. Sama chęć czynienia dobra jest pozytywna, lecz nieudolna próba jej zrealizowana nie musi już taka być. Ja na przykład chciałem pomóc moim przyjaciołom. Sam byłem gotów nosić na sobie brzemię Strażnika Tajemnicy, lecz dla ich dobra przekazałem je Peterowi.

Bez żadnych przeszkód wspominałem Jamesa w ostatnich jego dniach. Był odważny, ale bał się o swoją rodzinę. Stał się nerwowy, stracił na wadze, wszędzie widział niebezpieczeństwo... jedynie gdy miał ich na oku, mógł odetchnąć. Jego poorana zmartwieniami twarz sprawiała mi ból, bo chciałem wyciągnąć do niego rękę, ale dla jego dobra pozwoliłem na to komuś innemu.

Teraz ręce są we krwi

Czy było warto? Nie. Powstrzymywałem się od snu, bo wiedziałem, że tym razem n a p r a w d ę umrę. Byłem świadomy, że mój koniec mimo tego zbliża się wielkimi krokami. Nie chciałem umierać! Ale zasłużyłem na to- doszedłem do wniosku, że oni wszyscy mieli rację. To ja zawiniłem. Przeze mnie Potterowie nie żyją, a trzynastu mugoli wącha kwiatki od spodu. Moim obowiązkiem była pomoc przyjacielowi, lecz mnie zachciało się działać logicznie. Od kiedy ja ruszam najpierw głową?! Mogłem się domyślić, że coś jest nie tak! Instynkt podpowiadał mi, żebym czuwał przy nim jak pies. Lojalność leży w naturze tych zwierząt i nie powinienem ignorować tej potrzeby.

Oni wszyscy mieli rację- moje ręce są splamione krwią.

Wtem do celi klawisz wpada

Stałem się leniwy i ociężały, nie wstawałem nawet z pryczy. Udało mi się zasnąć jeszcze jeden raz, choć, jak sam uważam, cudem się wybudziłem. Nie chciałem umierać, ale egzystencja też mi zbrzydła. Nie miałem żadnej motywacji ani wiary w ucieczkę. Aż do sytuacji, gdy przeglądałem szczęśliwe wspomnienia z Jamesem. Wstąpiła we mnie nowa energia, która pociągnęła za sobą coś głębszego.

Wcześniej starałem się nie tracić wspomnień, ale teraz było mi wszystko jedno. Delektowałem się słońcem, śmiechem i poczuciem bezpieczeństwa, mimo że w następnej chwili dementorzy mi to zabierali. Szeptali do ucha okropne rzeczy... w które bardzo szybko wierzyłem. Miałem jedynie wrażenie, że to fałsz, ale wrażenie nie dawało mi pewności...

Przypominałem sobie kolejne sytuacje, co i rusz napotykając się na zabawy w postaciach animagów. Tęskniłem za tym równie mocno jak za słońcem. Ale co gdybym... teraz się przemienił? Ten pomysł mnie rozbudził. Zacząłem się zastanawiać, czy to możliwe z taką depresją. Spróbowałem i, faktycznie, udało mi się! Przez chwilę poczułem się jak nowo narodzony. Stałem na czterech łapach i patrzyłem na swoją celę psimi oczami. Delektowałem się tą chwilą. Miałem wrażenie, że świat stoi przede mną otworem, choć patrzyłem na zakratowane drzwi. To chyba przez zmniejszony wpływ dementorów...

Słaniałem się lekko na łapach, lecz podszedłem do krat. W tej postaci wydawały mi się jeszcze większe, jednak ja nadal czułem, że mogę przez nie przejść. Wiedziałem, że zostały zabezpieczone również magią, lecz mimo to przełożyłem jedną łapę przez jedną z przerw.

Niemal w tej samej chwili rozległ się przeraźliwie głośny dźwięk, nawet jak na moje ludzkie uszy. Nie mogłem tego znosić i jednocześnie utrzymywać animagicznej postaci, więc przemieniłem się. Zmiana w zwierzę wymagała wiele pokładów energii i padłem jak długi. Moje zakończeni nerwowe dopiero przyzwyczajały się do nowego ciała, więc nawet nie poczułem bólu.

Na szczęście przemieniłem się w porę, ponieważ tuż po tym do mojej celi przyszedł strażnik. I jakie by to nie było zaskoczenie, to nie podniosłem głowy.

I zaczyna więźnia bić

Słyszałem, jak otwierał kraty. Wszedł do celi i patrzył na mnie chwilę, po czym przewrócił mnie na plecy... ręcznie. Otworzyłem oczy i zlustrowałem go wzrokiem- nie miał różdżki. Dopiero później zauważyłem drugiego strażnika stojącego przy wejściu, który dzierżył niby pospolity patyk.

- Syriusz Black, kogo innego mogliśmy się spodziewać? Chciałeś uciec? Z Azkabanu?- w jego głosie słyszałem drwinę, lecz nie odezwałem się.- Wiem, że mnie słyszysz, tylko cię sparaliżowało. Myślisz, że jedyne więzienie czarodziejskiej Anglii, nie będzie miało zabezpieczeń?

Sparaliżowało? Nie, czułem tylko zmęczenie wynikające z przemiany. Może skutki miały dopiero nadejść? A może... zaklęcia nie działają na zwierzęta? Moje rozmyślania przerwał świst powietrza i potworny ból. To strażnik dzierżył bat i uśmiechał się wściekle.

- Rzadko mam okazję ukarać takich sukinsynów jak ty, zazwyczaj jak tchórze nie wyściubiają nosa ze swoich cel. Na szczęście bywają czasami tacy nieudacznicy, którzy nawet tego nie umieją zrobić.

Uderzył mnie dokładnie szesnaście razy, piętnaście ciosów za wszystkie moje "ofiary" i jeden dla utrwalenia. Bolało jak diabli, a krew lała się ze mnie strumieniami. Tak miał wyglądać koniec? Zostawili mnie bym się wykrwawił i tyle? Właśnie wtedy, gdy ponownie poddałem się nadziei.

Młody więzień na twarz pada

Gdy mój kat wyszedł, starałem się doczołgać do mojej pryczy, ale zatrzymałem się w połowie drogi. Nie miałem siły... Wiedziałem, że umieram. Potrzebowałem pomocy medycznej. Z mojego gardła wyrwało się parsknięcie. W Azkabanie takie coś nie istnieje. Czułem za sobą obecność dementorów. Było ich dużo. Za dużo, bym mógł się pocieszyć. Przynajmniej zostawiłem coś po sobie. Piosenka pozostanie długo w tych murach. Moje ciało oplatał ból. Był ostry jak światło. Śmiałem się. Świat barwił się na czerwono. Trudno było oddychać. Powoli się dusiłem. Plułem czerwonym. James lubił czerwony. Padłem. Tęskniłem...

Serce mu przestaje bić

Dementorzy, gdy tylko ich ofiara padła, odpłynęli do innych więźniów. Nikt nie interesował się wynędzniałym mężczyzną, leżącym na ziemi. Nie wyczuwalna była żadna zmiana. Płacz i krzyki nadal niosły się echem po budynku na końcu świata. Jedynie dementorzy zauważyli śmierć odchodzącą z kolejnym łupem. Nie robiła hałasu, nie tym razem. Nie zatrzymywała się na dłużej, Azkaban zawsze był jej stałym przystankiem. Wróci tu. Na przykład po nowego więźnia, który zostanie przydzielony do celi Syriusza Blacka. Tego, który odkryje słowa wyskrobane w skale. Odkryje ich sens. Odczuje śmierć zanim ona zdąży się po niego zjawić. Bo przeczyta piosenkę. Zaśpiewa gorzkie słowa, nie mogąc dopasować ich do żadnej melodii.

Jedzie pociąg, złe wagony,
Do więzienia wiozą mnie.
Świat ma tylko cztery strony,
A w tym świecie nie ma mnie.


Gdy swe oczy otworzyłem
Wielki żal ogarnął mnie.
Po policzkach łzy spłynęły,
Zrozumiałem wtedy, że...


Czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Zapach murów, widok krat,
wietrze ponieś moją pieśń
Pieśń goryczy i rozpaczy,
moja matko jest mi źle


Młodsza siostra zapytała:
"Mamo, gdzie braciszek mój?"
Brat Twój w ciemnej celi siedzi!
Odsiaduje wyrok swój.


Czarny czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem
Chciałem śpiewać, brak mi tchu
Serce moje mi wydarli
Serca mego nie ma już


Chciałem tylko mówić prawdę,
Lecz zamknęli usta mi
Chciałem komuś podać ręce
Teraz ręce są we krwi


Czarny czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Wtem do celi klawisz wpada,
I zaczyna więźnia bić.
Młody więzień na twarz pada,
Serce mu przestaje bić.


I nadejdzie chwila błoga
Śmierć zabierze oddech mój,
Moje ciało stąd wyniosą
A pod celą będą znów


Inny czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością...


Będzie płakał.
Rozmyślał.
Śmiał się.
Zaśnie.
Po czym przywita czarny chleb i czarną kawę jak starych przyjaciół.

* Andromeda Black w książce była starsza od Syriusza, jednak na potrzeby opowiadania odmłodziłam ją :)
Piosenka pod tytułem "Czarny chleb i czarna kawa" zespołu Strachy na Lachy.