sobota, 16 lipca 2016

Dziecko wojny

Witajcie! Dzisiaj krótko- mam dla Was miniaturkę, która dla wielu z Was będzie niezrozumiała, naciągana i ogólnie denna. Jednak pisałam ją po przeczytaniu kilkunastu ff Tomarry, gdzie zły i mądry Harry po prostu występował. Do wątku odkrycia przez mugoli zainspirował mnie "Syn śmierci", którego gorąco polecam ;) Miniaturka została przede wszystkim napisana na konkurs dla Stowarzyszenia Harry'ego Pottera. Zapraszam tych niezrażonych do czytania! :)

Czy może istnieć świat gorszy od tego, w którym żyjemy? Pod władzą Voldemorta, ukrywając się jak szczury, opłakując nie umarłych, lecz żywych, którzy muszą to znosić? Do pewnego czasu myślałem, że nie, przecież nie może istnieć wróg gorszy od niego. W końcu to on pokonał Albusa Dumbledore'a, jakby ten był nic nieznaczącym robakiem. Ja żyję tylko dzięki moim przyjaciołom. Kiedy Albusa zabrakło, priorytetem wszystkich stało się chronienie mnie- w końcu byłem ich ostatnią nadzieją. Czułem się winny, że ja muszę się ukrywać, kiedy oni giną za mnie każdego dnia, lecz dopóki nie miałem sposobu, by go pokonać, musiałem siedzieć cicho.

W końcu jednak nastał ten czas i wiedziałem, co zrobić, by uwolnić świat od mordercy wszechczasów. Jeśli nie mogłem pokonać go t e r a z, to musiałem zrobić to w przeszłości. Na szczęście miałem przy sobie Hermionę i możliwość podróżowania. Z magią wszystko było łatwiejsze, ale i tak długo zajęło mi znalezienie artefaktu, który przeniósłby mnie w czasie. 

Był to mały przedmiot, sygnet, który bez problemu mieścił się w kieszeni. Taka błahostka miała uratować Czarodziejski Świat- to wręcz nie mieściło się w głowie. Sygnet miał jednak jedno ograniczenie, mógł przenieść tylko jedną osobę. Moi przyjaciele bardzo długo protestowali przed tym, żebym to ja miał się przenieść się w czasie, ale wytłumaczyłem im, że nie bez powodu mnie ukrywają. W końcu to JA miałem zabić Voldemorta, obojętnie w jakich czasach. Ostatecznie mnie puścili, ale przy pożegnaniu wyglądali, jakby właśnie dostali informację o moim pogrzebie. Jednak dla mnie liczył się tylko sygnet.

Wiedziałem dokładnie, co zrobić- miałem założyć pierścień i pomyśleć, o ile lat ma mnie przenieść. Uznałem, że sto lat wstecz będzie wystarczającą ilością czasu, abym dostosował się do społeczeństwa i zdobył tyle doświadczenia, abym bez problemu mógł zabić noworodka, który jeszcze nic nie zrobił. Poza tym musiałem go znaleźć. Plan był bardzo dobry i pewnie wszystko poszłoby gładko, gdyby nie jeden fakt... pierścień przenosił w przyszłość.

I tu pojawił się problem. Wiedziałem, że przeniosłem się sto lat do przodu od razu po wylądowaniu. Wyglądałem inaczej od tamtych ludzi, bardziej jak wieśniak, a nie wybawca Czarodziejskiego Świata. Na ironię wylądowałem w mugolskim Londynie. W latających samochodach nie było ani trochę magii, a telefony w dłoniach zostały wszczepione za pomocą jakiś ostrych, mugolskich narzędzi. Miałem nadzieję, że znajdę kogoś, kto poinformuje mnie o zmianach, jakie zaszły od moich czasów. Czy zwyciężyliśmy? A może Voldemort do dzisiaj dzierży władzę?

Najlepszym rozwiązaniem było aportowanie się do Ministerstwa, lecz nie wiedziałem, kto teraz rządzi krajem. Może nadal musiałem się martwić listem gończym? Postanowiłem powęszyć wśród prostych ludzi. Kojarzyłem mniej więcej drogę do Dziurawego Kotła, więc jak najszybciej się tam udałem. Oczywiście, mogłem się aportować, ale zbyt dużo ludzi się tutaj kręciło. Prawdopodobnie ta decyzja uratowała mi życie.

Otóż, gdy tylko przybyłem na miejsce, wszelkie moje nadzieje dotyczące minimalnych zmian zostały zmiażdżone. Tak jak Dziurawy Kocioł, a przynajmniej domyślałem się, że to on jedynie po położeniu. Stary budynek został zrównany z ziemią i już nie umożliwiał przejścia na ulicę Pokątną. Rozejrzałem się niemal machinalnie, choć wiedziałem, że mugole nie mogą zobaczyć tego miejsca, lecz ponownie mnie zszokowali. Patrzyli tam, pokazywali sobie ruiny palcami, rozmawiali przy nich. Jak...? Ja nie wyczuwałem żadnej różnicy. Dopiero później dostrzegłem jeden dziwnie płaski blok na gruzach i domyśliłem się, że to jakaś tablica. Podszedłem spokojnym, wręcz spacerowym krokiem na bezpieczną odległość i zacząłem czytać, nadal jednak trzymając dłoń na różdżce.

Magia zostanie zwyciężona!
Pamiątkowy pomnik bitwy pod Londynem, prowadzonej z obcymi jednostkami i ostatecznej kapitulacji Voldemorta.

Wpatrywałem się długo w te słowa, ale i tak nie uspokoiłem szalonych myśli. Voldemort skapitulował? To było spełnienie marzeń, ale wraz z nim została pokonana magia. Co więcej, jeśli dobrze zrozumiałem, to mugole ją zniszczyli.

Nie mieściło mi się to w głowie. Przecież zawsze byliśmy ponad nimi. Sam z doświadczenia wiedziałem, że żyjąc z magią, pozostaje niewiele niemożliwych.
Co w takim razie działo się z czarodziejami? Zabili ich? A może po prostu się przenieśli, podczas gdy mugole myśleli, że ich już nie ma? Nie wiedziałem, jak zdobyć te informacje. Nie chciałem ryzykować, aportując się w magiczne miejsca, więc postanowiłem popytać mugoli.

Zauważyłem blisko mnie mężczyznę, który również przyglądał się tablicy. Podszedłem do niego i nagle... nie wiedziałem, co mam dalej zrobić. Postanowiłem mimo wszystko się odezwać.

- Przepraszam.

Mężczyzna spojrzał na mnie z ciekawością.

- Przyjechałem dopiero niedawno i... czy wie pan, co tu się stało?

To nie było najlepsze posunięcie, jeśli wojna z Voldemortem była rozpowszechniona na cały świat. A prawdopodobnie była, sądząc z nagle zamkniętej twarzy człowieka.

- A skąd pan przyjechał, jeśli można wiedzieć?

- Byłem... na Atlantyku. Tak! W łodzi podwodnej. Jestem badaczem- dodałem pewniejszym głosem.

O ile łodzie podwodne jeszcze istnieją, na brodę Merlina!

- Moja rodzina, która mieszka w Anglii nie mogła się ze mną komunikować i jedynie przy zaopatrywaniu docierały do mnie strzępki informacji, z których trudno było mi cokolwiek poskładać.

- Więc nie był pan z Armii?- spytał nadal nieufnie mężczyzna i zmierzył mnie wzrokiem.- Czy nie był pan w odpowiednim wieku? Nie widzę u pana przejawów kalectwa.

- Jestem głuchy- wypaliłem.- To znaczy... teraz to już czysto technicznie. Niedawno wczepili mi implant.

No dawaj! Łyknij to!

Mężczyzna jednak nadal nie przejawiał chęci do rozmowy i straciłem cierpliwość.

- Jeśli nie chce mi pan nic powiedzieć, to proszę chociaż nie marnować czasu. Od kilku lat nie widziałem rodziny, ale co robię, gdy wysiadam na ląd? Spowiadam się ze swojego życia. Do widzenia- pożegnałem go ostrym spojrzeniem.

Miałem nadzieję, że moje zmyślone informacje zostaną przyjęte bez sprzeciwu albo chociaż żeby pasowały do tych czasów. Badacz Atlantyku, też mi coś. Jednak najwyraźniej zadziałało, bo mugol zawołał:

- Proszę mi wybaczyć, po prostu rzadko mamy tu obcych od czasu Bitwy, raczej wszyscy trzymają się swoich kwartałów. Oczywiście, rozumiem pana sytuację- dodał szybko.- A wracając do pańskiego pytania- te ruiny stanowią symbol Nowego Świata, utworzonego po pokonaniu obcych. To wtedy ich pokonaliśmy i wykorzeniliśmy magię na dobre- prychnął.- To nawet zabawne, że kiedyś słowo magia kojarzyła nam się z wróżkami i czarami, a teraz nazywamy tak technologię Obcych.

- Jak ona działała? Nigdy nie widziałem żadnego ataku.

- Opracowali różdżki, które wraz z połączeniem wewnątrz wysyłają impulsy o określonej częstotliwości. To niewyobrażalne, co można dzięki temu zdziałać... Można nawet zabić... przede wszystkim zabić- dodał szeptem.

- Wiem, straciłem tak rodziców- uśmiechnąłem się smutno.- Teraz jedynie wujostwo mi pozostało. I dlatego nie mogę sobie wyobrazić, jak zdołaliśmy odeprzeć ten atak...

Złap przynętę... Pochwyć... Muszę to wiedzieć!

- Tak, mnie też fascynuje ta technologia. My, Ziemianie, zdołaliśmy rozgryźć zabawki Obcych i obrócić je przeciwko nim. Sam przez długi czas nie mogłem w to uwierzyć, ale w końcu zobaczyłem to na własne oczy.

Stop. Rozgryźli magię?! Jak to możliwe?! To wyjaśniało chociaż trochę naszą sytuację.

- Dużo straciliśmy, ale odnieśliśmy zwycięstwo- westchnąłem.- Tylko czy ta cena była tego warta? Straciłem kuzyna, był w Armii.

- Tak jak mój syn- westchnął mężczyzna.- Dobrze, że za to zapłacili. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym na ulicy spotkał obcego...

Już miałem spytać, co właściwie się stało z "obcymi", lecz przechodzeń dokończył zdanie, a mnie otoczyła ciemność.

- ... chyba to- wyszeptał.

Tak, zostałem rozpoznany. Przeżyłem, lecz porwał mnie Łowca. To były bolesne tygodnie, ale wiele się dowiedziałem. Mugole nie byli tak ślepi, jak nam się wydawało, a premier pokorny jak poprzednicy. Coś złego się działo w jego świecie, coś n a d n a t u r a l n e g o i on doskonale wiedział co, więc nie zamierzał siedzieć cicho. 

Kiedy czarodzieje nawzajem się wybijali, mugole opracowywali broń. Broń, jakiej świat dotąd nie widział. Za pomocą określonych częstotliwości mogli robić wszystko, co im się wyśniło. Podnosili rzeczy, niszczyli je, a nawet naprawiali. Tak też wytłumaczyli sobie naszą magię, magię Obcych. Byliśmy dla nich przybyszami z kosmosu, którzy starali się zawładnąć światem. Chociaż samo założenie wydawało się być śmieszne, nasz upadek mówił sam za siebie.

- Masz dość?

Łowca z przyjemnością udzielał mi informacji, wiedział, że to bolało. Oczywiście, troszkę przesadzałem, płacząc, ale czego się nie robi dla dobra sprawy.

- Przestań- wyszeptałem, mocniej wciskając szpilkę w swoją dłoń.

- Wyłapaliśmy was tak jak hycel łapie bezdomne psy! Podoba ci się twoja klatka?- zarechotał.

Faktycznie, byłem w swego rodzaju klatce. Bo największym osiągnięciem mugoli nie było odkrycie częstotliwości na zabijanie, nie... oni musieli znaleźć częstotliwość, która zamykała magię. Nie wiedziałem, jak to działa, ale to w jakiś sposób r o z p r a s z a ł o naszą moc. Okropne uczucie.

- Jesteście potworami- przekułem kolejny wrażliwy punkt i zaszlochałem.

- My? To WY wysadzaliście nasze domy, mordowaliście krewnych. Myślisz, że robiłbym to, co robię, gdy mój syn był teraz ze mną? Gdyby nie Obcy, on by żył!

Mój Łowca był lekko... niezrównoważony, stracił syna w jednej z bitew. Boleśnie mnie za to karał, przeważnie posługując się Bronią. Oczywiście musiałem trafić na zawodowca. Ustawiał częstotliwość torturującą i utrzymywał ją, aż nie mdlałem... dobra, aż udawałem, że mdleję.

- Wiesz, gdybyś nie był Obcym, też wcieliliby cię do Armii. Zginąłbyś jak wszyscy oni. Mój Kyle miał łeb, za parę lat stałby się jakimś sławnym badaczem. Ale on umarł, bo postanowiliście podbić Ziemię!

Tak, Armia. Chyba powinienem czuć do niej nienawiść, w końcu to ona zwyciężyła ostatecznie Czarodziejski Świat. Jednak kiedy myślę o tych wszystkich młodych ludziach... moich rówieśnikach. Ja czułem ciężar obowiązku, odkąd tylko dowiedziałem się, że jestem czarodziejem, ale oni? Wojna zrujnowała ich życie, o d e b r a ł a życie. Mimo wszystko im współczułem. Również gdy uciekałem i ogłuszałem Łowcę, nie miałem mu za złe niczego, co zrobił. Sam też chciałem stawiać czoła złu, właśnie dlatego przeniosłem się w czasie.

Ten świat nie był mój, ale postanowiłem uwolnić czarodziejów. W świecie, gdzie magia została zakazana, stało się to niemal niemożliwe. Niemal. Ale ja byłem Chłopcem-Który-Przeżył-I-Ponownie-Nie-Miał-Zamiaru-Umrzeć. 

Zajęło mi to wiele lat, ale w końcu przeniknąłem do rządu. Dostałem się do klatek i wypuściłem moich pobratymców. Byli szczęśliwi, znowu widzieli we mnie Wybawcę, chociaż nikt z nich nie mógł mnie pamiętać. Kazałem im się ukryć, ale czekać na moje wezwanie. Razem mieliśmy odbić nasz świat. Dałem im nadzieję na dalsze życie i wierzyłem, że to wystarczy.

Dlaczego to wszystko robiłem? Mogłem wrócić i rozwiązać problem, zanim się właściwie utworzył... Pierścień pozostał na moim palcu przez te wszystkie lata i nie raz miałem ochotę go użyć, ale wtedy przypominałem sobie o ludziach, dla których straszliwe rządy Voldemorta nie miały znaczenia. Liczyło się tu i teraz, pokładali we mnie nadzieję tak jak moi przyjaciele… Prawda jest taka, że tamtych zawiodłem- dowiedziałem się, że atak nastąpił niedługo przed moim odejściem. Gdybym wrócił, nie mógłbym nic zdziałać. A jakoś musiałem zaspokoić mój kompleks bohatera...

W najbardziej strzeżonej klatce znalazłem Voldemorta. Nie zdziwiło mnie to, miał horkruksy i nie mógł umrzeć. Nawet zabawna był jego mina, kiedy mnie zobaczył.

- Potter?- zachowywał się jakby los ofiarował mu... no, mnie.

Nie zabiłem go, ale dałem wybór. Albo wieczność bez magii, albo rebelia pod moją władzą. Zgodził się na to drugie. Chyba nigdy nie podejrzewał, że nieśmiertelność obróci się przeciwko niemu. Lord Voldemort schwytany... Byłem świadomy, że może mnie zabić przy pierwszej okazji, ale znałem go na tyle, by wiedzieć, że bardziej będzie pragnął zemsty. To nawet przerażające, w jakim stopniu zdążyłem poznać umysł psychopaty.

Tak, trafiłem do świata gorszego od mojego. Świata, gdzie zabrano nam nasze jestestwo. Świata, gdzie magia została zakazana, a my staliśmy się najeźdźcami. Również w tym świecie sprzymierzyłem się ze swoim wrogiem. Walczyłem w nowej wojnie, z nowym wrogiem, mając świadomość, że mogę umrzeć, ale było warto. 

Pokonaliśmy mugoli i odnowiliśmy nasz Czarodziejski Świat, Voldemort zajął się rządem, a ja... spotkałem kobietę.