sobota, 25 lutego 2017

Zimowa misja cz.5

- Spiorę go, tak, że rodzona matka go nie pozna, wyrwę mu ten jęzor i wyślę go jej w prezencie albo...

- Syriuszu, chcesz wiedzieć, co się stało, czy będziesz ciągnął swoją tyradę?

Huncwoci wracali ze Skrzydła Szpitalnego. Profesor McGonagall zwolniła ich z pierwszych zajęć, żeby mogli odebrać Jamesa. W rzeczywistości był to jednak bardzo ślizgoński układ- dała im czas, żeby dowiedzieli się, kto był oprawcą jej podopiecznego. Kiedy został znaleziony, powiedział, że nie pamiętał, kto go napadł, chociaż oczywistym było, że to kłamstwo. Potter doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ich Opiekunka Domu jest niezadowolona z jego postawy. Nienawidziła, gdy robił coś Severusowi i gdy udowadniał swoją fałszywą niewinność, ale gdy zostawał skrzywdzony, broniła go ze wszystkich sił.

- Poszedłem po Snape'a do lochów i wyzwałem go na pojedynek.

Peter głęboko wciągnął powietrze, Łapa wyglądał na zdziwionego.

- Byłem wściekły- zaznaczył- i nie myślałem racjonalnie, więc w trakcie walki go przeprosiłem.

Teraz już cała trójka patrzyła na niego jak na wariata.

- Nie pamiętam tego dobrze, tylko urywaki walki... Snape był bardzo dobry, wściekł się po przeprosinach i to go napędzało. Następne, co pamiętam, to Skrzydło Szpitalne. Był tam, gdy się obudziłem, równie wkurzony jak wcześniej. Myślał, że moje przeprosiny stanowiły swego rodzaju haczyk do następnej psoty... Później unieruchomił mnie i wlał do gardła veritaserum.

- Co z niego za gnój! Śmierdzący bydlak!- Black znowu zaczął się rozkręcać.

- Masz rację, co do tego- przerwał mu- ale przemyślałem to i nie dziwię się, że tak postąpił...

- Ale...!

- James...!

- Ty co...?

- Słuchajcie- uciszył poddenerwowanych kolegów i na wpół zszkokowanego Remusa- czy kiedykolwiek spojrzeliście na Snape'a tak naprawdę? Ja spojrzałem ostatniej nocy. Zobaczyłem wrak człowieka. My go zrobiliśmy wrakiem. My, gryfoni! Ma tyle blizn po naszych wybrykach... chodzi poddenerwowany, podskakuje na każdy głośniejszy dźwięk. Jest ofiarą, on się tylko bronił. W późniejszych latach atakował, bo nie chciał, żebyśmy my zrobili to pierwsi. Jest gnojkiem, ale to my go takiego stworzyliśmy. Wiem, że prawdopodobnie trudno wam to teraz zrozumieć- powiedział do Syriusza i Petera- ale zaufajcie mojej aurorskiej wiedzy.

- Ale Veritaserum?!

- Powienienem go za to sprać i byłoby to raczej sprawiedliwe, ale nie chcę rozpętywać wojny od nowa.

- Ale James, przecież to jest śmieć i papra się czarną magią! Takich typków nie można żałować, a co dopiero im ufać!- powiedział zirytowany Peter.

Pottera już męczyła ta rozmowa. Czuł, jakby rozmawiali o dwóch innych osobach- ofierze i zabójcy. Oczywiście, to były różne oblicza Snape'a, ale oba stworzone przez sytuację. Nie chciał być winny stworzenia potwora, więc podjął środki, żeby temu zaradzić. Ale oni tego kompletnie nie rozumieli, nawet jeśli tłumaczył to w najbardziej obrazowy sposób!

- Myślę, że Rogaczowi chodzi o to, że to przez nas papra się w tej czarnej magii, więc jeśli my znikniemy z jego życia, może przestać jej używać- odpowiedział za niego Remus.

- Czyli co chcesz, żebyśmy powiedzieli McGonagall?- spytał spokojnie Syriusz.- Nie pokrzyżuję ci planów, nawet jeśli są dla mnie szalone.

- Ale przecież musimy powiedzieć, że to Snape! Za podanie ci Veritaserum może nareszcie wylecieć ze szkoły!- zaprotestował Peter.

- Niech uzna to jako prezent na nowej drodze- pokręcił głową.- I powiedzcie McGonagall, że to jakaś dziewczyna tak mnie urządziła- uśmiechnął się.

- Za kradzież bielizny?- zaproponował Remus.

- A ty tak bardzo się wstydzisz!- zachichotał Syriusz.

- Gdyby chciała wyciągnąć jakieś konsekwencje, nie może, bo wszystkiemu zaprzeczysz- powiedział Remus z uśmiechem.

- Dokładnie- cała trójka zachichotała i nawet Peter się uśmiechnął.

W takiej sytuacji zastała ich panna Evans. James od razu spiął się na jej widok, ale przede wszystkim poczuł ukłucie w sercu. Rudowłosa dziewczyna za kimś się oglądała, a w sposób, w jaki zabłysły jej oczy, gdy go zobaczyła, nie pozostawiał wątpliwości, za kim. Wszyscy dopowiedzieli sobie własną historię i nagle został na kanapie sam. Wcale nie miał ochoty rozmawiać z gryfonką, przede wszystkim przez swoje poprzednie, dziecinne zachowanie. Co nie zmieniało faktu, że zabolało go, że ta konkretna dziewczyna ma o nim takie zdanie.

- James, możemy porozmawiać?

- Oczywiście. Co tam, Evans?

- Chciałam Cię przeprosić. Sussie i Megan potwierdziły twoje słowa. Nie powinnam była oceniać cię tylko przez moje podejrzenia.

- Dlaczego uparłaś się, żebym był tym złym?

Dziewczyna zmarszczyła czoło.

- Przez twoje zachowanie w stosunku do... Severusa. Napadłeś go już w pociągu i gnębiłeś. Nie byłeś taki w stosunku do nikogo innego! Oczywiście, robiłeś swoje kawały wszystkim naokoło, ale one nie szkodziły. Twoje dobre cechy wydawały mi się tylko przykrywką, bo nie wiedziałam, jak ktoś dobry może dręczyć kogoś... już tak skrzywdzonego.

- Wiem, to było po prostu złe, ale wreszcie do dostrzegłem. Nawet przeprosiłem Snape'a- uśmiechnął się lekko na jej zdziwioną minę.

- W takim razie gratuluję, że wreszcie otworzyłeś oczy. Ale mimo wszystko, proszę, nie stosuj na mnie swoich gierek. Mam swoje życie, ty masz swoje... Nadal ci nie ufam.

- A co powiesz na wspólną naukę? Nie będę ci przeszkadzał- zaznaczył szybko.

Lily westchnęła.

- Mam wrażenie, że się od ciebie nie uwolnię, więc... dobrze. Jeśli chcesz, możesz przyjść do biblioteki jutro o siedemnastej. Będziemy się uczyć- zaznaczyła.

- Do zobaczenia- uśmiechnął się na odchodnym.

Odwrócił się, by zaraz stanąć oko w oko ze wściekłą Hermioną Granger. Dla innych wyglądała normalnie- miała na sobie szaty, niosła książki, nie zmieniła fryzury... Tylko on widział ten wściekły wzrok, który zdumiał go swoją intensywnością.

- Mogę porozmawiać z tobą na osobności?

- Oczywiście.

Dziewczyna ruszyła w stronę portretu, więc z ociąganiem za nią podążył. Szykowała się awantura i nie wiedział, czego ma się po niej spodziewać. James często wysłuchiwał krzyków swojej paczki. Syriusz zawsze gwałtownie wyrażał swoje zdanie, ale on zawsze umiał go uspokoić. Remus, choć zwykle spokojny, miewał swoje wybuchy. Zawsze go wtedy karcił. Nawet Peter czasami krzyczał, chociaż w jego wypadku trzeba to nazwać piszczeniem, gdy czuł się odsunięty lub ignorowany. Na każdego z nich Rogacz miał swój sposób- szczerość, lecz odmiennie prezentowana.

W końcu weszli do jakiejś nieużywanej sali i po sprawdzeniu jej przez Hermionę, zablokowali drzwi. Potter oparł się o biurko i czekał na wrzaski, ale dziewczyna tylko na niego patrzyła. To było to samo intensywne spojrzenie, które rzuciła mu w Pokoju Wspólnym. Poczuł się bardzo nieswojo, gdy tak stali w milczeniu, a cisza stawała się coraz cięższa.

- Nie wiesz nawet, o co jestem zła, prawda?- zapytała w końcu Hermiona.

W milczeniu pokręcił głową. Zwykle nie miał powodów do czucia się winnym, ale odkąd ona zjawiła się w jego życiu, wszystko się zmieniło. Samo jej spojrzenie wzbudzało w nim wyrzuty sumienia.

- A walka ze Snapem, James? Czy ty wiesz, jak bardzo zagroziłeś wszystkim planom? Przyszłości? SWOJEMU SYNOWI?

Potter w osłupieniu wpatrywał się na czerwoną Hermionę, której włosy zaczęły się elektryzować. Nawet nie pomyślał o konsekwencjach, a miał tyle czasu.

- Co byś zrobił, gdybyś wygrał?! Jak byś go przeprosił?! W żaden sposób nie mogłabym naprawić twoich szkód! I walczyłeś z nim tylko dlatego, że byłeś wściekły?! CZY TY JESTEŚ POWAŻNY?! Na gacie Merlina, Potter! Znałeś stawkę! To nie wasza kolejna bitewka szkolna! Przez CIEBIE wszyscy, których znasz mogą zginąć! Zrozumiałeś?- warknęła.

Znalazł w sobie siłę jedynie na kiwnięcie głową. Był przerażony.

- Teraz użyję legilimencji, a ty nie będziesz się opierał- powiedziała stanowczo.

Po chwili przeżył jeszcze raz walkę i rozmowę w szpitalu. Było to bardzo nieprzyjemne, ale także pomocne. Mógł zobaczyć całą walkę bez luk w pamięci i wyciągnąć wnioski. Były one raczej ubogie, bo wciąż nie mógł się otrząsnąć z szoku, ale przynajmniej czegoś się dowiedział.

Patrzył ostrożnie na Hermionę, lecz chyba najgorszy gniew minął, bo teraz jedynie marszyła czoło.

- Przepraszam, nie przywykłem, że nie tylko ja ponoszę konsekwencje moich działań.

- A Huncwoci?- jej oczy nagle ponownie stały się bystre.

- Oni zawsze wiedzieli, za co mają karę, bo sami się w to wplątywali. Często moim śladem, ale to była ich własna decyzja.

- Dobrze, wierzę ci, ale na przyszłość, proszę, pomyśl, zanim coś zrobisz- powiedziała chłodnym głosem.

- Hermiono, czekaj. Jak myślisz, co miał na myśli Snape, kiedy powiedział "ona"?

- Nie wiem- pokręciła głową.- To mogło oznaczać absolutnie wszystko... Prawdopodobnie dowiem się w najbliższych dniach.

- Jak wychodzi ci praca z Remusem?

Delikatnie uniosła brwi do góry, ale w końcu się uśmiechnęła.

- To dopiero początki, ale jestem z niego zadowolona.

- W takim razie cieszę się, że wszystko układa się po twojej myśli- potargał włosy i uśmiechnął się zawadiacko.

- Nie spytasz, co z nim robię?- spytała lekko zaskoczona.

- Nie. Skoro mi nie powiedziałaś...- wzruszył ramionami.

- To znaczy, że Huncwoci nie mówią sobie wszystkiego?

James z uśmiechem oparł się o ławkę i zaczął opowiadać:

- Kiedyś tak było, ale w końcu wprowadziliśmy zasadę zaufania. Jeśli coś wpływa na grupę, cała czwórka musi o tym wiedzieć. Wiadomo, że jesteśmy przyjaciółmi i w gruncie rzeczy to sobie mówimy o różnych sprawach, ale nie jest to przymus.

Hermiona usiadła na jednej z ławek.

- Dlaczego wprowadziliście taką zasadę?

- Syriusz opowiadał nam szczegóły swojego związku, gdzieś na piątym roku. Jak możesz to sobie wyobrazić, po jakimś czasie mieliśmy tego dość, ale on zawsze tłumaczył się zasadą mówienia wszystkiego przyjaciołom. W końcu Remus zaproponował jej zdjęcie i wszyscy się zgodzili. Wszyscy odczuliśmy zmianę, gdy nie powiedziałem chłopakom u szlabanie u McGonagall. Nie wydawało mi się to ważne, ale później dziwnie się czułem, gdy tam szedłem, a nikt mnie nie odprowadzał, nie dostałem kazania czy pocieszenia. Wkrótce jednak stało się to naturalne. Nie chciałbym musieć mówić huncwotom o wszystkich moich prywatnych sprawach.

- Rozumiem cię. U nas przyszło to jednak z konieczności. Im mniej wiesz, tym mniej możesz zdradzić... Też czułam się dziwnie- przyznała.- Fakt, że moi przyjaciele nie są świadomi niektórych planów, a ja tak i odwrotnie, wydawał mi się bardzo niepokojący.

- Zawsze, gdy o sobie opowiadasz- zaczął ostrożnie- nawiązujesz do wojny i jak ona zmieniła Twoje życie. To znaczy, że wcześniej w niej nie uczestniczyłaś?

Zmarszczyła brwi, lecz on cierpliwie czekał na odpowiedź. Od samego początku ciekawiła go ta kwestia- jak mogła opowiadać o zmianach w swoim życiu, skoro oni właściwie byli już w stanie wojennym? Mieli tego samego wroga, więc zaczynająca się w jego czasach wojna musiała trawać przez całe jej życie.

- To dosyć skomplikowane, James. Wojna zawsze dyszała nam na karku, czuliśmy jej oddech, ale nie ingerowała zbytnio w nasze życie. Oczywiście do czasu. Swoje ostatnie lata w Hogwarcie spędziliśmy na szkoleniach, planach... Jednak nie byliśmy przygotowani na wojnę Voldemorta.

Wzdrygnął się, gdy wypowiedziała to imię, a ona spojrzała na niego zaskoczona, po czym zaczęła się śmiać.

- Dawno nie widziałam takiej reakcji na to imię- nagle jej uśmiech zniknął.- Wszyscy, którzy nie mieli odwagi go wypowiedzieć, zginęli.

- Hermiono, znów wracasz do tego tematu- delikatnie pogłaskał ją po ramieniu, a ona się wzdrygnęła.- Myśl o tym, co dzieje się teraz, zmieniasz świat. Może to dopiero początek, ale już doprowadziłaś do mojego pogodzenia się ze Snapem.

- Tak, coś już zrobiłam- uśmiechnęła się delikatnie.- Dobra, udało ci się mnie udobruchać, ale potraktuj to na poważnie. Muszę iść, umówiłam się z Lily.

- Z Lily? To wy się... eee, nie wiem, jak to się mówi w dziewczyńskich swerach... kolegujecie?

- Tak, James, ja i Lily się kolegujemy. Nie, nie powiem Ci, co o tobie mówiła- rzuciła, wychodząc.

- To coś mówiła?!- zawołał za nią, ale nie usłyszał odpowiedzi.

^.^.^

Korytarze Hogwartu nigdy nie wydawały mu się tak bardzo przyjazne, czuł się niemal tak jak w domu. Jego przyszła dziewczyna wreszcie zwróciła na niego uwagę, przyjaciele stali za nim murem, pozbył się swojego wroga, a na dodatek pomagał dziewczynie z przyszłości uratować świat. Był we właściwym miejscu. Powrót do wieży zabrał mu więcej niż powinien, bo nadal był obolały, ale Gruba Dama mogła zobaczyć jedynie uśmiech na jego twarzy. Przechodząc, przez Pokój Wspólny widział współczujące spojrzenia, które wcale mu nie przeszkadzały. To było częścią jego życia- przywykł do bycia obserwowanym, sława była jego przyjaciółką.

- James, kto ci to zrobił?- zapytał Evan Owsley.

- Nie pamiętam- wzruszył ramionami.

- To na pewno był Snape- powiedział z nienawiścią Pierce Gardner.

- Zawsze był draniem- splunął Alexander Walton.

- On...

- Ale nie musisz się martwić, już się nim zajęliśmy- Travi Wilson uśmiechnął się dumnie.

- Wy co?!- James spojrzał w szoku na uśmiechającą się czwórkę.

Nagle uczucie spełnienia zastąpiła panika. Dopiero się z nim pogodził!

- Wiedzieliśmy, że nie przyznałbyś się do porażki- Pierce popatrzył na niego współczująco.

- A twój honor, jest naszych honorem. On na pewno nie walczył fair, więc mu pokazaliśmy- Evan uśmiechnął się diabelsko.

- Co mu zrobiliście?

Potter patrzył na nich przerażonym wzrokiem, lecz żaden tego nie dostrzegał. Myśleli, że będzie z nich dumny. Czy aż tak postawił swoich kolegów przeciwko Snape'owi? Głupie pytanie, jasne, że tak.

- Zasadziliśmy się na niego i wbiliśmy do głowy, gdzie jego miejsce. Ciekaw jestem, kiedy go znajdą.

Czwórka chłopaków się zaśmiała. Z sytuacji wynikał jeden plus- była to grupka mięśniaków, którzy bardziej cenili rozwiązania fizyczne niż subtelności. Snape nie będzie miał żadnych skutków ubocznych w przyszłości, ale trzeba go szybko znaleźć. Kolejne kłopoty. Odkąd Hermiona się zjawiła ciągle coś mu się przydarzało...! Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

- Dlaczego wcześniej mnie nie spytaliście?

- My...

- Nie obchodzi mnie to!- huknął, a wszyscy zamilkli.

Oczy gryfonów zwróciły się na niego. Był to jego ostatni rok, miał dobre oceny, stał się kapitanem drużyny, pozostając szukającym, urody też mu nie poskąpiono, a jego paczka robiła najlepsze dowcipy- traktowano go więc jak lidera gryfonów. Jego pozycja pozwalała mu na dużo, ale nigdy tego nie wykorzystywał, aż do dzisiaj.

- Obrażenia, jakie odniosłem, nie są waszą sprawą. Nigdy nie były i nigdy nie będą. Moje pojedynki napełniają dumą lub wstydem wyłącznie mnie. Nie reprezentuję was, gryfonów, lecz ród Potterów. Zemsta jednego z was jest jedynie hańbą dla mojej rodziny, bo wychodzi na to, że jestem tchórzem- spróbował naśladować spojrzenie Hermiony i kilka osób się wzdrygnęło.- Snape nie jest moim wrogiem.

Wiele osób się zaśmiało, inne prychnęły, kolejne odetchnęły z ulgą, że to jednak nie było na poważnie.

- Czy mój przyjaciel jest śmieszny, że się z niego śmiejecie?- spytał zimny głos.

Syriusz stał za nim i wpatrywał się z niechęcią w gryfonów. Znowu miał swoją maskę arystokraty, która aż wbijała w fotel, kiedy widziało się ciągle uśmiechniętego Blacka. Wszyscy znowu ucichli.

- Możecie mieć ze Snapem własne utarczki, ale James wyraźnie powiedział, że on nie jest jego wrogiem. Jeśli ktokolwiek zaatakuje go w naszym, to znaczy huncwotów, imieniu, odpowiemy- ciągnął swoim niebezpiecznym tonem.

- Wilson- chłopak aż podskoczył, gdy James wypowiedział jego nazwisko.- Zaprowadzisz mnie do Snape'a, teraz. Gardner, ty zaprowadzisz tam Hermionę, prawdopodobnie jest w bibliotece.

Cisza, jaka zapanowała, aż dzwoniła w uszach.

- Już- wyszeptano tuż za nimi i wszyscy podskoczyli.

James miał ochotę się uśmiechnąć. Remus może nie miał niebezpiecznego głosu, ale potrafił poruszać się bezszelestnie, co wykorzystał, skradając się za plecy winowajców. Zrobili ładne przedstawienie i wiedział, że gryfoni zapamiętają je na długo. Już kiedyś tak było, kiedy ktoś zaatakował Petera, a oni, pozostali huncwoci, mu się odwdzięczyli. Nie palnęli może takiej mowy, ale dla wszystkich przekaz był jasny.

Wiedział, że Syriusz zrobił to jedynie dla niego i był mu bardzo wdzięczny. To właśnie w nim uwielbiał- przyjaciele byli dla niego najważniejsi. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzał, zawsze starał się pomóc.

Wychodząc, nie mógł mu w żaden sposób podziękować, bo wyszłoby na to, że nie ustalali tego wcześniej. Remus dołączył do niego i Traviego, który mamrotał jakieś przeprosiny, po czym wyszli.

Musieli działać szybko, bo cisza nocna zbliżała się wielkimi krokami, a James nie wziął peleryny niewidki. Zeszli do lochów i skierowali się w stronę schowka. Wilson wskazał mu tylko drzwi i odszedł, tłumacząc się pracą domową. Z tego względu cieszył się, że Syriusz został w Pokoju Wspólnym. Mógł chociaż trochę uspokoić gryfonów.

Weszli do środka i od razu ujrzeli skuloną postać. Tamta czwórka na pewno nie lubiła się bawić w subtelności. Snape nie był w żaden sposób schowany, a jego krew brudziła podłogę. Na szczęście nie widział jej dużo, obrażenia musiały być powierzchowne.

Remus popatrzył współczująco na ich byłego wroga i powoli do niego podszedł. Snape nie sprawiał wrażenia, jakby ich zauważył. Lunatyk położył delikatnie dłoń na ramieniu ślizgona, ale on od razu próbował się odsunąć z rozdzierającym jękiem, więc dali spokój.

Wyglądał bardzo krucho. Nie wiedzieli, jak mogą mu pomóc, ale mieli nadzieję, że Hermiona coś zdziała. Nie chcieli zabierać go do Pomfrey, ale jeśli nie da im się dotknąć, nie będą mieli wyboru.

Nie czekali długo. Hermiona wpadła jak burza przed drzwi i od razu wzięła się do roboty. Uniosła go w powietrze i zaczęła rzucać nieznane Jamesowi zaklęcia.

- Muszę was prosić, żebyście wyszli.

Dziewczyna nie wyglądała na wściekłą ani poruszoną. Prawdopodobnie takie obrażenia były dla niej jedynie drobnostką. Wyszli bez sprzeciwu, chociaż Jamesa bardzo ciekawiła procedura leczenia.

- Innym razem- powiedział Lunatyk, odczytując jego myśli.- Chodźmy stąd... ten zapach...- skrzywił się.

Po tych słowach szybko się ewakuowali. Potter wiedział, że wilkołaki mają niesamowity węch, a wraz z przybliżającą się pełnią, wrażliwość na zapachy w ludzkiej postaci zwiększała się. Remus się oczywiście nie skarżył, ale on widział zaciśnięte pięści i wzrok utkwiony w podłogę. Prawdopodobnie jego oczy przybrały teraz żółty kolor.

Gdy weszli do Pokoju Wspólnego, tylko kilka osób spojrzało na nich ciekawie. Czyli Syriusz zdołał uspokoić gryfonów. Szybko zaprowadził Lupina do dormitorium i usadził go na łóżku. Jego przyjaciel nadal nie chciał spojrzeć mu w oczy.

- Peter, dawaj tu jakąś roślinkę.

Glizdogon nawet nie zadawał pytań, tylko zaczął wizualizować jakieś zielsko. Takie sytuacje zdarzały się dosyć często. Remus natomiast podniósł nagle żółte oczy.

- Skąd wiedziałeś?- zapytał zaskoczony.

- Instynkt- uśmiechnął się.

Choć wiedzieli o jego likatropii i co pełnię mu towarzyszyli, Remus nadal nie wyzbył się zwątpienia w siebie. Myślał, że go odrzucą i często ukrywał się przed nimi, gdy sobie nie radził. Jednak oni zawsze starali się mu pomóc.

- Proszę, Remusie- Peter podał mu zielsko w doniczce, a on się zaciągnął.

- Mmm, dzięki, Peter. To z twoich ostatnich wakacji, mam rację?

- Twój nos jak zwykle nie zawiódł- zachichotał.

Kiedy Lunatyk nie mógł nad sobą zapanować, czarowali dla niego jakiś fragment natury. Zwykle jednak zajmowali się tym Peter lub Syriusz, bo on nie znał się zbytnio na roślinach i nawet nie wiedziałby, co wyczarować. Remusowi pierwotny zapach pomagał się zrelaksować, dawał komfort i prawie zawsze działał.

James spojrzał na zegarek- trwała już cisza nocna. Miał przeczucie, że Hermiona nadal nie wróciła do wieży.

- Pójdę zobaczyć, co z Hermioną... i Snapem.