wtorek, 18 kwietnia 2017

Szczęście topione we łzach

Dobry wieczór! Tak się zbierałam od przynajmniej tygodnia, żeby dokończyć rozdział Zimowej misji, lecz nie udało się, a nie chciałam pisać na siłę. Chciałabym Wam jednak wynagrodzić to cierpliwe czekanie, więc wstawiam miniaturkę, która jest dość krótka, jak na moje standardy, ale mimo wszystko, wierzę, że Wam się spodoba. O tym pairingu jeszcze nie pisałam, więc prosiłabym o opinię, jak mi poszło i czy nie popełniłam żadnej gafy- to przede wszystkim do fanów tego pairingu. To chyba wszystko, do zobaczenia za miesiąc!

***

Kiedy wszedł do domu od razu wiedział, że coś jest nie tak. Przede wszystkim płaszcz Lily wisiał na wieszaku, chociaż nie powinno go tam być- jego żona o tej godzinie pracowała.

- Lily?- zawołał z przedpokoju, szybko się rozbierając.

Nikt mu nie odpowiedział, ale usłyszał jakiś odgłos z głębi domu. Miał nadzieję, że to nie kolejna głupia niespodzianka kumpli, bo tym razem pięści pójdą w ruch. Zaczął się bać.

W salonie nikogo nie było. Jednak jako wyszkolony auror potrafił wyszukiwać szczegóły i analizować. Na stoliku leżały dwie husteczki, a wiedział, że Lily nie była chora. Przyłożył dłoń do kubka- był jeszcze ciepły. Kuchnię widział z salonu i był pewien, że tam nikogo nie zastanie. Zostało więc jedynie piętro.

Wchodził powoli po schodach i wydawało mu się, że usłyszał dziwne szmery. Z wyciągniętą przed siebie różdżką, otworzył drzwi do ich sypialni.

Była tam. I płakała.

- Lily... kochanie.

Podszedł do niej szybko i schwycił ją w objęcia. Jego żona nie płakała często, bo uważała to jako słabość, więc musiało się stać coś naprawdę złego. Wtuliła się w jego pierś tak, że widział jedynie jej rude włosy. Szepcząc uspokajające słowa, głaskał te piękne, błyszczące pasma. Wydawało mu się, że ten powtarzający się ruch zdoła dodać jej otuchy. Podniosła na niego zaczerwienione oczy i znowu zaszlochała, jednak tym razem wziął jej twarz w dłonie.

- Kochanie, Liluś... proszę, powiedz, co się stało. Nie wiem, jak ci pomóc.

O dziwo, czuł się spokojny. Cokolwiek spotkało Lily, był w stanie sobie z tym poradzić i nie dać jej się załamać. Chociaż oczywiście wolałby uniknąć jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.

Kobieta starała się uspokoić- wytarła łzy, rozmazując już i tak zniszczony makijaż, odetchnęła kilkakrotnie, ale i tak za każdym razem, gdy wydawało mu się, że płacz to jedynie wspomnienie, łzy pojawiały się ponownie w jej oczach. Chyba ta niemożność kontrolowania swoich emocji wytrąciła ją jeszcze bardziej z równowagi, ponieważ zaszlochała rozpaczliwiej.

On oczywiście starał się jej pomóc, ale i tym razem głaskanie po plecach nic nie dawało.

- Chodzi... chodzi o to... Ja... Będę miała dziecko!- wybuchła jeszcze większym płaczem.

Znieruchomiał w jednej chwili. Jego żona szlochała w jego objęciach, bo będą mieli dziecko? Tak bardzo tego chciała, a teraz...?

- Nie!- zawołała, jakby czytała w jego myślach.- James, to... to nie tak... Tak bardzo się cieszę...- uśmiechnęła się przez łzy.

- Ja... Będziemy mieli dziecko.

Dziecko. Więc jednak się cieszyła. Dlaczego miałaby się nie cieszyć. Dziecko. Marzyli o dziecku. Takim małym bobasku, który byłby ich. Marzył o zielonych oczkach i ciemnych włosach całkiem jak jego. Będzie przypominało bardziej jego czy Lily? To będzie dziewczynka czy chłopiec? Nieważne. Dziecko.

- Tak, James, będziesz tatą- tym razem zaśmiała się całkiem szczerze, a on podniósł ją i okręcił dookoła.

- Tak bardzo... tak bardzo się cieszę! Będę ojcem! Muszę powiedzieć Syriuszowi, Peterowi i Remusowi! Będzie wspaniałym huncwotem! Kochanie, nie wiesz, jak bardzo mnie uszczęśliwiasz! Każdego... dnia... zawsze...- mruczał między pocałunkami.

Smakowały słonymi łzami. Oprzytomniał.

- To dlatego płakałaś? Coś z dzieckiem? Coś z nim nie tak?

Oby było zdrowe. Oby nic mu się nie stało. Już przywykł do wiadomości, że będzie ojcem. Nie mógłby stracić tej małej istotki.

Twarz Lily zasmuciła się, ale łzy się nie pokazały. Jedynie usiadła ponownie na łóżku i przytuliła się do niego.

- Spokojnie, z dzieckiem wszystko w porządku. Przepraszam, że tak Cię wystraszyłam. Ta sprawa ma związek... z moją pracą.

Dopiero teraz zarejestrował fakt, że Lily ma na sobie żółty strój magomedyka. Więc o to chodziło... znowu jakaś śmierć. Ostatnio było ich zbyt dużo.

Przytulił żonę mocniej do serca i oparł podbródek na jej głowie.

- Co się stało?

- Wiesz... właśnie dowiedziałam się, że jestem w ciąży... Już wcześniej miałam podejrzenia, wiesz, były różne symtomy, ale moja przełożona... Cyra, pamiętasz Cyrę? Taka miła kobieta. Więc sprawdziła i okazało się, że jestem w drugim miesiącu. Rozumiesz? Już tyle czasu nosiłam nasze dziecko pod sercem. Tak bardzo chciałam do ciebie pójść i zrobić ci niespodziankę... którą oczywiście musiałam zepsuć. Przepraszam, chciałam, żeby to była piękna chwila.

Gdy Lily była zdenerwowana, strasznie paplała. Jednak wolał to od płaczu.

- Była piękna, nie przejmuj się tym- pocałował ją we włosy.- Dlaczego więc nie przyszłaś? Cyra ci nie pozwoliła?

- Pozwoliła, tak bardzo się ucieszyła. Ale wtedy trafił do nas chłopak, szesnastolatek ze strasznymi obrażeniami. Spadł z miotły z wysokości piętnastu metrów, ledwo oddychał, miał uszkodzony kręgosłup. Był prawie nieprzytomny, ale dałam mu środek przeciwbólowy i nasenny, i wtedy na mnie spojrzał. Miał takie brązowe, ciepłe oczy zupełnie jak ty. Były pełne bólu i strachu. Gdy już odpływał zaczął powtarzać: "Nie mówicie moim rodzicom, że piłem...". Do końca tak mruczał, aż zasnął, żeby umrzeć po godzinie- wybuchła wstrzymywanym płaczem.- Wszyscy staraliśmy się go uratować, ale... rdzeń kręgowy został przerwany... złamane żebro przebiło mu płuco... nie mogliśmy. Umarł, rozumiesz? Takie dziecko...  I wtedy pomyślałam... pomyślałam o naszym dziecku. On miał takie podobne oczy, James... A jeśli...

- Spokojnie, Lily, uspokój się. Wiem, że ta śmierć była straszna, ale nie możesz teraz każdego dziecka uosabiać z naszym. Ten chłopiec postąpił bardzo nierozważnie... co ja mówię- po prostu głupio, pijąc alkohol przed lotem, ale to nie znaczy, że nasze dziecko będzie takie samo. Wychowamy je na odpowiedzialnego człowieka, najlepiej, jak będziemy mogli.

- Wiem, James, ja to wszystko wiem, ale w praktyce jest inaczej! Jesteśmy tacy młodzi, niedawno sami byliśmy dziećmi, a teraz mamy mieć swoje własne. Skąd wiesz, że będziemy dobrymi rodzicami? Wychowamy je najlepiej, jak będziemy mogli, ale to może nie wystarczyć! Może pewnego dnia ktoś zapuka do naszych drzwi i powie... powie, że nasze dziecko nie żyje przez nasze niedopilnowanie!

- Rozumiem, naprawdę rozumiem- kołysał ją w ramionach.- To, czy będziemy dobrymi rodzicami, dopiero się okaże, ale popatrz na to tak- nie jesteśmy sami. Nasi rodzice nam pomogą, nauczą potrzebnych rzeczy praktycznych.

- Oni nie zawsze będą z nami...

- Kochanie- westchnął- odkąd pamiętam, pomagałaś młodszym uczniom w nauce, później byłaś prefektem i zawsze sobie radziłaś. Wpajałaś zasady, pocieszałaś, pomagałaś. Ja byłem kapitanem drużyny i może to nic w porównaniu do ciebie, ale nauczyłem się bycia autorytetem. Bardziej gotowi nie możemy być.

- To wszystko wydaje się teraz takie małe, gdy mamy mieć własne dziecko, brać za nie odpowiedzialność, wychować... Naprawdę myślisz, że damy sobie radę?

- Nie mam żadnych, absolutnie żadnych wątpliwości... Nic nie przeszkodzi nam w wychowaniu naszego dziecka na dobrego człowieka.

- A co z wojną, James? Coraz więcej ludzi ginie, czuję, że nadchodzi coś bardzo złego, wszyscy to czują. To nie jest odpowiedni czas na dziecko...

- Lily, teraz raz już za późno na wątpliwości. Nie zmienimy naszych czasów i nie sprawimy, że wojna nas ominie, ale to nie znaczy, że musimy rezygnować z życia! Zresztą, jeśli zrobi się gorąco, każdy z nas może umrzeć. Ja, ty, nasi rodzice czy nasze dziecko. Czy nie lepiej teraz nacieszyć się życiem?- spojrzał jej głęboko w oczy.

- Tak, masz rację...- westchnęła i pociągnęła nosem- przesadziłam. Po prostu to zdarzyło się jednocześnie... Dopiero dowiedziałam się o swoim dziecku, żeby oglądać śmierć innego- głos nadal jej drżał.- Wychowamy nasze dziecko i będziemy z nim zawsze, nawet jak już nie będzie tego potrzebowało, dobrze? Obiecujesz? Nie chcę... nie chcę nigdy hyć w takiej sytuacji, jak tamci rodzice...

- Obiecuję, przecież nie może byc inaczej, będziemy dla niego najlepszymi rodzicami na świecie- pocałował ją czule.

Siedzieli na łóżku jeszcze długo przytuleni, zanim James się odezwał.

- Jak miał na imię ten chłopiec?- zapytał delikatnie.

- Harry... Po co ci...? Ty...? Chcesz tak nazwać nasze dziecko?

- Jeśli to będzie chłopiec, to dlaczego nie? Zawsze będziemy pamiętać o tej obietnicy.

- Jak poetycznie- przytuliła się do niego.

- Specjalnie dla ciebie, słoneczko. Poza tym mój dziadek miał na imię Henry, ale wszyscy wołali na niego Harry.

- Dobrze, niech będzie Harry. Jeśli to będzie dziewczynka, może być Cyra? Kojarzy mi się ze szczęściem, bo to ona mi powiedziała. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałam...

- Oczywiście, że może. A teraz idziemy się ogarnąć, trzeba to oblać! Będę ojcem!!!

Rzadko czuł się "tym doroślejszym" w ich związku, ale czasami jego żona za bardzo brała swoją pracę do siebie i myślała za dużo. To on sprowadzał ją na ziemię. Nie mógł pozwolić, żeby znalazła czas na ponowne zamartwianie, a wieczór w towarzystwie Huncwotów był tego totalnym przeciwieństwem. Poza tym, nie miał zamiaru przepuścić okazji do świętowania. James Potter będzie ojcem! Zresztą najlepszym na świecie.